Samorządowa drużyna PiS

Prezes PiS Jarosław Kaczyński przedstawia kandydatów na prezydentów miast /Stefan Maszewski /Reporter

W dużych miastach PiS stawia na młodość i świeżość. Partia zdaje sobie sprawę, że w wielkomiejskim elektoracie nie cieszy się dużą popularnością, i raczej nie ma co liczyć na spektakularne zwycięstwa. Dla wystawionych przez Zjednoczoną Prawicę kandydatów ma to być przetarcie szlaków przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi.

Reklama

W czwartek Jarosław Kaczyński w końcu ogłosił kandydatów PiS na prezydentów w największych miastach. Wśród osiemnastu nazwisk są obecni posłowie, szefowie komisji weryfikacyjnej i śledczej ds. Amber Gold, i politycy lokalni. W trzech przypadkach PiS zdecydował się na udzielenie poparcia politykom nienależącym do obozu zjednoczonej prawicy.

- W wielu miejscach PiS oddaje walkowerem pojedynki, to znaczy wskazuje osoby zupełnie nieznane - to reakcja lidera PO Grzegorza Schetyny.

Reklama

Prawo i Sprawiedliwość postawiło na młodość i stosunkowo nowe, nieopatrzone twarze. Część kandydatów jest dopiero u progu kariery, inni posiadają doświadczenie, ale - poza małymi wyjątkami - nie wyróżniali się szczególnie w krajowej polityce.

- Zdjęcie z konferencji na Nowogrodzkiej, to zdjęcie kandydatów, którzy nie będą prezydentami - mówi żartobliwie dr Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego, kiedyś czynnie związany z prawicą.

Według eksperta, kilkanaście przedstawionych kandydatów ma bardzo małe szanse na zwycięstwo nie dlatego, że sami są słabi, tylko dlatego, że PiS ma słabsze poparcie w większych miastach.

- Można ukuć taką politologiczną zasadę, z małymi wyjątkami oczywiście, że im większe miasto, tym szanse PiS mniejsze, im mniejsze miasto czy mieścina, tym szanse PiS większe - stwierdza w rozmowie z Interią.

- To kandydaci są skazani na niepowiedzenie. W moim przekonaniu, ich zadaniem jest nie tyle wygranie, co po prostu zrobienie dobrego wyniku - zaznacza.

Efekt Dudy?

Z kolei dr Olgierd Annusewicz, politolog i ekspert ds. marketingu politycznego z Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że zaprezentowani przez Kaczyńskiego kandydaci liczą trochę na to, że również w ich przypadku mógłby powtórzyć się złoty sen Andrzeja Dudy z kampanii prezydenckiej. Obecny prezydent zaczynał walkę jako polityk niespecjalnie kojarzony przez szerokie grono wyborców.

- Kandydaci liczą, że bez gigantycznego doświadczenia, gigantycznej rozpoznawalności, ale na zasadzie efektu świeżości i kontry do dotychczasowych włodarzy, uda im się wjechać do ratuszy - mówi w rozmowie z Interią ekspert.

Patrząc na nazwiska, które prezes PiS odczytał z listy, zaskoczeń nie ma. Większość z nich typowana była do startu była od dawna.

W Warszawie PiS zdecydował się na Patryka Jakiego, wiceministra sprawiedliwości i przewodniczącego komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji. Patrząc na dotychczasowe sondaże i specyfikę stołecznego elektoratu, Jakiemu trudno będzie wygrać w starciu z kandydatem PO, ale do drugiej tury raczej wejdzie.

Więcej o kandydaturze Jakiego czytaj tutaj

- Tułajew, Wypij, Buda czy Płażyński to ciekawe nazwiska. Jeśli uda im się zrobić dobry wynik albo wygrać wybory, to będą liderami prawicy w przyszłości, w perspektywie 5-10-15 lat. Warto na nich zwrócić uwagę - przekonuje dr Annusewicz.

Zaskoczenie w Katowicach

Spośród wymienionych przez Kaczyńskiego nazwisk, dr Migalski zwraca uwagę na Marcina Krupę, urzędującego prezydenta Katowic. Krupa nie należy do PiS, ale partia zdecydowała się udzielić mu poparcia.

- To oznacza falstart tej kandydatury, bo sam Krupa jeszcze nie ogłosił, że startuje, a już okazało się, że jest kandydatem PiS. Co ciekawe, to obniża jego szanse. Dotychczas on był znaczącym faworytem, kontynuuje dzieło wieloletniego prezydenta Katowic Piotra Uszoka. Wszystkie lokalne notowania pokazywały, że ma zapewnione zwycięstwo. Teraz będzie miał łatkę kandydata pisowskiego.

Ekspert uważa, że z tego powodu Krupa nie pojawił się na prezentacji kandydatów w siedzibie PiS.

- Zaskoczyło mnie, że Marcin Krupa zgodził się na to, żeby znaleźć się wśród tych dość słabych mimo wszystko kandydatur. Ze wszystkich wskazanych to on ma największe szanse na zwycięstwo - przewiduje.

Szansa we Wrocławiu

Natomiast spośród kandydatów, którzy pojawili się na Nowogrodzkiej, najbardziej realne szanse na wygraną w wyborach - zdaniem dr. Migalskiego - ma kandydatka we Wrocławiu Mirosława Stachowiak-Różecka. Przetrwała już szlaki w poprzednich wyborach, gdzie minimalnie przegrała z Rafałem Dutkiewiczem.

- W tym roku Dutkiewicz nie wystartuje, tylko wystawi własnego kandydata, z kolei kandydat PO Kazimierz Michał Ujazdowski jest nieakceptowalny dla Nowoczesnej i ruchów miejskich, więc jest ogromne prawdopodobieństwo, że Stachowiak-Różecka wejdzie do drugiej tury. Jest pewna szansa, że może zwyciężyć - mówi dr Migalski.

Prof. Andrzej Piasecki, politolog i ekspert ds. wyborów z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, zwraca uwagę na kandydaturę Waldemara Budy na prezydenta Łodzi.

- Jest młody, aktywny, ambitny. Może być przeciwwagą dla Hanny Zdanowskiej (kandydatki PO - red.), może mu się powieść - mówi Interii.

Wyrazistość w Krakowie

Z kolei w Krakowie, PiS-owi udało się ostatecznie namówić do startu Małgorzatę Wassermann, posłankę i szefową komisji śledczej ds. Amber Gold, która dała jej sporą rozpoznawalność.

- Małgorzata Wassermann to polityk wyrazisty, ma rozpoznawalne nazwisko w Krakowie. To kandydatka podręcznikowa jeśli chodzi o przeciwwagę dla Jacka Majchrowskiego. Ma doświadczenie w makropolityce - wylicza prof. Piasecki.

Ale w przypadku kandydatki PiS - według eksperta - barierą może okazać się krakowski elektorat, który jednak nie jest tak konserwatywny jak kandydatka.

Wciąż nie wiadomo, czy na walkę o kolejną kadencję zdecyduje się urzędujący prezydent. Namawiają go do tego partie opozycyjne. Jacek Majchrowski ma ogłosić ostateczną decyzję po weekendzie majowym.

"Słabiutkie widowisko" na Nowogrodzkiej

Nazwiska kandydatów PiS nie zaskoczyły, zdziwił natomiast sposób ich ogłoszenia. Miała być uroczysta prezentacja kandydatów, wyszła chaotyczna konferencja.

Prezes PiS w błyskawicznym tempie, w porządku alfabetycznym, odczytał z kartki nazwiska kandydatów. Kandydaci wychodzący jako pierwsi podchodzili do Kaczyńskiego i podawali mu rękę, koleni już nie. Jedni wychodzi z jednej strony, drudzy z drugiej. Nie wiedzieli, gdzie mają się ustawić. Zbigniew Ziobro musiał się przesuwać, robić im miejsce. Jarosława Gowina w ogóle nie było, przebywał w tym czasie z wizytą w USA.

- Zabrakło elementu, że Kaczyński każdemu z nich podaje rękę, o każdym z nich mógłby powiedzieć coś więcej niż tylko to, czy jest członkiem PiS czy nie. Efekt pierwszeństwa został zmarnowany. W przeszłości PiS potrafiło zrobić tego typu imprezy z rozmachem - komentuje dr Annusewicz.

Skromność prezentacji dziwi zwłaszcza w zderzeniu z ostatnią konwencją PiS, zrobioną z wielką pompą.

- Wyglądało to jak obwieszczenie ogłoszenia piątej kategorii ważności, a wbrew pozorom było istotne - dodaje ekspert z UW.

Zdaniem dr. Migalskiego prezentacja kandydatów  byłą "słabiutkim widowiskiem".

- Jeśli je zapamiętamy to będzie działało na niekorzyść PiS, a nie coś, co może budować notowania kandydatów - ocenia.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje