Konrad Szymański o UE w dobie Brexitu i relacjach z USA Trumpa

Wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański /Jakub Szymczuk /Agencja FORUM

Z przekonania, że wspólny rynek odgrywa fundamentalną rolę dla przyszłości UE, wypływa nasze przekonanie, że nie możemy sobie pozwolić na to, by zawrzeć z Wielką Brytanią niezrównoważone porozumienie - mówił w rozmowie z Interią wiceminister Konrad Szymański. Odnosząc się relacji UE-USA po przejęciu władzy przez administrację Donalda Trumpa, wiceminister stwierdził, że "nowy prezydent może być partnerem trudnym, ale z całą pewnością zasługuje na to, by otrzymać bardzo rzeczową analizę wspólnoty interesów".

Reklama

Agnieszka Waś-Turecka, Interia: W zeszłotygodniowych wystąpieniach sejmowych - ministra Witolda Waszczykowskiego oraz w pańskim - wielokrotnie powracał temat czterech swobód wspólnego rynku i przeciwdziałania praktykom protekcjonistycznym. To w tym momencie nasz priorytet?

Konrad Szymański, Sekretarz Stanu ds. europejskich w Ministerstwie Spraw Zagranicznych: - Z polskiego punktu widzenia jeden z kluczowych. Z pewnością nie jest to element dostatecznie dostrzegany w dyskursie europejskim. W związku z perspektywą wyjścia Wielkiej Brytanii z UE mamy poważne ryzyko zburzenia politycznej równowagi miedzy krajami, które razem broniły ambitnej agendy wspólnego rynku i tymi, które zawsze były bardziej skłonne do tego, by wspólny rynek był niedokończony, nie działał w sposób efektywny i dawał luzy natury protekcjonistycznej państwom członkowskim. To napięcie istniało zawsze, jednak dziś mamy dodatkowo do czynienia z całą falą inicjatyw krajowych natury protekcjonistycznej i nową sytuacją całkowitej bierności KE w przeciwdziałaniu tym praktykom. To jest bardzo istotny aspekt wysiłków polskiego rządu i ostatnich spotkań premier Szydło z premierami Irlandii i Holandii. Oba te kraje - choć w różnym stopniu - należą do prorynkowej osi w UE. Działamy na rzecz skonsolidowania tego obozu, ponieważ wspólny rynek w UE jest naprawdę zagrożony.

Reklama

Dlaczego akurat te dwa kraje - Irlandia i Holandia?

- One oczywiście nie są jedyne, ale tradycyjnie należały do tej grupy, która popierała bardziej ambitną agendę wspólnego rynku.

- Warszawę, Hagę i Dublin różnią niektóre aspekty w agendzie wspólnego rynku, ale co do zasady wszystkie trzy stolice są zainteresowane tym, by agenda rynkowa miała kluczowe znaczenie. Niestety z zaniepokojeniem obserwujemy, że nie jest to udziałem wszystkich państw członkowskich.

Sojusznikiem Polski w sprawie ochrony wspólnego rynku była do tej pory Wielka Brytania. Czy można powiedzieć, że Irlandia i Holandia zajmą miejsce Londynu?

- Wielka Brytania była i jest istotnym elementem koalicji na rzecz wspólnego rynku. Jej wystąpienie z UE spowoduje zaburzenie bardzo ważnego balansu politycznego wewnątrz Wspólnoty, dlatego musimy na to zareagować. Myślę, że nie ma powodu, by koniecznie wskazywać jakiś numer jeden w tej koalicji. To znacznie szersza grupa państw.

Skoro wspólny rynek jest dla nas tak ważny to znaczy, że w negocjacjach reakcesyjnych na pewno nie zgodzimy się, by Wielka Brytania mogła korzystać jedynie z części czterech swobód?

- To jest inna sprawa, ponieważ mówimy już o sytuacji kraju trzeciego. Jednak z tego samego powodu - przekonania, że wspólny rynek odgrywa fundamentalną rolę dla przyszłości UE - wypływa nasze przekonanie, że nie możemy sobie pozwolić na to, by zawrzeć z Wielką Brytanią niezrównoważone porozumienie. Przy całej sympatii dla Londynu oraz zrozumienia jego racji i oczekiwań, nie możemy tego zrobić, ponieważ złe porozumienie skutkowałoby przyspieszeniem dekompozycji wspólnego rynku wewnątrz Unii. Dla naszej własnej przyszłości nie możemy tak postąpić. 

- Dodatkowym powodem - nie mniej ważnym - jest fakt, że z UE współpracują już europejskie kraje trzecie, które musiały pogodzić się z tym, że wspólny rynek musi zachować wspólnotowy charakter. Byłoby czymś bardzo nie fair w stosunku do Norwegii czy Szwajcarii, gdybyśmy nagle przełamali ten model.

W czasie negocjacji z Wielką Brytanią ważną rolę będzie odgrywać ochrona praw nabytych przez obywateli polskich mieszkających na Wyspach. "Ta sprawa powinna zostać załatwiona możliwie szybko na zasadach wzajemności" - mówił Pan po wizycie premier Szydło w Londynie. Czyli stoimy na stanowisku "oko za oko, ząb za ząb"? 

- Nie formułowałbym tego w tak dramatyczny sposób. To nie jest kwestia zemsty. Chodzi raczej o zasadę wzajemności.

- Dostrzegamy niepewność prawną obywateli brytyjskich, którzy chcieliby w dalszym ciągu funkcjonować na rynku wspólnotowym, ale oczekujemy tego samego dla naszych obywateli. Zasada wzajemności to w tym przypadku bardzo logiczne i sprawiedliwe rozwiązanie.

Kwestia praw nabytych będzie rozwiązana na poziomie umowy Unia Europejska - Wielka Brytania czy Polska - Wielka Brytania?

- Powinna być załatwiona na poziomie unijnym, ponieważ to wzmocniłoby naszą pozycję negocjacyjną. Mogłaby być np. fragmentem porozumienia o wyjściu  Wielkiej Brytanii z Unii. Ważne, by miała charakter bardzo ścisłej umowy, a nie deklaracji politycznej, ponieważ deklaracja otworzyłaby drogę do swobodnej interpretacji przez krajowe porządki prawne. Taka umowa powinna bardzo szczegółowo regulować koordynację świadczeń społecznych i dostępność usług publicznych.

- Myślę, że ta sprawa nie powinna być przedmiotem nadmiernych targów, ponieważ jest osadzona na uczciwości wobec obywateli.

Czyli nie ma zagrożenia, że któreś z państw nie zgodzi się z regułą wzajemności?

- Powinniśmy występować w tej sprawie jako Unia. I to powinno przesądzić.

Jak Pan ocenia szanse na utrzymanie praw nabytych obywateli polskich mieszkających w Wielkiej Brytanii? Portal Politico opublikował wyniki badań, z których wynika, że przedsiębiorstwa brytyjskie, które w dużym stopniu polegają na pracy obywateli innych krajów UE, już dziś mają problem z zapełnieniem wakatów.

- Te argumenty były znane znacznej części opinii publicznej jeszcze przed czerwcowym referendum, jednak nie ustrzegły przed głosowaniem za wyjściem z UE.

- Decyzja o opuszczeniu Wspólnoty w oczywisty sposób stwarza zagrożenie dla brytyjskiej gospodarki, ponieważ - podobnie jak każda inna europejska gospodarka - polega ona na swobodnym przepływie siły roboczej. Co więcej, Wielka Brytania jest jednym z bardziej zależnych od pracy mobilnej krajów unijnych. Jednak to już czysto brytyjski problem. Nam zależy, by polscy obywatele byli traktowani uczciwie.

- Osobną sprawą jest to, jak będzie kształtowany dostęp do rynku pracy po wyjściu Londynu z UE, ponieważ jako kraj trzeci Wielka Brytania może zdecydować się nawet na całkowite zamknięcie granic. Oczywiście nie sądzę, by to było racjonalne, ale jako kraj nienależący do Unii może robić, co chce. Do nas natomiast należy, by zareagować na to proporcjonalnie.

Podczas expose w Sejmie minister Witold Waszczykowski mówił: "Jesteśmy przekonani, że konieczne jest przywrócenie w Unii centralnego miejsca państw członkowskich". Co to znaczy i jak miałoby wyglądać?

- Chodzi o przywrócenie państwom członkowskim kontroli nad procesem integracji. Tak by w żadnym momencie nie wymykał się on spod mandatu, który na stałe jest udzielany Unii przez jej członków.

A kiedy on się teraz wymyka?

- Zawsze wtedy, gdy mamy do czynienia choćby tylko z ryzykiem pomijania interesów państw członkowskich - czy to w imię uzyskania szybkiego efektu, czy też kształtowania polityk unijnych w zgodzie z interesami tylko części państw członkowskich. Bardzo dobrym przejawem tego typu polityk są polityka klimatyczna, migracyjna, czy niektóre fragmenty zarządzania gospodarczego.

- To jest już dziś poważny problem, który ma duże znaczenie dla przyszłości Unii. Jesteśmy przekonani, że jeżeli państwa członkowskie mają wykazywać się odpowiedzialnością za proces integracji, to muszą mieć zagwarantowany wpływ. Bez poczucia wpływu kraje stają się obojętne wobec Unii, a co za tym idzie społeczeństwa zaczynają intensywniej myśleć o opuszczeniu Wspólnoty, co jest najgorszym rozwiązaniem z możliwych. Dlatego w imię pewnego realizmu integracji należy doprowadzić do przywrócenia właściwego porządku politycznego wewnątrz Unii.

Jak to miałoby konkretnie wyglądać? Chodzi np. o zlikwidowanie głosowania większością kwalifikowaną?

- Jednym z rozwiązań jest wzmocnienie roli Rady Europejskiej. Już dziś państwa członkowskie, które są zaniepokojone tym, co się dzieje z integracją, coraz częściej odwołują się do Rady. To mogłoby być rozwiązanie praktyczne, niekoniecznie od razu traktatowe.

- Alienowanie interesów niektórych państw członkowskich jest dzisiaj możliwe głównie za sprawą szerokiej palety spraw, w których możliwe jest głosowanie większościowe. Ma ono zaletę efektywności podejmowania decyzji...

Mimo to pod adresem Unii nie raz słychać zarzuty opieszałości w podejmowaniu decyzji. 

- Tak. To głosowanie ma też olbrzymią wadę, ponieważ pozwala omijać interesy państw członkowskich. Wydaje mi się, że bilans tej operacji jest bardzo negatywny dla Unii.

Jak Pan reaguje na słowa prezydenta Donalda Trumpa, który mówi, że "Wielka Brytania postąpiła rozsądnie, wychodząc (ze wspólnoty); wierzę, że inne kraje też wyjdą"?.

- Nie podzielam tych opinii. Natomiast Stany Zjednoczone mają prawo do takiego formułowania swojej polityki wobec Europy, jaką uznają za słuszne. Rolą Europy w związku ze zmianą władzy w USA jest dostarczenie rzeczowej analizy wspólnoty interesów politycznych, gospodarczych i bezpieczeństwa. Ta wspólnota jest oczywista, ale w momencie pojawienia się nowego prezydenta z całą pewnością musi zostać opowiedziana na nowo.

- Z niepokojem patrzę na to, że niektórzy politycy europejscy chcieliby na gruncie tej dużej zmiany politycznej utrwalić resentyment antyamerykański na Starym Kontynencie. Nie jest nam to do niczego potrzebne. Mamy większe zmartwienia na głowie.

- Nowy prezydent może być partnerem trudnym, ale z całą pewnością zasługuje na to, by otrzymać bardzo rzeczową analizę wspólnoty interesów.

Podczas zeszłotygodniowej wizyty w Waszyngtonie szefowa unijnej dyplomacji Federika Mogherini powiedziała: "My nie ingerujemy w politykę Stanów Zjednoczonych (...). A Europejczycy liczą, że Ameryka nie będzie ingerowała w politykę europejską". Słuszny apel?

- Nie wiem, czy wszyscy politycy europejscy przestrzegają zasady niemieszania się do polityki amerykańskiej. W kampanii wyborczej słyszeliśmy wiele daleko idących komentarzy.

- Natomiast zgadzam się, że powinniśmy powstrzymywać się od mówienia, co nawzajem o sobie myślimy. Państwa powinny koncentrować się na swoich interesach, a nie recenzować swoich liderów.

Zatem jak Pan ocenia pod kątem politycznym pierwsze tygodnie prezydentury Donalda Trumpa?

- Z pewnością mamy do czynienia z przeformułowaniem retoryki amerykańskiej polityki. Jestem jednak przekonany, że spokojna analiza interesów przyniesie wynik, który będzie satysfakcjonujący dla obu stron.

- Pamiętajmy, że ułożenie wzajemnych relacji w takim samym stopniu zależy od Europy. Pojawiają się odpowiedzi mniej i bardziej konstruktywne. Zwrócono na przykład uwagę, że w nierównym stopniu przykładamy się do polityki bezpieczeństwa. Niektórzy politycy, np. w Warszawie czy Berlinie, uznali, że to trafna diagnoza.

Chodzi o zalecenie NATO, by państwa wydawały na obronność przynajmniej 2 proc. PKB?

- Tak. Szczerze mówiąc, nie ma dziś żadnego powodu, by Europa utrzymywała tak dużą dysproporcję swojego wkładu na rzecz bezpieczeństwa, biorąc pod uwagę, że bardzo poważne zagrożenia dla bezpieczeństwa rodzą się właśnie u naszych granic. Oczekiwanie, że będzie to w sposób nierówny powstrzymywane przez USA, jest nieuzasadnione. Jesteśmy gotowi na taką rozmowę, ale oczekujemy podobnej lojalności ze strony USA.  

***

Jeśli interesuje cię tematyka Unii Europejskiej, obserwuj autorkę na Twitterze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje