Czci miejsca pamięci po czerwonoarmistach: "Przynieśli nam wolność"

Nie mogę się zgodzić na to, by o czerwonoarmistach mówić jak o okupantach. Oni nie byli tu, by zabijać, gwałcić i rabować Polaków. To jest nieprawda - przekonuje w rozmowie Interią Jerzy Tyc z powstałego niedawno Stowarzyszenia Kursk. Jednak wielu Polakom, których rodziny dotkliwie ucierpiały z rąk radzieckich żołnierzy, raczej trudno się będzie zgodzić ze słowami Tyca.

Jak można przeczytać na Facebooku stowarzyszenia, organizacja zajmuje się "ochroną i opieką nad cmentarzami i miejscami pamięci Armii Czerwonej" i reaguje "na wszelkie formy wandalizmu" cmentarzy radzieckich żołnierzy.

Reklama

Tak na przykład było niedawno w Nowym Sączu. Członkowie Stowarzyszenia Kursk pojawili się pod tamtejszym obeliskiem upamiętniającym czerwonoarmistów, by zaprotestować przeciwko zdjęciu z monumentu radzieckich symboli. Symboli postrzeganych przez zdecydowaną większość Polaków jako znaki ludobójczego reżimu i stąd prowokujące, takie, a nie inne reakcje.

Moje działanie nie jest bezprawne

- Część Polaków, zwłaszcza młodzieży, nie jest zachwycona moją działalnością. Jestem z tego powodu poniżany i obrażany. A flagi z gwiazdką to są symbole Armii Czerwonej uznane przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, według której na miejscach pamięci po czerwonoarmistach mogą znajdować się symbole czerwonej gwiazdy. Moje działanie nie jest bezprawne - broni się szef organizacji Jerzy Tyc odpowiadając na pytanie, skąd u niego wyjątkowe zamiłowanie do Armii Czerwonej.

- Odpowiedź jest jedna, ogólna. Armia Czerwona wyzwoliła moje ziemie spod władzy nazistów. To jest główny powód, który nie podlega dyskusji. I to mogłoby wystarczyć. Mamy też w swojej rodzinie tradycje i doświadczenia, które mi nakazują dbać o miejsca pamięci po tych żołnierzach. Moja rodzina bardzo wiele złego ucierpiała od Niemców w czasie okupacji, natomiast bardzo wiele spotkało ją z rąk żołnierzy radzieckich - mówi Tyc.

- Obecnie prowadzona jest straszna nagonka antyrosyjska. To się bardzo negatywnie odbija na miejscach pamięci po żołnierzach Czerwonej Armii. Postanowiłem się przeciwstawić tej tendencji, remontując i dbając o te miejsca - dodaje.

"Armia Czerwona nas wyzwoliła"

Szef Stowarzyszenia Kursk bardzo szczególnie rozumie wspomnianą "antyrosyjską nagonkę". Według Tyca, jej elementem jest ujawnianie kolejnych radzieckich zbrodni w Polsce, które on uważa za próbę zafałszowania faktów.

- W moim przekonaniu podejmowane są działania mające na celu zmienienie historii, napisanie jej od nowa. W dużym skrócie: nasze władze, wraz z prezydentem na czele, wielki ukłon w stronę Niemców i porozumienia z nimi, przy jednoczesnym całkowitym odwróceniu się od Rosji. Nazywanie tego, co wcześniej nazywano wyzwoleniem, teraz okupacją. Żołnierzy, którzy przynieśli wolność, nazywa się okupantami - twierdzi niezłomnie.

Przerywamy naszemu interlokutorowi. Zauważamy, że trudno określić czerwonoarmistów słowem "wyzwoliciele", biorąc pod uwagę to, co działo się w Polsce po ich wkroczeniu. Z twardymi faktami i udokumentowaną historią się nie dyskutuje - podejmujemy polemikę, przypominając, że czerwonoarmiści byli zbrojnym narzędziem wprowadzania reżimu komunistycznego w naszym kraju.

- Chciałbym kategorycznie oddzielić te sprawy, bo ja zajmuję się miejscami pamięci po żołnierzach radzieckich, którzy zginęli w walce z Niemcami. Oni walcząc i ginąc nie mieli żadnego wpływu na to, co się w Polsce działo po wojnie. Nie decydowali o tym, jaki ustrój wprowadzono w Polsce po wojnie. Nie zajmuję się pomnikami stalinowskich decydentów - broni się Tyc.

"To nie były same anioły"

Nasz rozmówca zdecydowanie też odbija sugestię, że kategoryczne oddzielanie Armii Czerwonej od radzieckiego reżimu i zbrodni popełnianych przez sołdatów, na pewno nie spodobałoby się Polakom, których rodziny ucierpiały w wyniku gwałtów i rabunku "wyzwolicieli".

- Tym faktom nie zaprzeczam i takie straszne rzeczy miały miejsce. Ich sprawcy w większości zostali jednak ukarani przez władze wojskowe. To są rzeczy skandaliczne. Globalnie jednak podchodząc do rzeczy, moim zdaniem, nie można przekreślić zasługi czerwonoarmistów w wyzwoleniu naszego kraju tylko dlatego, że były gwałty i rabunki, prawda? To było siedem milionów ludzi... Jak można było się spodziewać, że to będą same anioły? Potępiam w pełni wszystkie przestępstwa, mam nadzieję, że ich sprawcy zostali ukarani, a tak w większości przypadków się działo - przekonuje Tyc, nie przywołując jednak konkretnych przypadków ukarania bandytów w mundurach Armii Czerwonej.

- Zależy mi na tym, by pamięć o tych żołnierzach została zachowana. Nie mogę się zgodzić na to, by o czerwonoarmistach mówić jak o okupantach. Oni nie byli tu, by zabijać, gwałcić i rabować Polaków. To jest nieprawda - dodaje.

Stowarzyszenie Kursk nawet w rosyjskiej "Jedynce"

Zmieniamy temat. Pytamy o ogłoszenie naboru w szeregi Stowarzyszenie Kursk. Szef organizacji określa członków stowarzyszenia mianem "kadry". Liczy ona ponoć czterdzieści osób. Są też liczni sympatycy.

- Duży był odzew od ludzi starszych, którzy są bardzo rozczarowani, że współczesne władze spychają na margines dokonania tych, którzy Polskę odbudowywali - mówi nam.

Sympatyków Stowarzyszenia Kursk znajdziemy także w Rosji.

- Mam kontakty z Rosjanami, ponieważ oprócz remontowania miejsc pamięci, zajmujemy się pomocą w poszukiwaniu żołnierzy, którzy polegli na ziemiach polskich. Wielu udało się odnaleźć i dzięki temu moje kontakty z rodzinami poległych żołnierzy są bardzo szerokie. A jedne kontakty rodzą inne kontakty. Poza tym byłem zaproszony do telewizji rosyjskiej, do "Jedynki", i tym samym Stowarzyszenie Kursk zaczyna funkcjonować. Zwłaszcza że Rosjanie mają świadomość tego, że miejsca pamięci są masowo dewastowane, ponieważ wiadomości o tym zawsze docierają do Rosjan. A kiedy dociera tam informacja, że ktoś chce im pomóc, a nie wszyscy Polacy to wandale, to odwdzięczają się sympatią. Otrzymuje na przykład telefon z konsulatu rosyjskiego - chwali się Tyc.

Mieszka w "Polszy"

W ogłoszeniu rekrutacyjnym Stowarzyszenia Kursk można m.in. przeczytać, że "pokój największą wartością człowieka". Jak zatem to credo można pogodzić z obecną działalnością wychwalanej przez Tyca Rosji na wschodzie Ukrainy?  

- Nie bardzo chce mi się wchodzić w rozmowę na temat Ukrainy. Ale według mnie, pokój jest zagrożony przez NATO i Stany Zjednoczone. Pan pewnie uważa, że to Rosja jest agresorem, a jak tak nie uważam - deklaruje Tyc, który na swoim facebookowym profilu jako państwo zamieszkania wpisał cyrylicą słowo Польша ("Polsza").

Trudno o bardziej wyrazisty komentarz do całej sprawy.

Dowiedz się więcej na temat: Armia Czerwona | Rosja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje