Anna Dymna: Mniam, mniam i spadaj

Anna Dymna, fot. Marek Kowalski /

Bardzo inteligentni skądinąd ludzie pytają mnie okrutnie, po co miliony społecznie zebrane wydaję na osoby niepełnosprawne intelektualnie. Nie lepiej byłoby pomagać komuś, kto ma jakąś szansę w życiu? – z Anną Dymną o pomocy wykluczonym rozmawia Dariusz Jaroń.

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: Można jeszcze udawać, że niepełnosprawnych nie ma?

Anna Dymna: Już nie! Pamiętam, jak byłam zdziwiona,  kiedy pojechałam na początku lat 70. do Londynu. Boże, jaki to biedny naród ci Anglicy, pomyślałam, tam tyle kalek jest. W teatrach, restauracjach ludzie na wózkach.... U nas, w szczęśliwym komunistycznym kraju, nie było podobnych problemów. Osoby niepełnosprawne nie mogły burzyć tego sielankowego szczęścia. Były odizolowane od społeczeństwa. Nie uczestniczyli w naszym życiu. I to się teraz zupełnie zmieniło. Oni już są, nie możemy udawać, że ludzi niepełnosprawnych i chorych nie ma.

Reklama

To się zmieniło, ale?

- Ale musimy nauczyć się z nimi żyć. To duży problem.

Z czego ten problem się bierze?

- Ze strachu. Boimy się inności, choroby, śmierci. Tak jesteśmy skonstruowani, że odruchowo się odwracamy, żeby na to nie patrzeć. Słyszę czasem: "Jestem za wrażliwy, jak ty możesz z takimi ludźmi w ogóle rozmawiać?". Dużo zostało zrobione, żeby ten strach przezwyciężyć, ale jeszcze wiele pracy przed nami. Ale ludzie niepełnosprawni już wokół nas są, jest bardzo dużo akcji, przede wszystkim powstały warsztaty terapeutyczne. To jest, uważam, najpiękniejsza zdobycz nowego ustroju.

Dorośli niepełnosprawni intelektualnie to wciąż tabu?

- To są często  tacy bezradni straceńcy. Inni nie będą. Łatwiej pomaga  się  dzieciom, które mogą wyzdrowieć, założyć rodziny, zrobić kariery. Społeczeństwu łatwiej zrozumieć, że warto im pomóc. A jak pomóc komuś, kto nie rokuje? Bardzo inteligentni skądinąd ludzie pytają mnie okrutnie, po co miliony społecznie zebrane wydaję na osoby niepełnosprawne intelektualnie. Nie lepiej byłoby pomagać komuś, kto ma jakąś szansę w życiu?

I co pani odpowiada?

- Nie pojmuję takiego sposobu myślenia. Wszystko polega na tym, że nie znamy odmienności. Nie rozumiemy jej, dlatego ranimy takich ludzi, źle ich traktujemy. Ale jak się odważymy do nich zbliżyć, zaprzyjaźnić z nimi, to nagle spostrzegamy, jacy to niezwykli ludzie i jak wiele możemy dzięki nim zrozumieć i od nich się nauczyć. Oni mają  zakodowany wzorzec człowieczeństwa niezniszczony intelektem. Poznają świat sercem, są niezwykle wrażliwi. Bez słów - niektórzy przecież nie mówią - uświadamiają, co tak naprawdę jest człowiekowi potrzebne, żeby mógł być szczęśliwy i się uśmiechnął.

Niepełnosprawni intelektualnie uśmiechają się częściej?

- Nie wiem, na czym to polega, ale gdy taki człowiek się uśmiecha, to życie wszystkich wokół staje się lepsze. Są często bardzo chorzy, smutni, zawieszeni w jakimś chaosie, ale gdy czują, że ktoś jest obok nich, to umieją rozkwitać radością i nią wszystkich zarażać. Ta radość staje się naszą siłą.

Co panią uderzyło, kiedy otworzyła się na niepełnosprawnych?

- To, że znalazłam się wśród ludzi, którzy nie lubią mnie dlatego, że jestem panią z ekranu.  Dla  nich jestem zwyczajnym człowiekiem i kochają mnie za to, jaka jestem, a nie dlatego, że jestem aktorką. Całe życie byłam tym napiętnowana. Nawet nie wiedziałam, czy się facetom podobam. Bo to przecież nie ja się podobałam, tylko Marysia Wilczurówna albo Basia Radziwiłłówna. Z jednej strony popularność jest miła, ale też mocno upokarzająca. Moi podopieczni widzą we mnie zwykłego człowieka.

Ale ta popularność pewnie niejedne drzwi potrafi otworzyć, ocieplić relacje. W kontakcie z podopiecznymi fundacji nie mogła pani na nią liczyć.

- To była próba mojego prawdziwego człowieczeństwa. Trudne i okropnie ważne zadanie. Ja się z tymi ludźmi zaprzyjaźniłam, zanim założyłam fundację. To byli podopieczni ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego z Radwanowic. Przyjeżdżałam tam prywatnie, robiliśmy razem spektakle. Aż jednego dnia miała im się stać krzywda, bo, na mocy nowelizacji ustawy o zatrudnianiu i rehabilitacji osób niepełnosprawnych, część osób straciła prawo do korzystania z warsztatów terapeutycznych. Mieli gdzie spać, co jeść, ale nie mogli chodzić na warsztaty, bo nie miał kto za to zapłacić. Według państwa mieli tak tkwić bezczynnie całymi dniami. To nieludzkie. Ksiądz powiedział do mnie: "Niech pani coś zrobi!". Ale co? Przecież do domu ich nie wezmę.

Wtedy wymyśliła pani fundację?

- Ks. Zaleski podpowiedział to rozwiązanie. Przecież ja się na takiej działalności kompletnie nie znałam. Ale dałam się namówić. Szybko zarejestrowałam fundację, w marcu 2003 roku dostałam KRS , a  w lutym 2004 roku otworzyłam dla podopiecznych Warsztaty Terapii Artystycznej "Mimo Wszystko". I nawet się nie zorientowali, że ktoś ich chciał czegoś pozbawić.

Jak liczna to była grupa?

- Około 30 osób.

Duża odpowiedzialność.

- Odpowiedzialność jest bardzo ważna. To są moje "dzieci", chociaż to są dorośli. Założyłam fundację dla nich. Chociażby nie wiem, co się działo, już ich nie opuszczę.

Dostrzegamy dziś niepełnosprawnych i ich problemy, ale czy angażujemy się w akcje pomocowe na ich rzecz?

- Jest ten jeden procent. Z jednej strony, dało to mojej fundacji możliwość wybudowania dwóch ośrodków, realną pomocą przez te lata dla ponad 20 tysięcy osób chorych i niepełnosprawnych, z drugiej natomiast, co podkreślają fachowcy, wyrobiło w ludziach myślenie: "Wpłaciłem jeden procent z podatku, to wystarczy". Mamy taki charakter, co wyczaił dobrze Jurek Owsiak, że lubimy robić jednodniowe akcje, bić rekordy. Od początku grałam z Orkiestrą. Patrzyłam, jak ludzie się cieszą, że mogą coś dobrego zrobić. Moja matka powtarzała, że każdy człowiek chce być dobry, tylko czasem nie wie, że może taki być, nie ma wzorców, wstydzi się, albo tkwi w bólu czy kompleksach, przez które nie potrafi tego dobra w sobie uruchomić.

Orkiestra to uruchamia.

- I to w tysiącach, milionach ludzi, których nikt często nie podejrzewał, że mogą coś dobrego zrobić. Z kolei niektórzy mówią, że ten jeden procent podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego jest czymś urzędowym, że nie budzi radości. Ja jednak często widzę, że jest on początkiem myślenia o drugim człowieku, prawdziwego pomagania. Ten jeden procent daje nam szansę na konkretne, długofalowe działanie.  Niestety, jest  obwarowany różnymi przepisami. Niekiedy ich nie rozumiem. Ale w mojej fundacji pracują fachowcy od prawa i księgowości. Musimy działać według prawa. Drżę, że w zawirowaniach naszej rzeczywistości nagle te wpłaty jednego procenta przestaną istnieć. I dlatego marzy mi się taka forma pomocy, która nie uzależnia mnie od żadnej polityki i władz.

Jakie rozwiązanie byłoby lepsze?

- Super byłoby dotrzeć do indywidualnych darczyńców. Zaprzyjaźnić się z nimi, wymyślić stałą, długofalowa współpracę. I tu nie chodzi o żadne miliony, ale o wspólną radość i działanie. Mam np. konkurs poetycki dla osób niepełnosprawnych "Słowa, dobrze, że jesteście". Potrzebuję na to 20 tysięcy złotych. Marzę o tym, żeby namówić polskich piekarzy do współpracy. Rzucam np.  hasło " Słowo dobre jak chleb!" Oni w odpowiedzi deklarują się do wpłaty co miesiąc np. 100 zł, dostają ode mnie plakietkę, że piekarnia bierze udział w pomocy osobom niepełnosprawnym. I wspólnie się bawimy. Wystarczy 20 piekarni i już mamy nagrody dla niepełnosprawnych poetów. Potem robimy dla piekarzy koncert poetycki. Oni przynoszą chlebuś, a my słowo - i dzielimy się tym, co mamy. Uruchamianie takich systemów to coś najpiękniejszego w pomaganiu, znacznie więcej warte niż jednorazowe wsparcie milionera.

Trudno zbierać pieniądze dla, jak pani powiedziała, straceńców?

- Bardzo trudno.

Kto was wspiera?

- Raczej ludzie mniej zamożni. Nie mamy wokół siebie milionerów.

Historie darowizn jak z hollywoodzkich filmów się nie zdarzają?

- Owszem, zgłaszają się czasem bogaci ludzie. Przyjechała raz jedna pani, mówi, że chciałaby wyposażyć mój ośrodek, bo dzieciom chce pomóc. Proszę pani, odpowiadam, ale ja mam dorosłych podopiecznych. Tak? A, to przepraszam. Okazało się, że sama ma niepełnosprawne dziecko.

Ile miało lat?

- 16.

To niedaleko do pełnoletności.

- Jak pani sobie to uświadomiła, zaczęłyśmy trochę inaczej rozmawiać ale i tak się wycofała.

Czyli jednak nie radzimy sobie z niepełnosprawnością dorosłych...

- Pomagać im nie umiemy. Nieraz upokarzamy ludzi, chcąc im pomóc. Widzisz kogoś na wózku na ulicy, to zapytaj go po prostu, jak pomóc? A czasem, tak mi opowiadają, niepełnosprawni słyszą: "Jaki pan biedny, pan nienormalny jest, tak?". W ten sposób są traktowani. Najbiedniejsi są ci z porażeniem mózgowym.

Choroby to też silne tabu?

- Jak ktoś idzie po ulicy i się kiwa, to niekoniecznie jest pijakiem. Może mieć Huntingtona albo Tourette’a. To są choroby, trzeba o nich mówić. Ale nie jest to łatwe, bo media wolą pokazywać piękne młode dziewczyny, demonstrować tańce na łyżwach i śpiewy, a nie uświadamiać społeczeństwo.

Pani to robi w mediach.

-  Cały czas prowadzę program "Spotkajmy się", mimo że nikt nie wie, że to robię, bo dla telewizji ta audycja jest chyba "piątym kołem u wozu". Widział pan jakąś reklamę tego programu?  No bo nie jest atrakcyjny przecież. Ale jest już czternasty rok, więc jednak komuś chyba potrzebny. To zwyczajna rozmowa, bez atrakcji.  Rozmawiam z ludźmi, którzy umierają, chorują, są po wypadkach, mają choroby psychiczne. Nie jestem lekarzem, psychologiem czy terapeutą. I pewnie nigdy nie będę, ale dzięki temu szczerze rozmawiam i mogę zadawać głupie pytania. Chory musi sobie z kimś pogadać, chociażby o tym, że umrze za chwilę, że go cos boli, że nienawidzi świata i potrzebuje miłości.

Przeżywa pani te rozmowy?

- To najtrudniejsza rzecz, jaką robiłam w życiu. Kiedyś w programie dziewczyna mnie prowokowała, musiałam jej zadać pytanie, jaki sens ma jej życie? I siedzi taka uśmiechnięta na wózku, rusza tylko jedną ręką i mówi: "Aniu, wiesz, jaką ja ważną funkcję pełnię w życiu. Przecież gdy tak na mnie patrzysz, musisz sobie zdać sprawę z tego, jaka jesteś szczęśliwa i jak naprawdę piękne jest twoje życie".  Przerwałam nagranie i się rozpłakałam. Przeprowadziłam tych rozmów ok. 400. Po wielu z nich przyjeżdżam do hotelu, bo nagrywamy pod Warszawą, i siedzę godzinami wpatrzona w ścianę, zanim dojdę do siebie.

Czego potrzebują ludzie niepełnosprawni?

- Zrozumienia. Normalności. Upokarza ich niemiłosiernie to, że od nich się niczego nie wymaga. To dlatego wymyśliłam "Festiwal Zaczarowanej Piosenki". To taka praca u podstaw. Uświadamianie ludzi w jasny sposób, ale nie poprzez epatowanie nieszczęściem. Pokazujemy, że człowiek niepełnosprawny: ślepy, na wózku, mniejszy od innych, ma takie same potrzeby i marzenia jak każdy z nas. A do tego może być nieprawdopodobnie utalentowany.

Co to znaczy, że się od nich nie wymaga?

- Im się nie pozwala realizować marzeń i pasji. "Bo ty taki biedny jesteś na wózeczku, weź sobie balonik, tu masz czekoladkę. Zaśpiewaj. Nie umiesz? Nie szkodzi, ślicznie, mniam, mniam i spadaj". Tak było, i to ich upokarzało. W szkołach to samo. A na naszym zaczarowanym  festiwalu mam najwybitniejszych fachowców od śpiewania, opiekunem artystycznym jest Irena Santor, w jury tuzy takie jak Zbigniew Preisner, Jan Kanty Pawluśkiewicz czy Jerzy Stuhr, a na scenie obok niepełnosprawnych wokalistów wielcy artyści: Edyta Górniak czy Grzegorz Turnau. I tu nie ma żadnych taryf ulgowych. Sześcioro dzieci i sześcioro dorosłych niepełnosprawnych występuje w finale u boku gwiazd. Patrzysz na  Edytę Bartosiewicz, która śpiewa z jakąś niewidomą dziewczynką, Grzesia Markowskiego z chłopakiem na wózku... i po chwili nie widzisz żadnego kalectwa. Są po prostu piękni ludzie, którzy wspaniale śpiewają. I to jest praca u podstaw.

I burzenie barier.

-W tych przestrzeniach bariery same się burzą. Muzyka, sztuka, sport i rywalizacja coś uwalniają. I te mury pękają, obserwujemy to podczas festiwalu albo pokazów sportowych na Rynku w Krakowie. Wytwarza się niepowtarzalny nastrój. Tak to się ludziom najlepiej uświadamia, a nie przez epatowanie bólem, że ktoś ma raka czy stracił nogi. Takie obrazki często odstręczają, niektórych wzruszą, i nic poza tym. A tu? Co z tego, że chłopak ma dystrofię mięśniową i nie chodzi, skoro śpiewa z Turnauem jak anioł.

Festiwal, jak cała pani działalność, wymaga sporych nakładów finansowych...

- Tak, a instytucje, które powinny się cieszyć, że robimy coś razem, opuszczają nas.

To znaczy?

- Pierwszy mnie opuścił PFRON, chociaż to był nasz wspólny projekt. To jest przecież działanie na rzecz osób niepełnosprawnych z całej Polski. Wcześniej muszę zabezpieczyć środki, zaplanować wszystko z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Ministerstwo Kultury też kiedyś uważało się za współorganizatora festiwalu. Teraz piszemy projekty i coś tam zawsze dostajemy, ale to nie jest już radosne, wspólne działanie. Nie wiem, dlaczego. Fajnie by było, gdyby tak dało się być czegoś pewnym, móc liczyć na wsparcie i życzliwość ludzi oraz instytucji bez względu na polityczne zmiany i uwarunkowania. Przecież choroby i niepełnosprawność są ponad politycznymi i wyznaniowymi podziałami. Jak komuś pomagasz, nie możesz pytać w co wierzy i w jakiej jest partii.

- Patrzę na Krzysia Globisza. Jest dla mnie jak brat. Od początku razem pracujemy. Cudowny człowiek. Komuś trzeba było pomóc, już leciał. Nagle przyszedł udar, afazja. Co by ten Krzysiek zrobił, gdyby wcześniej taki nie był? On sobie zasłużył na przyjaciół, jest nimi otoczony. Już gra w dwóch przedstawieniach, wierzę, że będzie mówił. Powinniśmy tak żyć, by mieć przyjaciół.

Trudno się współpracuje z rządem?

- Tak, ale przecież jesteśmy organizacją pozarządową. Wolałabym nie musieć się zwracać do rządu, żeby mi coś dawał. Ja bym tylko chciała ze strony rządzących życzliwości. Nie rozumiem, czemu bywam czasem traktowana jak intruz. Przecież my tak naprawdę państwu pomagamy, bo chcemy to robić. Moja fundacja wybudowała dwa nowoczesne ośrodki terapeutyczne. Nie pytałam, dlaczego ludzie niepełnosprawni nie mają takich ośrodków. Nie pytałam, kto powinien stworzyć takie miejsca terapii. Widocznie nikt tego nie mógł zrobić. Zorganizowałam więc ludzi, pieniądze i postawiłam te ośrodki. Tylko to się liczy. Ważne jest, że moi podopieczni mają piękne warsztaty, prawda? A do zrobienia jest strasznie dużo...

Wszystkim pani nie pomoże.

- I to jest kluczowe w prowadzeniu fundacji: świadomość, komu naprawdę chcesz pomóc. W działaniach pomocowych trzeba mieć priorytety i pomagać mądrze. Trudne jest to pomaganie, ale cieszę się, że na swojej drodze spotykam cudownych ludzi. Oczywiście są w mniejszości, ale są. I oni zarażają. Słuchałam kiedyś naszego papieża Franciszka, co on mówi o jakiejś zarazie? Mówił, że pomaganie i dobro są jak zaraza. Życzył nam, aby ta zaraza nas pochłonęła. Wierzę, że pomaganiem można się zarazić.

Jak skutecznie namówić do pomagania?

- Nie da się. Gadaniem niczego się nie osiągnie, nikogo nie przekona. Lepiej sprowokować, żeby ktoś komuś pomógł. Niechcący pomogłeś i nagle widzisz uśmiechniętą gębę: "Jaki ty jesteś kochany, dziękuję!". Słyszysz takie słowa, i dzieje się z tobą coś niezwykłego. Czujesz się lekko, jakbyś od dentysty wyszedł. I co robisz? Pomagasz, bo to wciąga. Jak zaraza.

Jeden procent dla fundacji Anny Dymnej - dowiedz się więcej

Radzi sobie pani z hejtem?

- Nasłuchałam się sporo jak otworzyłam fundację: dupa jej urosła, nie ma co grać, pewnie szmal chce na tym zarobić.

A chce pani?

- Jestem wolontariuszką. Od chwili powstania mojej fundacji.

Ale pracowników fundacja zatrudnia?

- Zatrudnia. Bo jak ja mogę milionami społecznymi zarządzać bez prawników, księgowych, administracji, PR-u? Nie mogę opierać się wyłącznie na wolontariuszach. Mamy ogromny sztab wolontariuszy, pomagają nam, są jak tlen, wnoszą w naszą prace wiele radości, ale to są młodzi ludzie, wkrótce wejdą w dorosłe życie, muszą walczyć o swoje.

- Jak zaczynałam, pojechałam do Jurka Owsiaka. "Jurek, czy ja sobie poradzę?" - zapytałam. On tak na mnie popatrzył i powiedział: "Ania, poradzisz sobie, bo ty to robisz naprawdę. Nie dlatego, że kasy potrzebujesz. Wiem ile pracujesz. Ty robisz to dlatego, że chcesz to robić, a do tego wiesz, dla kogo to robisz. Poradzisz sobie. Tylko czekają cię różne niebezpieczeństwa. Jak zauważysz, że nagle zaczynają w ciebie walić, to znak, że ci się udało. Takie są ludzkie odruchy. I wiesz co? Nie przejmuj się, rób swoje".

Owsiak wie o tym najlepiej...

- Może mam więcej spokoju od Jurka, może mniej energii. Jest bardziej emocjonalny ode mnie. Poza tym to, co robi, jest tysiąc razy większe od mojej działalności. Jurek ma inny charakter niż ja, no i z nim strasznie walczą, bo robi wielkie rzeczy. Gdy ktoś mnie opluwa, otaczam się lustrami, które to odbijają i nie daję się prowokować. Gdybym weszła na pole bitwy, pewnie utonęłabym szybko w tym szambie i dała się zabić. Więc milczę. Popłaczę sobie w nocy, tylko moje  koty to widzą i mruczeniem wskazują mi drogę postępowania. I dalej robię swoje. Jak ktoś zechce mnie wykończyć, to jest tylko jego problem, nie mój. 

Można się pogubić w prowadzeniu ogromnej fundacji?

- Dlatego mam wokół siebie mądrych ludzi. Wiem, że na wielu rzeczach się nie znam, mam fachowców, ufam im. Co roku wybieramy z przetargu najlepszych audytorów w Polsce, biorą pod lupę każdy dokument, każdy grosz, który wchodzi do fundacji. Dają nam uwagi, a na drugi rok sprawdzają, czy z nich skorzystaliśmy. Na razie jestem czysta jak łza, co nie jest takie oczywiste w gąszczu zmieniających się wciąż ustaw i przepisów. Czemu zostawia się u nas możliwość interpretacji prawa? Przecież to stwarza komuś pole do nadużyć... Nie rozumiem tego, ale nie muszę, jestem przecież tylko aktorką.

Mogłaby pani tego wszystkiego nie robić.

- Przez kilkanaście lat odpowiadałam na pytanie, dlaczego to robię. Myślałam, że zwymiotuję. Janeczka Ochojska mi powiedziała: "Wiesz co mów? Pomagam, bo pan tego nie robi!". My się w tym środowisku wszystkie znamy. Byłyśmy kiedyś razem na konferencji w Lublinie i musiałyśmy odpowiadać na to pytanie - " dlaczego?". Janeczka opowiada, że kiedyś dostała pomoc od innych, teraz to oddaje. Z kolei siostra Małgosia Chmielewska, cudowna kobieta, mówi, że Pan Bóg ją natchnął, Ewa Błaszczyk, wiadomo, czemu pomaga. A ja nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.

Nic a nic?

- W końcu znalazłam wytłumaczenie. Ja to wyłącznie robię dla siebie. Jestem egoistką, a to mi daje taką radość, że im więcej we mnie walą, tym twardsza się staję. Idę do przodu. Słyszę czasem, że Dymna jest nienormalna. No pewnie, że nienormalna. Zagrałabym sobie w serialu, miała willę z basenem i zajmowałabym się swoimi paznokciami, włosami, skórą, szczupłą piękną sylweteczką i jaka bym piękna umarła!

Pusto tak.

- No, pusto. I zupełnie mnie to nie obchodzi, na szczęście. I wciąż kocham życie i cieszę się każdym dniem mimo wszystko.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje