Jerzy Owsiak: Stoją za nami liczby patriotyczne

Jerzy Owsiak /Łukasz Widziszowski /wosp.org.pl

Kiedy startowaliśmy 25 lat temu, nie bałem się tego, czy Polacy nam zaufają, tylko tego, czy będą chcieli podnieść cztery litery i wrzucić pieniądze do puszki na cele społeczne. Realny socjalizm zrobił z tych spraw pośmiewisko - z Jerzym Owsiakiem, liderem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, rozmawia Dariusz Jaroń.

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: Wiele ostatnio mówi się o patriotyzmie, ale mam wrażenie, że umyka nam w debacie publicznej jeden wątek, mianowicie patriotyzm jako wspólnotowość, wzajemne wspieranie się Polaków. Czy pomaganie jest patriotyczne?

Jerzy Owsiak: - Oczywiście. A my jesteśmy megapatriotyczną fundacją.

Reklama

Co przez to rozumiesz?

- Żeby przekazać patriotyzm i o nim mówić, niepotrzebna jest paląca się flara. Efektem tego, co robimy, jest niesamowity patriotyzm. Każdą złotówkę otrzymaną od społeczeństwa potrafimy obrócić w rękach dziesięć razy zanim ją wydamy. I pokazujemy ludziom, że z tej złotówki zaledwie 5,5 grosza stanowią koszty poniesione na organizację zbiórki i obsługę zakupów, bo na utrzymanie fundacji musimy pozyskać zupełnie inne pieniądze.

- Nawet jakbym chciał wziąć je z puchy, bo uznałbym, że nam się należy za ciężką pracę przez cały rok, to nie mogę tego zrobić. Takie są przepisy. W związku z tym z każdej złotówki - mówię to na podstawie rozliczenia finału z 2015 roku - 94,5 proc. wydawane jest na zakupy, a 5,5 proc. na pokrycie kosztów organizacji zbiórki i zakupów. I taki standard utrzymujemy przez lata. To są dla mnie liczby patriotyczne.

W czym jeszcze objawia się patriotyzm Orkiestry?

- Patriotyzmem jest to, że widzisz w tym całą Polskę. Wszyscy są dla nas takimi samymi ludźmi. Nie pytamy o wykształcenie, o to, czy są wierzący, jaki mają kolor polityczny. Kompletnie jest to obok nas. Zrobiono w zeszłym roku badania. Elektorat PiS wypowiedział się na temat WOŚP. Wyszło, że poparcie dla nas wyraziło 87 proc. osób. To pokazuje, że ludzkie decyzje są związaną z oceną rzeczywistości. Obojętnie, czy jesteś wierzący, czy nie, i w co wierzysz, szpital jest jeden.

- Patriotyzmem jest też to, że ciągle tu jesteśmy. Wsłuchujemy się w ludzkie potrzeby i mówimy: dobra, jest bieda w szpitalu, to powiedzcie, o co chodzi, a my to spróbujemy załatwić.

Jakiego oblicza patriotyzmu nie lubisz?

- Mam dystans do patriotyzmu, który nakazuje mi wiernie strzec granic, bo dzisiejsze granice są ulotne. Dzisiaj nie wjeżdżasz gąsienicami, nie przekraczasz nimi słupka granicznego, ponieważ praktycznie tego słupka nie widać. Więcej przez internet nabałaganisz. Puścisz wirusa, zablokujesz konta bankowe, rozprujesz systemy nerwowe kraju i okaże się, że tu jest wojna. Dlatego nie wczuwam się w malowany i świecący patriotyzm, chociaż go doceniam, bo na nim wyrosłem.

- Pamiętam, jak zaprosiliśmy na Przystanek Woodstock pana Andrzeja Wajdę, na ekrany miał wejść "Katyń" - trudny i bardzo ważny film dla młodych ludzi. Puściliśmy fragmencik. Okazało się, że o filmie mówiliśmy chwilę, a potem ci młodzi ludzie rozmawiali o tym, co dzisiaj, o współczesności. Co nie pokazało, że nie mają szacunku do Katynia. Nigdy w życiu. To pokazało bardzo wyraźnie, że mając lat naście jesteś patriotą, bo myślisz o tym, kim jesteś i o swojej przyszłości.

Zaczynaliście grać, kiedy tych młodych ludzi nie było na świecie. Jak patrzysz na ten czas?

- Mówimy o tych 25 latach Orkiestry, jednak cały czas wybiegamy w przód. Myślenie o tym, co było, przychodzi najczęściej wtedy, kiedy porównujemy dostępne technologie i możliwości. Bardziej patrzę na te ćwierć wieku jak na fascynujący czas dla Polski. Dopiero teraz widać, w jakiej totalnej dupie byliśmy na początku lat 90. To jest bohaterstwo, jakiego przez te 25 lat dokonaliśmy skoku! Dlatego gęsiej skórki dostaję, kiedy słyszę, że kraj jest w ruinie. Nikt czegoś takiego - na skalę międzynarodową - w takim czasie nie zrobił. Wskaż mi drugi taki kraj!

- 25 lat temu miałem ogromne kompleksy jako obywatel tego kraju. Przeogromne. Bałem się mówić po polsku w sklepie w Niemczech, bo od razu miałem takie przeczucie, że ktoś zechce sprawdzić, czy ja czegoś w kieszeniach nie wynoszę. Tak się człowiek czuł. Dziś mam poczucie dumy i spełnienia, że po 25 latach planując finał technologicznie, robimy go bez żadnych kompleksów, bazując na tych samych rozwiązaniach co Francuzi, Amerykanie czy Brytyjczycy.

Ćwierć wieku Orkiestry. Ważna symbolika?

- To jest liczba, może lepiej przedstawia się graficznie niż np. 24. czy 19. finał. Mamy taką zasadę, że każdego roku przygotowujemy się na sto procent. Obserwujemy firmy, w których okrągłe rocznice są uroczyście obchodzone, my nie przywiązujemy do tego aż tak dużej wagi. Przygotowujemy najlepszy finał, jaki potrafimy.

To zapytam o magię liczb inaczej. WOŚP jest niemalże rówieśnicą wolnej Polski. Co to dla ciebie znaczy?

- O, i tu trafiłeś w symbolikę najważniejszą! Jestem zapraszany na przeróżne wykłady motywacyjne, opowiadam na nich, że często zapominamy o tym, że żyjemy w wolnej Polsce właśnie. Ja absolutnie żyję w wolnym kraju, każdy, kto próbuje mi wmówić, że jest inaczej, że Polska nie jest niepodległa, ten bredzi. Trzeba sobie dać z takimi słowami spokój, odwrócić się i pójść w swoją stronę.

- Przez te 25 lat Polska niesamowicie się rozwinęła, a my razem z nią. Asystujemy tym przemianom od początku. Przypatrujemy się medycynie, która, owszem, jest piętą achillesową każdego rządu, ale rozwija się. Trudno sobie z tą działką poradzić, chociaż jest bardzo dobrze finansowana. Państwo wydaje coraz więcej, gubimy się jednak w organizacji, tworzeniu systemu. Gubimy się nieraz politycznie, jednak te lata wolności pokazały, że jesteśmy nad wyraz kumaci, kształcimy się, patrzymy na świat zupełnie inaczej. Mówiłem o tych kompleksach z dawnych czasów, a dziś mentalnie potrafimy korzystać z tego, co świat ma do zaoferowania.

Sukces WOŚP - i ogólnie instytucji pomocowych - to przede wszystkim ludzie. Jak sobie tłumaczysz to, że co roku tyle osób nie wyobraża sobie mroźnego stycznia bez Orkiestry?  

- Myślę, że ludzie zobaczyli w tym, co robimy, autentyzm, a nie gadające głowy. Obserwowałem podobne akcje w telewizji, słabo wychodziły, bo było nudno. W związku z tym przekonywaliśmy ludzi do zabawy, która nas samych cieszyła. Co ma być fajnego w studiu? Dawajcie muzę! I już mamy cały krąg ludzi, którzy może nie do końca łapią, o co chodzi, ale fajnie gra ten zespół, to ja go sobie posłucham. Nie kombinowaliśmy, nie stawialiśmy nikogo pod murem, nie podchodziliśmy - i to był nasz największy sukces - z takim podejściem: my i oni. Nie mówiliśmy, że jak nie dasz pieniędzy, to ktoś będzie cierpiał.

- Nie próbowaliśmy nikogo szantażować, stawiać przed decyzją moralno-etyczną: muszę się tak zachować, inaczej nie wypada. My mówiliśmy: fajnie się bawimy, baw się razem z nami, a przy okazji, jak zobaczysz puszkę, to wrzuć pieniądze. To bardzo przekonało ludzi.

Co jeszcze?

- Wiesz, dlaczego był drugi finał? Chcieliśmy rozliczyć pieniądze. W Polsce na słowo "pieniądze" ludzie dostają różnych wariackich pomysłów. Od razu o tym bardzo wyraźnie mówiliśmy. Po 25 latach bagaż tych rozliczeń jest naszym największym "otwieraczem" dla wszystkich, którzy chcą z nami być. Ludzie mówią: powiedział, ile zebrał, potem pokazał, co za to kupił. Nie opowiadał dużo, tylko dokładnie, ile zrobiono. Kupiliśmy 6125 łóżek dla seniorów, 80 ultrasonografów dla diagnostyki onkologicznej. Zawsze tym operowaliśmy. To - w polskim systemie wartości - bardzo nas zbliżyło do ludzi. A także stopień odpowiedzialności i zaufania, jaki im dawaliśmy.

- Słowo jest dla nas najlepszym pieniądzem. Na słowo z nami grasz. Podpisujesz deklarację, zakładasz sztab, a my nie wtrącamy się, czy będzie u ciebie grała gwiazda disco polo czy metal. Nic nie narzucamy, tylko mówimy, że na końcu sam wszystko rozliczasz. Bo pracujesz nie w imieniu Orkiestry, tylko na jej rzecz. To duża różnica. Jak zrobisz dobrze, ludzie będą cię nosili na rękach. Jak naważysz piwa, samemu je wypijesz. Nie mamy sztabu kontrolerów, którzy każdemu zaglądają na ręce.

Ale w jakiś sposób chyba sprawdzacie, czy wszystko gra?

- Mamy kontrolę społeczną. Ktoś mówi: ty, w szpitalu jakaś przewała jest, te łóżka trafiły nie na ten oddział co trzeba. Inny mówi: u nas w sztabie coś nie styka. My na to reagujemy, ale nie pukamy pierwsi do drzwi. Stopień zaufania do młodych ludzi w Polsce jest ograniczony. Klucz do sali gimnastycznej? I macie tam być sami? Mowy nie ma! A my dajemy klucz do zbiórki pieniędzy, a młodzi robią to od początku do końca sami. To do nas wróciło. Ufacie mi? Super, to gram za rok jeszcze raz! Mamy ludzi, którzy prowadzą sztaby finału WOŚP od 20 lat. Baliśmy się, że się będziemy z Orkiestrą starzeli, że nam wszystkim brody urosną, ale udało się tego uniknąć.

- Szefem sztabu 16-latek? Proszę bardzo! Potrzebny będzie tylko kwitek od rodziców i szkoły, która udostępnia sale. Mamy sztaby już w przedszkolach. Pani przedszkolanka zakłada sztab, a dzieci, dla których wujek Jurek to abstrakcja, Lenin wiecznie żywy, bawią się, bo znają nasze serduszka, coś widziały w telewizji. Orkiestra cały czas jest młoda. Jakby spojrzeć na średnią wieku, trzymamy moc nieprawdopodobną. Bardzo dużo wspiera nas też dorosłych, bo - jak wspomniałem - efekt zbiórki zawsze jest dotykalny.

- Robimy dzieciom przesiewowe badanie słuchu. Lubisz Jurka Owsiaka? Nie lubisz? Nikt o to nikogo nie pyta przed zrobieniem badania. To jest najważniejsza rzecz, kiedy ludzie mówią: Orkiestra mnie dotknęła. Ktoś wrzuci złotówkę, zmarznie, pobawi się z nami, a po latach jego dziecko ma bezpłatne badanie słuchu. System nie umarł po roku, nie przepadł, nie tłumaczyliśmy nikomu, że bardzo chcieliśmy, ale nie wyszło. Właśnie wyszło. Ludzie to widzą.

A sami chętnie pomagają?

- Kiedy startowaliśmy 25 lat temu właśnie tego się bałem. Nie braku zaufania do nas, bo ludzie nawet nie mogli sobie go wcześnie zbudować. Tylko tego, czy Polacy będą chcieli podnieść cztery litery i wrzucić pieniądze do puszki na cele społeczne. Realny socjalizm te sprawy totalnie zniszczył, zrobił z nich pośmiewisko. Wychowywałem się na przesypywaniu w czynie społecznym ziemi z jednego miejsca w drugie. Obrazki jak z Barei, w które nikt nie wierzył. Czyn społeczny kojarzony był z niezgrabochą i idiotyzmem. Z takim bagażem zaczynaliśmy, ale to wyszło!

- W kolejnych latach obserwowaliśmy ogromny rozwój organizacji pozarządowych. I ten ruch niesamowicie się rozwinął, przechodząc oczywiście przez wszystko, w tym patologię. Cieszymy się, że nasza akcja doprowadziła przez tych 25 lat do tego, że zmieniono przepisy dotyczące zbiórek, wprowadzono identyfikatory, ubezpieczenia dla zbierających, a także to, że wolontariusz może zarabiać pieniądze.

WOŚP płaci wolontariuszom?

 - Tak. Tym którzy pomagają nam w pracy w Fundacji w okresie przed i tuż po finale. Robimy to od wielu lat. Nazywamy tych ludzi krasnalami. Przyjeżdżają do nas na kilka miesięcy, dostają pieniądze na zasadzie umów śmieciowych, ale dzięki temu że płacimy, wymagamy. Najgorszy jest wolontariusz, który przychodzi i mówi: w czwartek i piątek jestem... albo nie, w piątek nie przyjdę. Zmiana tych przepisów, zmiana podejścia do dzielenia się, dawania swoich pieniędzy na potrzeby innych jest ogromnym dowodem na to, że Polska jest demokratyczna.

- Mamy 100 tys. organizacji pozarządowych, na 17 tys. z nich można przekazać jeden procent podatku. Z tego ruchu wykluły się super inicjatywy pozarządowe. Jak Klinika "Budzik", jak to, że wbrew ciśnieniom Janka Ochojska wysyła pomoc do Syrii, a niewidomi śpiewają pięknie na festiwalu u Ani Dymnej. To jest wierzchołek góry lodowej; szeregu bardzo dobrych fundacji, które działają też lokalnie, tworząc społeczeństwo obywatelskie. Zrobiliśmy w tym kierunku wielki postęp, nie powinniśmy się z tego wycofywać.

Czym dla ciebie jest budowanie społeczeństwa obywatelskiego?

- To nie jest tylko to, że pójdę na wybory. Chodzi o świadomość, że ja i moi sąsiedzi mamy wpływ na to, co się dzieje na naszej ulicy. To jest społeczeństwo obywatelskie. Jeśli ludzie by to pojęli, to w skali całego państwa mogliby wymagać czegoś więcej od polityków, którzy nami rządzą. My jako organizacje pozarządowe tworzymy zręby społeczeństwa obywatelskiego. Dzięki jednemu procentowi, zbieramy w Polsce około 600 milionów złotych. Ogromny postęp, chociaż w Wielkiej Brytanii to są dziesiątki miliardów funtów. To są środki, z którymi musi się liczyć każdy rząd, bo one uzupełniają jego działania.

- Daj jeden procent na coś, co się wokół ciebie dzieje, tylko przyjrzyj się, jak to jest robione. Mówili nam w USA i Wielkiej Brytanii, że dzielenie się jest oznaką demokracji. Popatrz, że nie ma wielu fundacji w biednych krajach. One tylko czekają, żeby nastąpił zrzut z zewnątrz. Bo to nie jest tak, że biedne społeczeństwa zbierają pieniądze, żeby sobie dać radę, nareperować skutki tej biedy. Robią tak bogatsi. I świadomość tego faktu w naszym społeczeństwie rośnie.

- W Londynie mieści się największy publiczny szpital dziecięcy w Europie. Kiedyś był prywatny, Charles Dickens miał w nim udziały. To był bezduszny kapitalistyczny szpital. Nie masz pieniędzy? Wal się! A dziś jako szpital publiczny wytycza normy medyczne i etyczne. Pokazuje, jak pracować z pacjentem. Rocznie zbiera wyłącznie dla londyńskiej placówki 60 milionów funtów. Pieniądze publiczne, jakie otrzymuje na swoją działalność, zapewniają jakiś pułap, więc władze szpitala mówią do Brytyjczyków: chcecie mieć większą kardiochirurgię? Chcecie rozbudowy szpitala? Zbierzcie pieniądze. Bogata Anglia, a zbierają dla siebie...

- Chciałbym żebyśmy pozbyli się takich pomysłów, że wszystko można zrobić z pieniędzy z podatków. Nie da się. Może kilka państw na świecie daje sobie z tym radę, ale w zamian odbiera coś innego.

Rozmawiałem niedawno z ks. Jackiem Stryczkiem (link do rozmowy). Dzieli działania pomocowe na mądre i głupie, które prowadzą do tego, że im więcej pomagamy w sposób niewłaściwy, tym więcej generujemy potrzebujących. Jak definiujesz mądrą i skuteczną pomoc?

- Z racji tego, że jesteśmy dużą i znaną fundacją, rzadko bierzemy udział w dyskusjach, oceniających działalność pomocową w Polsce. Nie chcemy uchodzić za wujka dobrą radę. Ludzie mogą powiedzieć, i będą mieć rację, że mając duże pieniądze, łatwiej nam działać. Ale trzeba o tym mówić. Pamiętam jak kiedyś ówczesny minister spraw zagranicznych pan Sikorski zapytał nas o doświadczenia w pomocy wysyłanej za granicę.

- W 2005 roku zorganizowaliśmy pomoc dla Sri Lanki po przejściu tsunami. Kupiliśmy dużo sprzętu medycznego, załadowaliśmy na okręt wielkie kontenery. Trzy tygodnie pilnowaliśmy tam na miejscu, żeby nikt tego nie ukradł. Udało się nasze cele zrealizować, ale ludzie mówili, że to cud... Wiesz, pomoc w takich momentach - zwłaszcza rządowa - płynie z całego świata przeogromna. Idą gigantyczne ilości towaru i pieniędzy, 90 proc. się rozchodzi, ale nie do tych, którzy tej pomocy potrzebują.

- Przy okazji innego kataklizmu w kraju rządzonym przez wojskową juntę powiedziałem w telewizji wyraźnie, żeby niczego nie wysyłać. Wpłacicie 10 złotych, a te pieniądze dostaną rządzący, a nie osoby w potrzebie. Janka Ochojska miała do mnie o to ogromny żal. Odparłem: Janka, to trzeba powiedzieć twardo! Ta pomoc do ludzi nie trafi. No chyba, że ty z tym pojedziesz i dopilnujesz. Na Sri Lance minister zdrowia wprost zaproponował mi, ile muszę dać łapówki, żeby wyciągnął te kontenery z portu i porozwoził sprzęt po szpitalach. Sami to zrobiliśmy.

- W każdym razie ministrowi Sikorskiemu odpowiedziałem, że pierwsza rzecz, o jaką trzeba zadbać to ochrona sprzętu, pieniędzy i towaru, jakie są wysyłane i dopilnowanie, żeby rzeczywiście trafiały do potrzebujących.

A jakie są przykłady nieskutecznej pomocy na polskim gruncie?

- Bardzo ostrożny jestem, kiedy słyszę, że trzeba pomóc dziecku, że trwa zbiórka wielkich kwot na jego operację. W Polsce żadna operacja w publicznych placówkach nie jest płatna, od tego zacznijmy. Komu masz te pieniądze zapłacić? W Centrum Zdrowia Dziecka nie stoisz w kolejce do kasy przed operacją. Niektóre szpitale mówią: wpłać na fundację, pochylimy się bardziej. Nie toleruję tego, ale to się jeszcze mieści w ramach zbudowanego w Polsce systemu. Ale zbieranie pieniędzy na dziecko, którego może już w ogóle nie być, zbieranie tych pieniędzy w kółko, bez informacji o efektach, o stanie dziecka...

- Skandalicznym jest zbieranie środków na operacje dzieci poza granicami Polski, które mogą być wykonywane w kraju. Przykładem są wady serca i zbieranie pieniędzy na polskiego kardiochirurga, który operuje w Niemczech pod hasłem "jutro dziecko umrze, jeżeli nie zostanie zoperowane na Zachodzie". Protestuje przeciwko temu, i mówię o tym bardzo głośno.

Może chodzi o uratowanie życia dziecka?

- W przypadku wad serca małe dziecko zazwyczaj przechodzi pierwszą -  i najtrudniejszą -  operację w jednej z placówek w Polsce. Potem są naturalnie kolejne operacje, bo dziecko dorasta. I wtedy, kiedy ktoś chce je załatwić jak najszybciej, może  zapłacić komercyjnie kilkadziesiąt tysięcy euro. Ale w czasie zbiórki na ten cel powinien powiedzieć, że nie chce tej operacji zrobić w Polsce, tylko w Niemczech, bo będzie szybciej. Jego wybór. A ja mogę mu na to dać pieniądze lub nie. Ale fałszywa jest informacja wstępna, że dziecko umrze, bo tylko w Niemczech można je zoperować. To przykład absolutnego nadużycia. Prywatne kliniki ściągają w ten sposób pacjentów i pieniądze.

Fundacje też dopuszczają się nadużyć...

- Dlatego trzeba mówić o tym, co fundacje z otrzymanymi pieniędzmi zrobiły. Jak je wydały? Czy pieniądze nie zostały wyrzucone w błoto? Jaki jest efekt zbiórki? Czy jak mieli wybudować np. szkołę, to czy ta szkoła stoi? Powstawały jakiś czas temu Orliki, a później czytałem, że są takie boiska, gdzie nie ma kto za prąd zapłacić, więc po zmroku nikt z nich nie korzysta, bo opłaty spoczywają na szkole. Tyle wysiłku i co? A przecież powstawały fundacje, które te Orliki budowały. Także jest ogromna racja w tym, że jest mądre i głupie pomaganie, tylko ciężko jest mówić o tym, kiedy samemu jest się fundacją. Ale trzeba to robić! Nieraz dziennikarze podejmują się takich tematów, tropiąc fałszywe fundacje, przeżeranie pieniędzy.

- Jeżeli fundacja dostaje pieniądze budżetowe, powinna być kontrolowana. My przez 25 lat złotówki nie wzięliśmy z budżetu.

A jak jesteście kontrolowani?

- Normalnie. Nie odczuwamy, żeby ten rok po zmianie władzy różnił się od poprzednich. Mamy planowane kontrole, przychodzi pani np. z ZUS-u, sprawdza, weryfikuje. Nie czuję, żeby nad nami jakieś ciemne chmury się zbierały, groźby. Tak jak przez ostatnie lata nie mieliśmy nad sobą żadnego klosza ochronnego. Od początku działalności przeżyliśmy wszystkie opcje polityczne. Nigdy nie odniosłem wrażenia, żeby ktoś był wobec nas złośliwy jeśli chodzi o sposób kontrolowania nas. Momentami jest głupkowaty, że przypomnę posła Piętę...

"Jeżeli funkcjonariusz publiczny zaangażuje się w hecę WOŚP, niech nazajutrz składa raport o zwolnienie ze służby" - to słowa polityka PiS.

- Służby mundurowe napisały do nas w żołnierskich słowach, co myślą o pośle Pięcie. Ale się przestraszyły i nie grały. Obróciliśmy to w żart, poseł dostał od nas honorowy pumeks. Napisał, że ładna figurka. Staramy się nie mieć focha.

Sporadyczne wypowiedzi polityków to jedno, są też sprawy, które kończą się w sądzie...

- Mamy dobrych prawników i jeżeli trzeba, to idziemy na drogę sądową. Staramy się tego nie nadużywać, ale też tłumaczymy innym fundacjom żeby nie były bierne. Uważam, że dajemy sobie radę z hejtem. Jakiś czas temu pojawiła się w sieci nowa strona i strasznie nas hejtowała, wypisując kompletne bzdury. Napisaliśmy grzecznie, żeby zdjęli to ze strony, dołączyliśmy rozliczenie, które powszechnie publikujemy. Dodaliśmy, że jeśli nie zareagują, podejmiemy kroki prawne. Chwilę potem nadeszła odpowiedź: ojej, ktoś nam powiedział, że tak jest, ściągamy.

- Ludzie, zanim przytoczycie czyjeś słowa, zapytajcie też nas o komentarz. Dostaniecie odpowiedź i sami zdecydujecie, co z tym zrobicie.

A jak wygląda hejtowanie Jurka Owsiaka?

- Kiedy ktoś pisze do mnie na Facebooku jakieś szalenie agresywne słowa, staram się do niego dotrzeć. To skutkuje odpowiedzią w stylu: poleciałem emocjonalnie, przepraszam. Wystarczy, nic więcej mi nie trzeba. Krytyka jest rzeczą potrzebną. Ktoś powiedział bardzo mądrze, że wroga trzeba cenić, bo on cię stawia do pionu. Rozsądnie robimy swoje. Nie wzbudzamy takich emocji jak niektóre osoby, które palną głupotę, ale gadanie głupot jest też treścią debaty publicznej i budowaniem życia demokratycznego. W komunie nie było głupot, bo tylko ktoś jeden miał rację, a taki standard jak jest u nas prowokuje do tego, żeby różni ludzie się wypowiadali. Reszta może to oceniać.

Dlaczego 25. finału nie zrobicie wspólnie z TVP?

- TVP nie wysłała w naszą stronę żadnych sygnałów, nawet rozliczenia nie pokazała, co robiła przez 24 lata. Zniknęliśmy kompletnie z newsów, jakichkolwiek informacji na temat tego, że coś kupiliśmy czy coś zrobiliśmy. Wysłaliśmy jednocześnie listy ws. finału do TVP i TVN. Do Polsatu wysyłaliśmy kiedyś pisma, że chcemy coś wspólnie zrobić, ale nigdy nie podjęli jakiejkolwiek korespondencji. TVN odpowiedział natychmiast. Poczekaliśmy chwilę na TVP, ale nie było odpowiedzi, więc ustaliliśmy wszystkie szczegóły z TVN. I stacja bardzo profesjonalnie ruszyła z kopyta.

- Po czasie TVP nadesłało taką informację, że oczywiście będą się przyglądali temu, co dzieje się w trakcie finału. Zapraszamy, tak jak wszystkie inne media. Będzie nam bardzo miło, jeżeli przekażecie jakiś news na swojej antenie, tylko nie przeszkadzajcie.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

***

Warto przeczytać:

Ks. Jacek Stryczek: Moja wizja społeczeństwa

Wierni skale. Historia ściśle tajna

Vincent V. Severski: Jestem rzecznikiem szpiegów

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje