Coraz mniej rodziców szczepi dzieci. Ulegają propagandzie ruchów antyszczepionkowych

W niebezpiecznie szybkim tempie rośnie w Polsce popularność ruchów antyszczepionkowych. Liczba dzieci, których rodzice odmówili spełnienia tego obowiązku, zwiększa się co roku o ok. 30 proc.

W mediach pełno jest historii rodziców, którzy przekonują, że szczepionka to samo zło. Wszyscy zapewniają, że ich dzieci były zdrowe i rozwijały się prawidłowo, dopóki nie zostały zaszczepione.

Reklama

- W ubiegłym roku 26 tys. dzieci nie przeszło wymaganego w danym momencie życia cyklu szczepień. Są w tej grupie przypadki losowe, np. związane ze zmianą miejsca zamieszkania, ale sporą grupę stanowią również rodzice, którzy nie zgodzili się na jedno szczepienie lub więcej. Co roku takich dzieci jest więcej, o jedną trzecią. Mamy więc do czynienia z niepokojącą tendencją - mówi Interii Jan Bondar, rzecznik prasowy Głównego Inspektoratu Sanitarnego.

Najwięcej z przypadków odmów dotyczyło szczepień wykonywanych w pierwszej dobie życia (przeciw WZW B i gruźlicy), a także MMR (odra, świnka i różyczka). To właśnie one uznawane są przez ruch antyszczepionkowy za jedne z najbardziej niebezpiecznych. Szczepionka przeciw gruźlicy i WZW B budzi ich sprzeciw głównie z tego powodu, że jest podawana dziecku w pierwszej dobie życia. Natomiast MMR oskarżana jest o powodowanie autyzmu.

Nie ma dowodów

Jak jednak podkreślają eksperci, nie ma na to dowodów. Badania nie potwierdzają związku szczepień ani z autyzmem, ani z innymi chorobami wymienianymi przez antyszczepionkowców.

W dodatku mity rozpowszechniane przez zwolenników tego ruchu zostały już dawno obalone.

Wszystko zaczęło się od publikacji w "The Lancet" artykułu doktora Andrew Wakefielda.

Wynikało z niego, że do szpitala w Londynie trafiło 12 dzieci, z których u ośmiu w ciągu mniej niż 14 dni po podaniu szczepionki MMR (przeciwko odrze, śwince i różyczce) wystąpiły objawy autyzmu

Po 12 latach pismo wycofało artykuł, ponieważ przytoczone w nim wyniki badań okazały się nieprawdziwe. Sam Wakefield został potem wykreślony z rejestru lekarzy. Jednak od tego czasu jego teorie żyją własnym życiem. 

"To szajba XXI wieku"

Przeciwników szczepień to jednak nie przekonuje. Ich zdaniem, to czysta trucizna wywołująca nowotwory i osłabiająca odporność.

Według nich, w tych specyfikach znajduje się m.in. DNA małpy i komórki abortowanego płodu.

- Wrogość do szczepień to szajba XXI wieku. Wśród osób, które taką postawę promują w internecie, zdarza się bardzo wysoki stopień zacietrzewienia - zauważa Jan Bondar.

Przekonał się o tym radny Łukasz Wantuch, który w Krakowie próbował wprowadzić w życie przepisy, aby preferencje w przyjęciu do przedszkoli miały zaszczepione dzieci.

Za ten pomysł wylała się na niego fala hejtu. Antyszczepionkowcy zapowiadali, że z całej Polski przyjadą na sesję rady dzielnicy, na której miała odbyć się dyskusja o propozycji radnego. Ponieważ wcześniej Wantuch dostawał od nich groźby - o ochronę poprosił policję. Ostatecznie jednak do sesji nie doszło, a przepisu o preferencjach dla dzieci szczepionych w przyjęciu do przedszkoli do tej pory nie udało się wprowadzić w życie. - Myślę, że do niego wrócimy, kiedy w żłobku umrze pierwsze dziecko - mówi Wantuch.

Opowieści pełne grozy

Radny miał okazję rozmawiać z wieloma przedstawicielami ruchu. - Można ich podzielić na trzy grupy. To głównie eko-mamy, które dziecku nie chcą podać niczego, co ma w swoim składzie "chemię". Oprócz tego osoby, których poprzednie dzieci miały kłopoty zdrowotne po szczepieniach. Są też tacy, którzy przypisują autyzm swojego dziecka szczepionce MMR, bo zauważyli objawy po jej podaniu. Jednak wynika to z tego powodu, że ta choroba jest diagnozowana mniej więcej w tym samym wieku u dziecka, w którym podaje się szczepionkę - zauważa radny.

Jego zdaniem przeciwnicy szczepionek rozpowszechniają w internecie opowieści pełne grozy. - I to działa na wyobraźnię. Kiedy ostatnio wiozłem swoje dziecko na szczepienie to uświadomiłem sobie, że sam zaczynam się bać - mówi radny Wantuch.

Propaganda antyszczepionkowców może mieć bardziej poważne konsekwencje. W Rumunii  w 2016 r. zmarło na odrę 17 dzieci, które nie były szczepione.  Zgodnie z zaleceniami WHO, aby szczepienia były skuteczne, muszą obejmować ponad 95 proc. populacji. W Rumunii odsetek spadł w 2016 r. do 80 proc. W tym kraju szczepienia są obowiązkowe, unika ich m.in. mniejszość romska.

Na razie Polska jest pod tym względem jeszcze bezpieczna. - Mamy dobre wskaźniki wyszczepialności: od 99 do 97 proc. W stosunku do całej populacji ruchy antyszczepionkowe są ciągle marginesem, ale rosnącym w niebezpiecznym tempie - podkreśla Jan Bondar.

Coraz groźniejsza gruźlica

W ubiegłym roku w Polsce odnotowano 67 przypadków odry, z czego połowa dotyczyła obcokrajowców. - W Polsce rośnie liczba obcokrajowców, uchodźców. Jeśli ktoś niezaszczepiony zetknie się z osobą chorą, nie jest w żaden sposób zabezpieczony. Tak było na przykład dwa lata temu w Niemczech, gdzie przyjechała grupa emigrantów z Bośni i Hercegowiny. Zarazili oni odrą również Niemców - mówi Jan Bondar.

Teraz niebezpieczna dla Polski może okazać się gruźlica, która rozprzestrzenia się na terenie Ukrainy. W tej sprawie interweniował niedawno Marek Michalak, rzecznik praw dziecka. Poprosił ministra zdrowia o informację, czy podjął już jakieś działania zapobiegawcze w tej dziedzinie. Według rzecznika, zagrożone są przede wszystkim województwa: podkarpackie i lubelskie. "Na Ukrainie przynajmniej 35 tysięcy osób jest chorych na gruźlicę, z czego blisko połowa jest chora na gruźlicę lekooporną. Nieoficjalne mówi się, że na Ukrainie może być blisko 600 tysięcy chorych" - alarmuje rzecznik.

Gruźlica staje się coraz trudniejsza w leczeniu ze względu na istnienie szczepów lekoopornych. - Jeśli pojawią się zachorowania wśród małych dzieci, może dojść także do wzrostu zachorowań na gruźlicę opon mózgowo-rdzeniowych i zwiększonej śmiertelności - podkreśla Marek Michalak.

Agnieszka Maj

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje