Anna Treter: Artysta w czasach odtwórczości

Anna Treter, fot. Fundacja Piosenkarnia /

Jak się młodym ludziom będzie serwować jedynie możliwość odtwarzania piosenek, za chwilę nie będziemy mieli autorów tej klasy co Jonasz Kofta, Wojciech Młynarski czy Agnieszka Osiecka – z Anną Treter o pierwszych krokach młodego artysty w show biznesie rozmawia Dariusz Jaroń.

Reklama

Anna Treter. Solistka i kompozytorka, od lat związana z zespołem Pod Budą. Równoległe prowadzi solową karierę sceniczną, a także pomaga młodym artystom w wejściu na wymagający rynek muzyczny. W tym celu założyła Fundację Piosenkarnia.

Od 2008 roku z jej inicjatywy w Krakowie odbywa się Festiwal Twórczości Korowód, łączący w sobie pamięć o dorobku wybitnych polskich autorów z promocją zdolnej młodzieży zajmującej się muzyką i poezją, która niekoniecznie odnajdzie się w telewizyjnych produkcjach typu talent show, a ma coś ciekawego - i artystycznego - do opowiedzenia.

Reklama

Tegoroczna, dziewiąta już edycja festiwalu potrwa od 12 do 19 listopada. Na jego zakończenie na scenie Opery Krakowskiej utwory Jonasza Kofty zaprezentują m.in. Hanna Banaszak, Anna Treter, Stefan Friedmann, Grzegorz Halama, Krzysztof Kiljański oraz laureaci Korowodu z poprzednich lat - Marta Honzatko i Piotr Goljat.

*

Dariusz Jaroń, Interia: Porozmawiajmy o realiach młodego artysty. O drodze, jaką może wybrać. Z jednej strony są talent show, ale to głównie nakręcanie oglądalności mediom, bo rzeczywiste kariery robi po tych programach garstka artystów. A co, jak ktoś się nie nadaje do takiego formatu, bo nie czuje się w takiej scenerii komfortowo?

Anna Treter: Niektórzy młodzi artyści są zbyt mało przebojowi i widowiskowi żeby ich tam chciano. Nie chodzi o charyzmę czy prawdziwą wartość estradową, oni po prostu nie pasują do formatu talent show. Bo cóż tam pokaże taki, co siedzi spokojnie, gra i śpiewa? Ostatnio w którymś z tych programów zwyciężyła dziewczyna akompaniująca sobie na  fortepianie, ale to się rzadko zdarza. Jeżeli ktoś chce ominąć telewizję, to czeka go trudna i długa droga. Dlatego tak ważną częścią naszego festiwalu jest konkurs dla młodych wykonawców i twórców. Chodzi o to, żeby zaprezentowali się tacy ludzie, którzy w programach typu talent show nie mają szans. Nie bardzo ich zresztą tam chcą.

To co im pozostaje?

-  Są festiwale, takie jak nasz, jest ich w Polsce kilka i zajmują się bardziej niszową piosenką, ale to są działania lokalne. Problemem dla artystycznej niszy jest brak silnego sponsora i zainteresowania ze strony telewizji, bo to wciąż, mimo rosnącej roli internetu, decydujące medium w kraju. Obecnie, nie dość, że wymyślamy i przygotowujemy cały festiwal, to jeszcze musimy znaleźć pieniądze na realizację telewizyjną i podać wszystko na tacy. Mam nadzieję, że w mediach publicznych nastąpi jakiś odwrót, bo do tej pory byliśmy spychani na boczny tor.

Ogląda pani muzyczne programy w telewizji?

-Tak, koncerty. Obejrzałam też kilka ,,talent- showów", ale to kompletnie nie dla mnie. Poza tym denerwują mnie te wszystkie telewizyjne dodatki i reklamy, ten cały niepotrzebny blichtr. Gdyby to były same piosenki, możliwość posłuchania tych młodych ludzi, to jeszcze, ale na programy w takiej formie szkoda mi czasu. Można w internecie odsłuchać najciekawsze wykonania. Oburza mnie często sposób traktowania tych młodych ludzi przez jurorów. Nie lubię jak ktoś się nad drugim człowiekiem pastwi, nie zawsze mając rację i nie zawsze będąc lepszym od niego artystą. Ubolewam, że nie ma w telewizji alternatywnego programu dla myślących i wrażliwych widzów, gdzie młodzi, zdolni, mający coś do powiedzenia artyści mogliby się zaprezentować. Z własnego doświadczenia wiem, że ciężko do mediów dotrzeć z taką propozycją. Oczywiście mówię o mediach publicznych, bo stacje komercyjne z góry odrzucają takie pomysły, uważając nieco wyższą kulturę za nie swoją działkę.

Bo nie można zrobić wokół spokojnego grania cyrku?

- Tak, to dobre określenie. Obserwujemy ogłupianie społeczeństwa. Coraz niższy jest poziom kultury i  kontaktu z nią. Słyszę, że znów spada poziom czytelnictwa. No pewnie, że spada, skoro nawet na Stadionie Narodowym hula disco polo! Rozumiem, że są ludzie, którym piosenka chodnikowa - jak to się kiedyś nazywało - czy disco polo wystarcza, tylko dlaczego nie proponuje się też innej rozrywki, skierowanej do bardziej wymagającego widza? Bardzo kiepsko to wygląda np. na tle Stanów Zjednoczonych. Narzeka się na piosenkę country, porównując ją nieraz z naszym disco polo. Mieszkałam w USA dwa lata i proszę mi wierzyć, że poziom jest nieporównywalny. Najlepsi artyści country są poważani i sprzedają miliony płyt, a to co prezentują jest muzyką najwyższych lotów.

- Poprzez poziom oferowanej przez telewizję rozrywki, odgrzewanie w kółko tych samych, mało śmiesznych programów kabaretowych i kompletny brak alternatywnych propozycji, nastąpiło obniżenie poziomu potrzeb kulturalnych większości polskiego społeczeństwa, a ci, poszukujący prawdziwej kultury i dobrej polskiej piosenki, znajdują ją jedynie w salach koncertowych i na płytach.

Łatwiej stacjom telewizyjnym puścić program rozrywkowy z szablonu czy bezrefleksyjny film sensacyjny, niż coś bardziej ambitnego. Liczy się wynik.

- I mamy zamknięte koło. Ale do czego to prowadzi?

Zawsze - przynajmniej w teorii - zostaje telewizja publiczna i misja TVP Kultura.

- Do TVP Kultura też się z festiwalem zgłaszaliśmy. I nic.

Przynajmniej dobre filmy puszczają.

- Czasem właściwie tylko po to z mężem telewizor włączamy. Inna rzecz, że TVP Kultura nie ma pieniędzy, więc nie może pomóc. Mogłaby np. TVP2, ale tam też - z tego co wiem - środków już nie ma. Może za rok, przy okazji jubileuszu 10-lecia festiwalu będziemy mogli nawiązać współpracę. Dyrektor Marcin Wolski jest zainteresowany festiwalem. Dziś pomagają nam mniejsi sponsorzy, pomaga miasto. Dzięki nim festiwal mógł przetrwać.

Młody artysta zgłasza się do konkursu Anny Treter. Co może zyskać?

- Nasz konkurs jest dwuetapowy. W pierwszym etapie młodzi ludzie przysyłają nagrania, na ich podstawie są kwalifikowani, a następnie odbywa się koncert na żywo przed publicznością i jury. Mamy cenne nagrody, oprócz tej finansowej niezwykle ważna jest trzydniowa sesja nagraniowa, która już wielokrotnie umożliwiła laureatom dobry start. Mieli jedną czy dwie piosenki profesjonalnie nagrane i mogli je np. wysłać do radia jako singiel promocyjny. Zdarzało się, że sesja była zaczątkiem tworzenia płyty. Nagrodą, jakiej nie proponuje żaden innych festiwal w Polsce jest to, że nasi laureaci mają koncert na żywo w radiowej Trójce w słynnym studiu im. Agnieszki Osieckiej. To ogromna nobilitacja, tych koncertów słucha zawsze kilkaset tysięcy osób. Co roku  laureaci poprzednich edycji festiwalu są zapraszani do udziału w koncercie galowym, a także mają swoje recitale.

Zgłoszenia do konkursu do 22.10. - poznaj szczegóły

Łatwiej jest dzisiaj być młodym artystą, czy w czasach, kiedy pani zaczynała karierę sceniczną?

- Zastanawialiśmy się kiedyś nad tym w gronie zaprzyjaźnionych muzyków. I w zasadzie trudno odpowiedzieć na to pytanie. Mieliśmy różne przeszkody, ale jeśli się wzięło udział w festiwalu w Opolu, tak jak my z Pod Budą w 1979 roku i odniosło tam sukces, to różne drzwi  otwierały się  na tyle szeroko, że można było liczyć na powodzenie. Ja - wówczas studentka ostatniego roku ekonomii - zmieniłam wówczas całkowicie front i już nigdy do pracy jako ekonomistka nie poszłam. Zaczęłam śpiewać zawodowo, grać koncerty, a po jakimś czasie dobrze z tego żyć. Były wtedy tylko dwa programy w telewizji, więc jak się  zespół pokazał na ekranie w jednym z nich, to ludzie go w pamięci odnotowali. Dziś mediów jest tak dużo, że jednorazowe pokazanie się niewiele daje. Istniał wtedy także silny ruch studencki, który w mojej ocenie teraz zanikł.

Jak ten ruch dawniej funkcjonował?

- Czterdzieści lat temu, kiedy zaczynałam, prężnie działały kluby studenckie, mogliśmy przez cały rok  jeździć i w nich występować, i to była "nasza" publiczność. Dorosła razem z nami i nadal z nami jest. Te kluby były także niejako mecenasami młodych artystów, wylęgarniami studenckich kabaretów i schronieniem dla niepokornych twórców. Dzisiaj najlepiej jest się związać z jakimś silnym wydawcą, który zapewni artyście promocję, ale, niestety, nie zrobi tego bezinteresownie. Inny sposób, żeby zaistnieć, to pokazać się w internecie. Natomiast myślę, że zawsze skuteczna jest metoda małych kroków i  trzymanie się własnej drogi artystycznej, bez ustępstw i sprzedawania się. 

Skąd u pani ta chęć wyciągania ręki do młodych artystów? Bo to nie tylko kwestia fundacji, ale wieloletnie zaangażowanie w promocję i wspieranie młodych twórców.

- Lata temu kolega z dawnych czasów, a wówczas dyrektor w jednym z domów kultury w Krakowie, zapytał, czy bym nie chciała poprowadzić u niego spotkań z młodymi ludźmi; piszą, śpiewają, komponują, słowem mają coś artystycznego do powiedzenia. Bałam się, bo nie mam w sobie zapędów dydaktycznych, ale podjęłam ryzyko. I te spotkania zamieniły się w kapitalną, comiesięczną imprezę. Przychodziły tłumy młodych ludzi, dostaliśmy po pewnym czasie nawet dofinansowanie.

- Najpierw prezentowali się wyłącznie młodzi, potem moi przyjaciele z estrady za niewielkie pieniądze przyjeżdżali i grali swoje półrecitale, pokazując, że piosenka artystyczna ma różne oblicza, ale ma też swoich słuchaczy i można ją uprawiać z  powodzeniem. Te spotkania trwały przez dobrych kilka lat.

Aż przyszedł czas na założenie fundacji?

- Zastanawiałam się, co zrobić, żeby móc działać skuteczniej. Fundacja powstała w 2008 roku. Kolejnym krokiem było powołanie do życia festiwalu. Udało się przetrwać gorsze i lepsze czasy. Jesteśmy, działamy i mamy liczne grono przyjaciół i słuchaczy. Opłaciło się. Mam świadomość, że moja kariera artystyczna się zamyka, warto przekazać  komuś wiedzę organizacyjną czy pomóc ukształtować się artystycznie młodym twórcom. Dzielenie się z nimi doświadczeniem czy też umożliwienie im nawiązania kontaktu z innymi artystami czy menedżerami, to takie małe rzeczy, które mogą być pomocne w ich karierze.

- Chcemy przy pomocy konkursu wyłapywać  młodych, wartościowych twórców, podawać im rękę, i próbować ich promować, próbować pokazać im, którą drogą mogą pójść. Dzisiaj w piosence dominuje odtwórczość i powielanie, za chwilę nie będziemy mieli autorów tej klasy co Jonasz Kofta, Wojciech Młynarski czy Agnieszka Osiecka.

Pani ktoś taką dłoń podał?

- Los.

Czytałem, że ten los objawił się w pociągu...

-  I zadziałał na wielu polach. Rzeczywiście, podczas podróży pociągiem zostałam zaproszona do współpracy  przez jednego z muzyków kabaretu Pod Budą. W tym samym czasie Bohdan Smoleń sprowadził do kabaretu gitarzystę Jana Hnatowicza. Tam się poznaliśmy i do dzisiaj jesteśmy razem; jest moim mężem, gitarzystą i kompozytorem większości moich piosenek i  wielu przebojów zespołu Pod Budą. Tak się splotły nasze życiowe i artystyczne drogi, więc określenie, że to sprawka losu jest w moim przypadku zasadne.

Jaka jest dziś kondycja polskiej piosenki?

- Nie jest z nią całkiem źle. Stale słyszę, że koledzy nagrywają płyty, że te płyty się sprzedają, a ludzie chodzą na koncerty. Jest duża różnorodność gatunkowa, jest w czym wybierać. Gramy z Pod Budą tyle lat, a bilety na nasze koncerty wciąż się sprzedają. Jak coś się dobrze zapisało w pamięci słuchacza i polubił artystę, to kupi płytę i pójdzie na koncert. Ciekawa jestem, ilu uczestników talent show utrzyma się na rynku, kiedy odetną już kupony od udziału w programie telewizyjnym.

Niektórzy radzą sobie znakomicie. Jest Monika Brodka, Dawid Podsiadło, ale to są perełki...

- Dokładnie. Większość przepada, nie słyszymy o nich, a Brodka czy Podsiadło i bez programu by sobie poradzili, to wybitne osobowości. Mają coś do powiedzenia, są charyzmatyczni, twórczy, wiedzą po co wychodzą na estradę. To są prawdziwi artyści.

Z czego ten niewielki odsetek karier wynika? Z odtwórczości, z tego, że - nie obrażając nikogo - to jest w zasadzie karaoke?

- Trafnie pan określił ten powód. To jest fajne, jako show telewizyjne, i nic więcej. Niewielkie ma przełożenie na prawdziwą karierę tych młodych ludzi, taką rzeczywistą, żeby mogli zaskarbić sobie grono wiernych słuchaczy i zostać na scenie przez wiele lat.

Promocja - czy to przez talent show czy inna - i pomocna dłoń nie zastąpią własnego materiału, twórczości. Mogę być wybitnym odtwórcą, ale kiedy nie mam nic swojego, to dokąd dotrę?

- I tu po raz kolejny pojawia się pytanie, dlaczego nie ma takiego programu telewizyjnego, który by promował  młodych twórców? Czy jest ich tak mało? Nie warto się im przyjrzeć? Nie zaciekawią widza? Otóż tacy twórcy są, ale z roku na rok się wykruszają, bo nikt się nimi nie interesuje, a muszą z czegoś żyć. Widzę to na przykładzie naszego festiwalu.

Chodzi o liczbę zgłoszeń czy poziom?

- Jedno i drugie. Coraz trudniej ich wyłuskać, ale też skłonić kogoś do tego, żeby pisał swoje rzeczy, kiedy może wziąć byle jaką piosenkę z publishingu, a w telewizji go pomalują, ubiorą, i odpowiednio sprzedadzą. Tej własnej twórczości jest coraz mniej. Zamarł też ruch kabaretowy, pozostało powierzchowne wyśmiewanie się i przebieranka. W porównaniu z kabaretami, które pamiętam ze studenckich lat, takimi jak  Elita, Pod Budą, Tey, Pod Egidą czy Salon Niezależnych,  obecna scena kabaretowa wypada blado. Papka telewizyjna, nic wartościowego. Tu też mamy, z winy mediów, toczenie się w dół po równi pochyłej.

Media zawsze stawiają w pierwszym rzędzie na masowość. Ale kabarety, które pani wymieniła też miały masowego odbiorcę. I tu tkwi problem, w tym obniżaniu poziomu kultury masowej.

- Obejrzałam ostatnio opolski koncert "Nastroje nas troje" Kofty, Osieckiej i Przybory, chyba z 1979 roku. Jakież to było piękne, do dziś ciekawe i urocze. Dlaczego teraz tak nie może być? Popatrzmy na festiwal opolski dziś, gdzie z nim zaszliśmy? Ile razy można oglądać tych samych wykonawców w tych samych numerach? Dlaczego nie można zrobić jednego koncertu piosenek literackich? Fajnych, dla innego typu słuchacza. Zastąpmy nim kabareton, gdzie i tak pokażą się te same kabarety, które występują popołudniami, wieczorami i nocami we wszystkich programach telewizyjnych. I żaden nie ma nic do powiedzenia.

Dostrzega pani wpływ obniżenia poziomu kultury masowej na młodych artystów?

- Tak, i brak szacunku dla starych mistrzów. Ale tu wchodzimy już na pole edukacji. Jeden z bardzo znanych obecnie aktorów, któremu proponowałam udział w koncercie piosenek Przybory, nie znał w ogóle piosenki "Addio pomidory". A przecież to jest kanon i jak pacierza powinno się tego uczyć studentów w szkołach teatralnych. Pamiętam, że kiedy chciałam na początku swojej artystycznej drogi zdobyć legitymację, uprawniającą mnie do bycia piosenkarką, musiałam zdać bardzo trudny  egzamin weryfikacyjny. Oprócz egzaminu praktycznego i z przedmiotów muzycznych, były pytania z historii kultury  polskiej od przedwojnia po współczesność. A teraz? Czyżby dbano tylko o dykcję i sprawność fizyczną młodych aktorów? Wiele jest do zrobienia, ale nie chcę już tak narzekać...

Dobrze, to ja o coś optymistycznego na koniec zapytam. Festiwal się zbliża.

- Wiele jest pięknych słów, tylko trzeba je pozbierać. Wiele pięknych melodii, wielu utalentowanych ludzi. Dokładajmy więc swoje malutkie cegiełki, żeby ta polska piosenka artystyczna się utrzymała przy życiu, chodząc na koncerty. Zapraszam serdecznie na festiwal. Usłyszą państwo naprawdę piękne polskie piosenki w znakomitych wykonaniach.

Rozmawiał Dariusz Jaroń

*

Zobacz także:

Robert Kasprzycki: Moje ciało jest tylko awatarem

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje