​365 dni nowego Sejmu

Posiedzenie Sejmu /Mateusz Jagielski /East News

Obrady pod osłoną nocy, projekty ustaw przygotowywane na kolanie, debaty, których wynik nie może zaskoczyć, awantury na sali plenarnej. Styl pracy Sejmu budzi wątpliwości, ale jeszcze bardziej martwią konsekwencje takiego działania.

Reklama


12 listopada 2015 r. rozpoczął działalność Sejm, w którym po raz pierwszy po 1989 r., samodzielną większość stanowią przedstawiciele jednej partii.

Reklama

W sejmowych ławach zasiada 234 posłów Prawa i Sprawiedliwości. Pozostałe miejsca wypełniają posłowie opozycji: doświadczeni w parlamentarnych bojach przedstawiciele PO i PSL, oraz nowicjusze z Kukiz’15 i Nowoczesnej, a także kilku posłów niezrzeszonych oraz działających w małych, kilkuosobowych klubach, utworzonych po odejściu z partii, dzięki którym wywalczyli mandaty.

Maszynka do głosowania

Nowy, nieznany wcześniej politykom rozkład sił, chcąc nie chcąc musiał wpłynąć na działalność samej izby.

- To wyjątkowy parlament, bo jedna partia dyktuje warunki - mówi w rozmowie z Interią dr Renata Mieńkowska-Norkiene, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Partia rządząca może przegłosowywać dowolne, zgłaszane przez siebie projekty ustaw, i tak też czyni.

- Sejm stał się maszynką do głosowania prezesa jednej partii - uważa dr Adam Drosik z Uniwersytetu Opolskiego. Z tą opinią zdecydowanie zgadza się też dr Renata Mieńkowska-Norkiene.

- PiS decyduje, co przechodzi przez Sejm, a co nie. Ale trudno się temu dziwić, bo partia ma większość - dodaje ekspertka.

Zwraca też uwagę na to, że obecny Sejm jest mało aktywny w przygotowywaniu projektów ustaw będących wynikiem debaty.

Opozycja zepchnięta w cień

Przedstawiciele Nowoczesnej, PO, PSL, nieraz skarżyli się, że partia rządząca "knebluje im usta", a marszałkowie utrudniają dojście do głosu na sali sejmowej.

- Opozycja prawie faktycznie nie ma prawa głosu, a jeżeli ma, to jej głos nie jest szczególnie brany pod uwagę - mówi dr Mieńkowska-Norkiene.

Zdaniem ekspertki z UW, Sejm powinien być miejscem, w którym rzeczywiście odbywają się debaty, w którym następuje wymiana zdań, i po której przynajmniej czasami pojawia się modyfikacja stanowiska.

- To jest pierwszy Sejm w historii, w którym dochodziło do nakładania kar pieniężnych dla tych posłów, którzy przekraczali czas przewidziany na wypowiedź, i oczywiście dotyczyło to tylko i wyłącznie osób z opozycji, a nie z PiS, mimo, że w tej partii też to się zdarzało - przypomina dr Mieńkowska-Norkiene.

Strażnicy dyscypliny

Porządek na sali sejmowej musi być. W tej kadencji wyjątkowo pilnują go marszałek Sejmu Marek Kuchciński i jego zastępcy, zwłaszcza dwaj z PiS: Joachim Brudziński i Ryszard Terlecki. Obrady prowadzą żelazną ręką.

- "To nie jest wniosek formalny, proszę zejść z mównicy..."

- "Przechodzimy do kolejnego punktu porządku obrad..."

- "Teraz głos zabierze..."

... słyszą co chwilę polityczni przeciwnicy, którym marszałkowie dokładnie liczą czas wypowiedzi, nie pozwalają na przedłużanie, i często wyłączają mikrofony.

Z kolei posłowie opozycji wykorzystują każdą sposobność, by zabrać głos, zgłaszają kolejne wnioski, odnoszą się nie do meritum omawianej sprawy.  

Na to znów reagują marszałkowie.

W ten sposób, ze strony jednych i drugich, dochodzi do utarczek słownych, które przeradzają się w awantury. Padają ostre słowa, emocjonalne oceny i personalne zaczepki. Z ław poselskich słychać docinki, śmiechy, buczenie.

Zachowania nieparlamentarne

- Wydaje mi się, że powoli dobijamy do dna. Kultura polityczna została dosyć mocno obniżona patrząc na zachowania Sejmu i Senatu - uważa dr Drosik.

Zdaniem eksperta, "przekrzykiwanie się, wyzywanie, gestykulacja w sposób obraźliwy" posłom nie przystoi.

Dr Drosik podkreśla jednak, że nie można wrzucać wszystkich do jednego worka.

- Są też osoby, które absolutnie wpisują się w model, który byśmy chcieli oglądać - dodaje.

Polacy niezadowoleni

W oczach Polaków, Sejm od lat nie do końca funkcjonuje tak, jakby sobie tego życzyli. Pracę ustępującego w listopadzie 2015 r. Sejmu poprzedniej kadencji negatywnie oceniło 57 proc. uczestników badania, przeprowadzonego przez CBOS. W tym samym sondażu pozytywnie o pracy Sejmu wypowiedziało się 29 proc. ankietowanych. Taka tendencja była widoczna przez całą kadencję.

Jednak jeśli cofniemy się do jeszcze wcześniejszych czasów, to tam również nie odnajdziemy pochwał pod adresem posłów. Od lat niezadowoleni powtarzają te same zarzuty: kiepski styl pracy posłów, opieszałość w podejmowaniu decyzji, służalczość względem interesów partyjnych.

Nadzieja na zmianę

Rok temu wielu miało nadzieję, że nowe rozdanie przyniesie zmiany. 39 proc. Polaków oczekiwało, że nowy Sejm będzie lepszy od poprzedniego. Obawy, o to, że będzie gorzej, wyrażało 23 proc. badanych. 

Dziś, po dwunastu miesiącach, można stwierdzić, że wyszło jak zawsze. Według najnowszego sondażu CBOS z października tego roku (wyniki listopadowego badania nie są jeszcze znane), funkcjonowanie Sejmu nie podoba się aż 60 proc. Polaków. Z kolei zadowolonych z pracy posłów jest 27 proc. badanych.

Złudne statystyki

Obserwując wielogodzinne obrady, przedłużające się do późnych godzin nocnych dyskusje i przygotowywane naprędce nowe projekty, można odnieść wrażenie, ze posłowie tej kadencji nie obijają się.

Patrząc jedynie na liczby, w ostatnim roku uchwalono 189 ustaw. Tym sposobem zbliżono się do rekordowego pod tym względem Sejmu VI kadencji, który w ciągu pierwszego roku urzędowania przyjął 192 ustawy. Niewiele mniej, bo 184, uchwalili posłowie IV kadencji.

Tak więc statystki obecnego Sejmu nie odstają od poprzedników.

Liczby to jednak nie wszystko.

Zastrzeżenia budzi sposób procedowania ustaw i jakość prawa, które jest tworzone przez posłów obecnej kadencji.

Prawo złej jakości

- Prawo jest pisane na kolanie, w ciągu dnia lub dwóch, ciężko powiedzieć, że ustawy są procedowane, tylko raz-dwa przegłosowywane przez Sejm - ocenia dr Adam Drosik z Uniwersytetu Opolskiego.

Niejednokrotnie zdarzało się tak, że projekt ustawy w ostatniej chwili został wprowadzany do porządku obrad, a posłowie otrzymywali informację o pracach nad nim czy to na sali czy w komisjach, kilka godzin przez ich rozpoczęciem. Wzbudza to ogromne emocje wśród opozycji, która niemal co posiedzenie podnosi, że nie dostaje czasu na zapoznanie się z kolejnymi projektami.

- Nie wiem, czy oni w ogóle nadążają czytać te ustawy - dr Drosik ma wątpliwości.

Obrady pod osłoną nocy

Kolejna kontrowersyjna praktyka obecnego Sejmu: posiedzenia do późnych godzin nocnych i przeprowadzanie w tym czasie debat nad ważnymi, budzącymi duże emocje zagadnieniami. Chociażby dotyczącymi kolejnych zmian w ustawach o TK, projektów zaostrzających i liberalizujących dostęp do aborcji, czy nad ustawami medialnymi.

Przeciągnięcie się obrad w wyjątkowych przypadkach, pewnie nie budziłoby takiego oporu ze strony części posłów. Tymczasem już w harmonogramie publikowanym przed rozpoczęciem posiedzenia obrady są rozpisane do godziny 2.00 czy 3.00 w nocy.

- Nocne prace w warunkach uczciwej, przejrzystej demokracji nie powinny mieć miejsca - uważa dr Renata Mieńkowska-Norkiene.

Przesłanek do działania w takim trybie nie widzi też dr Drosik. 

- Rozumiem, że gdybyśmy naprawdę nagle stanęli pod ścianą i musielibyśmy coś procedować w ten sposób to jak najbardziej, natomiast to, że prezes jednej partii lubi sobie pospać i pracuje w nocy, to to nie jest normalny tryb. Normalnie proceduje się w ciągu dnia. Nie tędy droga - komentuje politolog z Uniwersytetu Opolskiego.

Brak refleksji

Ekspert zwraca uwagę, że powstałe w ten sposób prawo nie może być dobrej jakości. Dr Drosik oczekuje od Sejmu większej refleksji, nawet jeśli prace miałyby trwać trochę dłużej.

- Ustawa, która wychodzi z Sejmu powinna zawierać stabilne, pełne, przejrzyste i zrozumiałe prawo. Tymczasem wychodzą potworki, ale jak mają nie wychodzić? Zakładam, że ci ludzie o pierwszej czy drugiej w nocy są po prostu już zmęczeni - mówi nasz rozmówca.

- Wychodzi z tego karykatura Sejmu. To nie przystoi państwu członkowskiemu Unii Europejskiej i żadnemu państwu Środkowej Europy - dodaje.

I bądź tu Polaku mądry

Jako przykład złej praktyki dr Drosik podaje ustawę wprowadzającą zmiany w mediach publicznych.

- Na gwałt przygotowano coś, co nazwano małą ustawą medialną, co oczywiście było nowelizacją ustawy składającą się z kilku artykułów, zmierzającą tylko i wyłącznie do tego, żeby zmienić tryb wyboru członków rad nadzorczych. Następnie w ramach tego wybrano nowe władze, wygaszono kadencje aktualnych, a zarazem w tejże ustawie zastrzeżono, że zmiany, które ona wprowadza, obowiązują tylko do 31 lipca. Ustawodawca wskazał, że do tego okresu przygotuje nową ustawę, po czym okazało się, że mając większość w Sejmie, w Senacie i mając przychylnego prezydenta, takiej ustawy zgodnie z wszelkimi wymogami także europejskimi, nie dało się przygotować - wyjaśnia ekspert.

- W efekcie nie bardzo było wiadomo, co obowiązuje - ocenia.

Ale to jeszcze nie koniec.

- Dosztukowano kolejny potworek w postaci Rady Mediów Narodowych, która miała rację bytu w całym pakiecie o mediach narodowych, natomiast, gdy ten pakiet ustał, to jest bez sensu. Teraz dochodzą nas głosy, że pracuje się nad  zabraniem radzie kompetencji, które jej przydzielono. I teraz bądź tu Polaku mądry - rozkłada ręce dr Drosik.

Zdaniem eksperta po wyborach, przez pośpiech, zapanował "bałagan legislacyjny", a jego konsekwencją jest "nieprawdopodobny chaos".

Obawa przed opinią społeczeństwa?

Z kolei dr Renata Mieńkowska-Norkiene zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię. W ciągu ostatniego roku to parlament a nie rząd inicjował sporą część procedur ustawodawczych.

- Jeśli są one inicjowane na poziomie rządu, to musi dochodzić do szerokiej dyskusji, i muszą być przeprowadzane konsultacje. Tutaj były inicjowane częściej projekty, które tej procedury nie wymagają. To oznacza, że chyba bano się opinii społeczeństwa, czyli organizacji przedstawicielskich - stwierdza ekspertka z Uniwersytetu Warszawskiego.

Nasza rozmówczyni dodaje, że w poprzedniej kadencji też "nie wyglądało to świetnie", ale teraz projektów niewymagających konsultacji jest dużo więcej.  

W ostatnim roku z inicjatywy rządu uchwalono 105 ustaw, a z inicjatywy posłów 78.

Pierwszy rok to dopiero początek. Do końca kadencji zostało jeszcze trzy lata. W 2019 r. pracę posłów zweryfikują wyborcy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy