"Orban stawia na Polskę? Tak odwraca od Węgier uwagę Unii Europejskiej"

- Dlaczego Viktor Orban po wygranych wyborach podziękował premierowi Mateuszowi Morawieckiemu i prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu? Orban stawia na Polskę, bo stawiając na Polskę odwraca od siebie uwagę unijnych instytucji. Dla węgierskiego premiera jest to rozwiązanie niezwykle wygodne – komentuje w rozmowie z Interią profesor Bogdan Góralczyk z Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego.

W niedzielę kierowana przez Viktora Orbana partia Fidesz po raz trzeci z rzędu wygrała wybory parlamentarne na Węgrzech. Według profesora Góralczyka, jedną z przyczyn sukcesu była słabość węgierskiej opozycji.

Reklama

- Opozycja zupełnie nie wykorzystała szansy. Dlaczego? Była podzielona i dodatkowo nie przedstawiła żadnej alternatywy programowej dla Orbana. Nie odniosła się również do dwóch kwestii, które były osią propagandy Fideszu. Pierwszą z nich była kwestia migrantów. Tego tematu nikt otwarcie nie podjął, przyznając tym samym rację Fideszowi, że migrantów nie należy wpuszczać. Drugą sprawą był wspierający rządy liberalne George Soros i budapesztański Uniwersytet Środkowoeuropejski, do której to kwestii opozycja również się nie odniosła. W konsekwencji rozdrobniona opozycja została ukarana przez wyborców, a jej przywódcy słusznie podają się do dymisji - skomentował politolog Uniwersytetu Warszawskiego.   

- Dysponujący większością konstytucyjną Orban właściwie nie musi podejmować już żadnych kroków. Zresztą na zakończenie wczorajszego wieczoru wyborczego powiedział: "Wygrały Węgry", bo Orban utożsamia się z Węgrami. Jedna rzecz dla polskiego czytelnika jest warta zaakcentowania. Orban dał czynne i bierne prawo wyborcze członkom węgierskiej diaspory, tej mieszkającej w krajach ościennych. A jej przedstawiciele w 95 procentach głosowali na Fidesz - wskazuje profesor Góralczyk.

Polska "wygodna" dla Orbana

Podczas wieczoru wyborczego zwycięski Orban podziękował "przyjaciołom z Polski - premierowi Morawieckiemu i prezesowi Kaczyńskiemu". Byli to o jedyni politycy, których węgierski premier wymienił z nazwiska.

- Skąd ten gest? Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawicki byli w piątek w Budapeszcie, w ostatnim dniu kampanii wyborczej. Jest w tym pewna konsekwencja premiera Wegier. Orban stawia na Polskę, bo stawiając na Polskę odwraca od siebie uwagę unijnych instytucji. Dla węgierskiego premiera jest to rozwiązanie niezwykle wygodne - ocenia rozmówca Interii.

"Kolejny lejtmotyw? Zjednoczenie narodu węgierskiego"

Orban po zwycięstwie powiedział również, że Węgry "otrzymały możliwość, by bronić naszego państwa. Jeszcze nie jesteśmy w miejscu, gdzie moglibyśmy być, ale jesteśmy na dobrej drodze". Profesor Góralczyk dostrzega w tych słowach zaczątki kolejnej kampanii propagandowej Fideszu.

- 4 czerwca 2020 roku przypada setna rocznica traktatu Trianon, na mocy którego znaczna część Węgier została podzielona między sąsiadów. Orban to wykorzysta i tak jak do tej pory głównymi wrogami byli muzułmańscy migranci czy liberalny Soros, tak teraz przedmiotem kampanii będzie tragiczny los Węgrów po pierwszej wojnie światowej, los zgotowany im przez zachodnie mocarstwa. To będzie kolejny lejtmotyw - zjednoczenie narodu węgierskiego. Narodu, który jest rozproszony w diasporze - mówi politolog.

"Frekwencja? Fenomen"

A czym można wytłumaczyć tak imponującą frekwencję wyborczą na Węgrzech? Według wstępnych danych, wyniosła ona około 70 procent. - To wymaga zbadania, bo to jest fenomen - przyznaje profesor Góralczyk, który tłumaczy ten wynik z jednej strony mobilizacją dodatkowego elektoratu Orbana, a z drugiej jego przeciwników. Wielu obserwatorów wyborów na Węgrzech twierdziło, że ponad 70-procentowa frekwencja może oznaczać sukces opozycji, a już na pewno odebranie Fideszowi większości kwalifikowanej. Jak zauważa profesor Góralczyk, te prognozy jednak nie sprawdziły się.

- Orban uzyskał większość w dużej mierze dzięki głosom Węgrów zamieszkałych poza granicami kraju, ale w krajach ościennych. Moim zdaniem trzeba ukuć nowe pojęcie - homo orbanicus. Kiedyś mieliśmy homo kadaricus od komunistycznego przywódcy Janosa Kadara i kadaryzmu, kiedy to "władza robiła swoje, ale dawała społeczeństwu żyć". Teraz jest podobnie. W Polsce mało kto zwrócił uwagę, że Węgry mają czteroprocentowy wzrost gospodarczy, a realne dochody całego społeczeństwa wzrosły w ciągu ostatniego roku od pięciu do dziesięciu procent. To nie jest mało. Z tego powodu wielu Węgrów poszło i zagłosowało za tym co jest, bo oni chcą takiej sytuacji. Wszystkie inne elementy podniesione w kampanii, jak na przykład uzasadnione ataki Jobbika na korupcję na Węgrzech, okazały się nieskuteczne. Skuteczne za to okazało się "dolewanie do garnka" i zapewnianie bezpieczeństwa socjalnego. Takie są moje wstępne wnioski, jednak wysoka frekwencja wyborcza bez wątpienia wymaga głębszych analiz - zaznacza politolog.

- Z wyniku wyborczego Fidesz wynika jeszcze jednak oczywista rzecz. Cała prowincja węgierska głosowała za Fideszem, a najwięcej głosów na opozycję oddano oczywiście w Budapeszcie. Zatem stały podział na prowincję i stolicę, który na Węgrzech istnieje co najmniej sto lat, dalej się utrwala - puentuje profesor Góralczyk.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje