Ks. Jacek Stryczek: Moja wizja społeczeństwa

ks. Jacek Stryczek /Mateusz Skwarczek /

Dlaczego mamy bogacić się i pomagać? Bo nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś z nas wpadnie w biedę. Szukamy ludzi, którzy dopiero co tego doświadczyli. Chciałbym, żeby społeczeństwo reagowało od razu, nie pozwalało się staczać. To jest moja wizja społeczeństwa - z ks. Jackiem Stryczkiem, organizatorem Szlachetnej Paczki, rozmawia Dariusz Jaroń.

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: Porozmawiajmy o stereotypach związanych z pomaganiem.

Ks. Jacek Stryczek: - Mnóstwo ich jest.

Reklama

Jakie są najważniejsze?

- Chyba osiem lat temu zaczęliśmy mówić o tym, że istnieje mądra i głupia pomoc, na co jeden z liderów rynku pomocowego odparł w wywiadzie, że pomoc albo płynie z odruchu serca albo pomocą nie jest. I to jest problem. Wiele osób w Polsce utożsamia pomaganie z poczuciem pomagania. Gdybyśmy pomagali tak jak czujemy, byłoby tylko więcej potrzebujących.

Głupie pomaganie to pomaganie bez analizy potrzeb i sytuacji konkretnej osoby?

- Albo drogi do wyjścia z trudnej sytuacji. Czym więcej osób pomaga w sposób niewłaściwy, a korzystny dla tych, którzy pokazują swoją biedę w sposób nieuzasadniony, tym więcej osób żyje z tego, że im pomagają. To się napędza. Nie ma bariery w ludziach, która sprawi, że zaprzestaną korzystać z takiego dobrodziejstwa życiowego. Nie zapracowali, a dostają, bo im w tym pomagamy.

Istnieje podejście do pomagania bliskie ideału?

- Jest taki rodzaj pomocy na świecie, który jest dobrze ustandaryzowany. Dotyczy osób niepełnosprawnych. Przy niepełnosprawnych mówi się o tym, żeby pomagać im przekraczać bariery. Nie mówi się o tym, żeby ich wyręczać. Nie rozumiem dlaczego ten model nie może dotyczyć innych obszarów pomagania. To jest tak naprawdę bardzo proste, dlatego głośno mówię, że nie może być tak, że im więcej pomocy, tym więcej potrzebujących. Pomoc powinna polegać na tym, żeby ktoś sobie potrafił w życiu poradzić.

- Kiedy pracujemy w Akademii Przyszłości z dziećmi, które mają porażki w szkole, to nas nie interesuje to, czy to dziecko będzie miało lepsze wyniki w nauce.

Jak to?

- Bo ono ma sobie w życiu poradzić! Nawet nie pamiętam co miałem na świadectwie. My nie zmienimy dla nich świata, ale możemy nauczyć ich, jak się w nim odnaleźć. Uczeń ma złe wyniki w nauce, boi się wychowawczyni, boi się odpowiadać przy tablicy, często nie ma kolegów. Tak z nim pracujemy, żeby nabrał odwagi. Nie zmienimy nauczycielki, szkoły czy innych dzieci w klasie. Pomagamy zmienić się jemu. I to jest dla mnie pomoc. Ona dotyczy wszystkich obszarów.

Głosi ksiądz rewolucję w podejściu do wiary we własne możliwości. Wierzymy w siebie dziś bardziej niż np. dekadę temu?

- Niedawno podeszła do mnie pewna pani. Napotkała na biedną rodzinę, małżeństwo z kilkorgiem dzieci. Przejęła się ich losem, postanowiła pomóc w modelu paczkowym. Na końcu, opowiada, kupiła moją książkę o pieniądzach i im podarowała. Po kilku miesiącach ojciec rodziny zmienił pracę na lepszą. Zamiast 1300 zł, zarabiał 2100 zł. I to się stało po przeczytaniu tej książki. Co mogę powiedzieć? Takich sytuacji jest coraz więcej. Do ludzi dociera, że jedyne bariery jakie mają, są w ich głowach.

No dobrze, a co z ludźmi, którzy są w tak trudnej sytuacji, że nie mogą z dnia na dzień zmienić swojego życia?

- Ja właśnie takich grup społecznych szukam, najmniej atrakcyjnych do pomagania. Byłem kiedyś duszpasterzem akademickim w Collegium Medicum w Prokocimiu. Mówię do studentów medycyny: czas na wolontariat! Oni mieli z tym problem, bo żeby być studentem medycyny trzeba być ochuchanym przez rodzinę i generalnie zajmować się tylko sobą. I to już było takim przekroczeniem siebie z ich strony, że powiedzieli: dobrze, to pójdziemy do szpitala dziecięcego. Ale tam wszyscy chcą być wolontariuszami! Na szczęście jest tam ksiądz, który blokuje hordy ludzi, pragnących pomagać w tym stereotypie.

- Obok jest szpital geriatryczny. Ludzie umierają, a nawet najbliżsi nie mają czasu dla osób ze swojej rodziny. Odpaliliśmy tam wolontariat studentów medycyny, tak bardzo ważnych i zajętych dotąd sobą, dla ludzi, którzy leżą w łóżku i nie są już dla nikogo atrakcyjni.

A przekładając ten pojedynczy przypadek na działania systemowe?

- Chcę powiedzieć, że w moim myśleniu nie ma miejsca na to, żeby takie osoby odrzucić, wręcz przeciwnie. My do tych najbardziej zagubionych grup społecznych docieramy. Tylko zasada jest taka, że jak ktoś leży w łóżku i jest chory, to podajemy mu herbatę nie po to, żeby w tym łóżku spędził resztę życia, tylko żeby wyzdrowiał i do nas wrócił. Wiadomo, że jak to jest starsza osoba, która leży w łóżku i zmierza w kierunku śmierci, to my jej nie uczymy na nowo pracować, ale staramy się odbudować w niej radość z życia. Wspólne czytanie, rozmowa... Być może niewiele zmienimy, ale nastawienie jest ważne. Taką posługę oferuję różnym ludziom. Pasjonuje mnie docieranie do ludzi, którzy w ogóle nie rokują. Otwieranie przed nimi nowych możliwości.

Komu ksiądz nie potrafiłby pomóc?

- Z grup społecznych, którym - tak uważam - nie umiem na dzień dzisiejszy pomagać, są nałogowcy i więźniowie.

Z czego to wynika?

- To wymaga bardziej specjalistycznej pomocy. Moja siła polega na tym, że potrafię wzbudzić w ludziach to, co nazywam wewnątrzsterowalnością. Kiedy człowiek odkryje, że ma w sobie potencjał i podpowiemy mu, jak może go rozwijać, to sam zacznie sobie radzić w życiu. Jeżeli ktoś tej wewnętrznej sterowalności nie ma , to wymaga innej opieki. Ja się w tym nie specjalizuję, nie jestem w stanie wszystkimi się zająć. Praca z tymi ludźmi wymaga dużo sił i środków. Wokół nich wiele musi się wydarzyć, żeby doszło do zmiany.

Rozumiem, że dla księdza pomaganie jest powołaniem. Kiedy się pojawiło?

- W wieku 20 lat nawróciłem się z "katolicyzmu" na katolicyzm.

Czym się ten "katolicyzm" charakteryzował?

- To była religia obowiązku. Dość gorliwa na swoją miarę, ale raczej była ciężarem. Zestawem wytycznych, które trzeba przestrzegać. I nagle doświadczyłem Boga, zakochałem się w nim. Otworzyły mi się oczy. Zaczęli się pojawiać wokół mnie biedni ludzie, a we mnie rosła presja, żeby im pomagać. To też ciekawe, wcześniej uczono mnie w Kościele, że są biedni, ale nie dostrzegałem ich. Teraz byli wszędzie. Podążałem za tą wewnętrzną presją, żeby im pomagać, ale większość tego, co robiłem na początku, było głupie.

W jakim sensie?

- Bo kierował mną szantaż wewnętrzny. To tak, jak spotkanie z żebrakiem: jak nie pomożesz, czujesz się jak świnia, a jak pomożesz, czujesz się jak osioł. Profesjonalista potrafi w ciągu kilku sekund wzbudzić poczucie winy w drugim człowieku. Nie da się zatem odejść od niego bezkosztowo. Albo trzeba zapłacić albo odchodzi się z dyskomfortem wewnętrznym, że się nie pomogło. Dziś potrafię nad tym panować, ale kiedyś takie sytuacje rodziły we mnie poczucie dyskomfortu.

- Studiowałem wtedy na AGH, podszedłem do sprawy jak inżynier i zacząłem sobie wszystko racjonalizować. Doszedłem do wniosku, że to co robię nie działa, i systematycznie zacząłem optymalizować proces pomocowy. To był 1983 rok, czyli minęły 33 lata. Tyle trwa moje zaangażowanie w pomaganie. Dziś już wprost mówimy, że Paczka to projekt, który ma uczyć ludzi, jak sobie radzić w życiu, jak zarabiać. Pomoc materialna, jaką się zajmujemy, jest tylko punktem wyjścia.

Co to oznacza? Darczyńcy nie przekazują wyłącznie dóbr materialnych potrzebującym?

- No nie... Paczka jest bardzo złożonym projektem. Z perspektywy rodziny, która otrzymuje pomoc, w paczce są elementy o bardziej kluczowym znaczeniu. Nie muszą się prosić, my sami ich szukamy. Nie dostają standardowej kaszy, ryżu czy mąki, i to w postaci, która ich poniża, tylko prezenty. Dobry prezent podnosi poczucie godności i własnej wartości. Zwykle nikt nie chce słuchać na temat biedy, a nasi wolontariusze tych ludzi wysłuchują. Obdarowani nagle zdają sobie sprawę z tego, że ktoś na świecie o nich myśli. To może brzmi tylko jak teoria, ale każda z tych rzeczy jest prawdziwą magią.

Budowanie drugiego człowieka, którego nikt nie słucha, to nie teoria.

- To jest kluczowe w Paczce! Dlatego ona działa, i dlatego ludzie tak się w nią angażują. Pamiętam historię matki z dwójką dzieci. Moi przyjaciele zostali wolontariuszami w jej sprawie. Nie potrafiła powiedzieć, czego potrzebuje. W pewnej chwili otwierają lodówkę, a w środku nie było nic oprócz światła. Kilka razy coś im przynieśli, aż namówili dość zamożnego człowieka, aby ufundował tej rodzinie konkretną pomoc. Jedno z dzieci dostało wymarzonego laptopa. Chłopiec uruchamia komputer, ma wpisać nazwę użytkownika. Wie pan, jakie słowo wpisał? Rodzina. Paczka to masa pozytywnych rzeczy. Każdy jest beneficjentem.

Każdy?

-  Robimy cały czas badania. Okazuje się, że dla 80 procent wolontariuszy praca w Paczce należy do najważniejszych wydarzeń w ich życiu. Mierzymy też wzrost kapitału ludzkiego tych osób. Tryb szkoleń jest tak przemyślany, żeby się rozwijali równocześnie. Wzrasta ich wartość na rynku pracy. Jak ktoś ma dziś w CV, że jest naszym wolontariuszem, na sto procent dostanie pracę. A jak był leaderem czy koordynatorem, to często bardzo szybko dostanie stanowisko menedżerskie, bo na rynku nie ma za dużo osób o takich kwalifikacjach. Wolontariat jest u nas dwuetapowy. W okresie Bożego Narodzenia koncentrujemy się na pomocy materialnej od darczyńców, ale po Nowym Roku proponujemy cykl szkoleń biznesowych dla wolontariuszy dotyczących tego, jak radzić sobie na rynku pracy.

- Dwa są obowiązkowe. "Jak zarabiać więcej" i "jak dobrze wydawać pieniądze". Po tych szkoleniach będziemy chcieli, żeby wolontariusze wrócili do rodzin, którym pomogli i przeprowadzili w nich audyt. Wdrażamy to rozwiązanie, musimy się go jeszcze nauczyć, ale to jest nowe podejście do wolontariatu. Traktuję ten projekt jako projekt narodowy. W ciągu kilku lat ukształtujemy wiele tysięcy ludzi, ta wiedza pójdzie w nasze życie społeczne, zresztą już idzie bo dziś mało kto już dyskutuje z tym, że istnieje mądra i głupia pomoc. Dziś już powszechnie wiadomo, że pomoc powinna mobilizować do radzenia sobie w życiu.

Nawołuje ksiądz do budowania narodowego etosu pracowitości. Jak nam się ta sztuka udaje?

- Źle to wygląda. Nie narzekam, tylko oceniam sytuację. Może ta epoka trochę już przemija, ale szczególnie źle to wygląda z perspektywy dzieci. Zostało wychowane całe pokolenie zdemoralizowanych młodych ludzi. Rodzice im mówili: mnie było ciężko, chcę żeby tobie było lżej. I dogadzali. W szkole dyrektor bał się, że będzie miał mało uczniów, a uczniowie przynoszą dotacje, więc zaczęto im dogadzać. Tak demoralizowany człowiek wchodzi na rynek pracy po studiach jak po kieszonkowe, bo wcześniej wszystko mu się należało. W pracy trzeba się pokonać, trzeba podjąć trud, ktoś musi być zadowolony z ciebie, a nie ty z siebie. Kilka lat temu 50 proc. ludzi po szkole nie mogło znaleźć pracy. Uważam, że w dużej mierze to jest wina tych młodych osób, bo dały się zdemoralizować.

Wspomniał ksiądz, że demoralizowali rodzice, szkoła...

- Nie chciałbym tu szukać innych winnych, bo jednak na pewnym etapie przystali na to. Nie podjęli ciężkiej pracy. Po kryzysie gospodarczym część osób zrozumiała, że życie jest trudne, trzeba ciężko pracować. Dziś rynek jest podzielony. Jedni ciągle oddają się leserowaniu, idąc przez życie bez wysiłku, ale duża część pracuje nad sobą, bo wie, że wysiłek podjęty w szkole i na studiach zaowocuje jutro lepszym życiem.

A co z rolą rodziców?

- Nowością jest to, że coraz więcej rodziców odkrywa podstawową, jak mi się wydaję, prawdę o wychowywaniu dziecka. Ujmę to tak: istnieją w życiu dwa rodzaje przyjemności. Jeden polega na tym, że zjem kremówkę i jest mi dobrze. Drugi, że przebiegnę 10 km i na końcu tego wysiłku, uwolnią mi się w organizmie endorfiny. Doświadczenie podobne, tylko skutki różne. Wielu rodziców odmawiało swoim dzieciom przyjemności związanych z wysiłkiem, a karmiło kremówkami. Nonsens! Wyzwania, podejmowanie wysiłku nie krzywdzą dzieci, są dla nich naturalną radością. Dzieci nosi, chcą i potrzebują wyzwań, a wielu rodziców je tłamsiło.

Ale to, według obserwacji księdza, się zmienia?

- Tak, większość moich znajomych fantastycznie prowadzi swoje dzieci. Ten wysiłek jest czymś stymulowanym, pożądanym przez rodziców i dzieci. Ja osobiście uważam, że lepiej pracować niż nie pracować. Nie rozumiem ludzi, którzy do niedawna pracowali na roli, utrzymywali się z ziemi, ale odkąd to się nie opłaca, mają tylko włączony telewizor. To demoralizuje człowieka. Odbiera mu mięśnie, chęć i radość życia. To się nie opłaca ze względu na to, kim ja jestem.

Nie opłaca się bo państwo się nami zaopiekuje?

- To jest odpowiedzialność systemu. Ktoś zgadza się na to, żeby system w ten sposób działał.

Zwątpił ksiądz kiedyś w skuteczność pomagania?

- Nie, nie... Czytałem kiedyś o badaniach ludzi biznesu. Wynikało z nich, że dokładnie połowa z nich uważa, że jak coś im nie wychodzi, to winny jest cały świat, a druga połowa, że wina jest w nich i trzeba to zmienić. I taki jestem. Jeżeli coś mi nie wychodzi, pierwsze co robię, to przerywam pracę, żeby nie robić dalej bez sensu i pracuję nad sobą. Problem zawsze jest we mnie, nie na zewnątrz. Przed wywiadem rozmawialiśmy o tej krytyce...

... bo nie wiedziałem, czego się mam spodziewać. Co wywiad, to afera.

- To akurat nie jest prawdą, ale dwa moje wywiady rzeczywiście były głośne.

Tak, o katomarksizmie i wysokich zarobkach prezesów.

- A czy ja nie mogę mieć poglądów? Widzi pan, właśnie za tą krytyką kryje się takie przeświadczenie, że nic nie można, że nic się nie da. Zupełnie inny sposób myślenia. Ja zaczynam zawsze od siebie, a nie od tego, czy świat jest taki idealny, jakbym chciał. Jest taka wizja człowieka bezwolnego, od którego nic nie zależy, który jest tylko pionkiem w grze. No masakra! W mojej wizji człowiek nad sobą pracuje, szuka w sobie potencjału, rozwija się. Pewnie, że ma trudności, ale wtedy pomagają mu inni, jak odnosi sukces, to on pomaga... Ludzie, radość nie z kremówki, a wysiłku! Dlatego trzeba ciężko pracować. Bo jak ktoś ciężko i z sensem pracuje, to nawet jak pracodawca jest niewłaściwy, to jego dorobek sprawi, że będzie mu łatwiej znaleźć lepszą pracę. A jeżeli ktoś chodzi do pracy i uważa, że jest krzywdzony, to nie ma tego czegoś, co mógłby zaoferować w innym miejscu.

Gdyby ktoś, kto czyta naszą rozmowę, zadał księdzu pytanie: jak pomóc dobrze?

- Pomóc w czym?

Potrzebującym. Są ludzie, którzy dobrze zarabiają lub mają czas, który mogą poświęcić drugiemu człowiekowi. Co im ksiądz doradzi?

- Mam na to podwójną odpowiedź. Po pierwsze kiedyś chory szedł do znachora. Dziś wiele schorzeń leczonych jest podczas skomplikowanych zabiegów na salach operacyjnych. Podstawowy nurt pomagania powinien iść właśnie przez te sale operacyjne, czyli organizacje pozarządowe. Należy szukać organizacji, które robią to profesjonalnie. Być może dla wielu Polaków to jeszcze jest zbyt nowe, ale to jedyna słuszna droga, żeby wyjść z tego zaklętego kręgu, że im więcej pomagamy, tym więcej ludzi jest w potrzebie.

- Równoległa droga powinna polegać na tym, żeby każdy z nas miał wokół siebie kogoś, komu pomaga osobiście. Zawsze mam taką osobę. Nie wiadomo kto to jest, trzymam to w tajemnicy, natomiast relacja ta sprawia, że nie tracę kontaktu z człowiekiem, który jest w biedzie, jest słabszy. Pielęgnuję to w sobie. Bo chociaż jestem organizatorem Szlachetnej Paczki, tworze systemowe rozwiązania dla tysięcy ludzi, nie mogę zatracić swojego człowieczeństwa, muszę mieć kontakt ze światem ludzi w potrzebie.

Jak ta pomoc księdza wygląda?

- To zostawiam.

Nie pytam o personalia...

- Chcę to zostawić. Nigdy nie opowiadam, na czym to moje zaangażowanie polega. Wrócę jeszcze do Szlachetnej Paczki. Ona jest powrotem do minionych lat. Kiedy ktoś miał problemy, pomagały mu osoby z rodziny albo sąsiedzi. W wolnej Polsce wiele się zmieniło. Jedni się dorobili, inni polegli, było żyrowanie pożyczek w większości niespłacalnych, obciążanie najbliższych. Nawyk pomagania bliskim zaginął. My na nowo przybliżamy ludzi do siebie. Na nowo uczymy jak się pomaga.

Przywracacie więzi społeczne?

- Ale w nowym modelu. Jakieś dziesięć lat temu zrobiłem w Polsce warsztaty z grupą dobrze radzących sobie w życiu 30-latków. Zadałem im pytanie, czy zgodziliby się, gdyby ktoś poprosił ich o żyrowanie pożyczki. Padła odpowiedź: zależy kto by prosił. Potem pojechałem do Stanów i zadałem to pytanie podobnej grupie mieszkających tam od lat Polaków. Niech mi pokaże biznesplan - odpowiedzieli zgodnie. To jest właśnie przestrzeń patologii w naszym kraju.

Patologii?

- Co to znaczy, że zależy kto prosi? A jak prosi brat, ale mu się pochrzaniło w życiu i pociągnie mnie ze sobą na dno? Jeżeli jest biznesplan, to wiem jaki może być zwrot z zainwestowanych pieniędzy. Musimy tego Polaków na nowo nauczyć.

Ksiądz pożycza pieniądze?

- Rzadko, ale zdarza się, że ktoś do mnie przychodzi z taką potrzebą. Nie wchodzę w taki rodzaj relacji. Tłumaczę, że nie pożyczę pieniędzy, ale mogę omówić z kimś biznesplan, scenariusz powrotu do normalnego obiegu życia społecznego.

- Pamiętam jedną tego typu rozmowę. Chodziło o wysokie koszty utrzymania. Chyba 10 tys. złotych miesięcznie. Jak się zarabia sporo, to nie jest to wielka kwota, ale problem pojawia się, kiedy zarobki spadają, a ludzie nie są w stanie obniżyć kosztów utrzymania. Edukacja dotycząca radzenia sobie z kosztami życia na wypadek straty pracy jest bardzo potrzebna w Polsce, chociaż zauważam pozytywny trend w tym zakresie. Moi znajomi brali niedawno ślub. Pytam, co poczną później? A pan młody na to: minimalizujemy! Co? Minimalizujemy to, co posiadamy. Chcemy mniej mieć, a więcej się dziać.

Cudne!

- I ten trend się coraz mocniej rozwija, widzimy to po tym, kto do nas aplikuje. Ludzie są skłonni zmniejszyć swoje wynagrodzenie żeby mieć ciekawsze życie. Po co tyle posiadać, skoro ważniejsze jest dla nich smakowanie życia. To jest nowy rodzaj ludzi. To nie są dorobkiewicze, zarabiają w miarę dobrze, ale nie eskalują swoimi wydatkami, nie w tym odnajdują radość życia. Ryzyko upadku jest u nich mniejsze. Trzeba tego uczyć.

Czyje oblicze ma najbardziej dotkliwa bieda w Polsce?

- Najczęściej kojarzymy biedę z tym, że ktoś ma mało, a według mnie ta najbardziej okrutna bieda polega na tym, że ktoś jest nikim. Mieliśmy w Paczce przypadek matki samotnie wychowującej dzieci. Jedno z nich było niepełnosprawne. W kamienicy, w której mieszkała pękły rury, zaczęła lać się woda, a wodociągi obciążyły lokatorów dodatkowym kosztem. Dla niej oznaczało to, że nie domknie budżetu. Poszła do wodociągów poprosić o zainstalowanie licznika w mieszkaniu, bo oszczędza wodę. Ale urzędniczce się nie chciało, dla niej ta kobieta była nikim. I to jest najbardziej okropne. Przeciwdziałanie biedzie powinno polegać na tym, żeby do takich ludzi docierać. Wie pan, jakie są opinie w Polsce na temat rodzin wielodzietnych? Jako pierwsi odkryliśmy tą biedę dominującą w rodzinach wielodzietnych. W tamtym roku na 21 tys. rodzin, które otrzymały pomoc, 16 tys. to były rodziny wielodzietne. One dostały teraz 500+.

- Taką biedą jest teraz samotna matka. Co znaczy samotna matka? Nie chcą jej rodzice. Nie ma nikogo. Nie może iść do pracy, bo opiekuje się dzieckiem. Powinna móc pójść do urzędu, gdzie z szacunkiem ktoś jej pomoże. Tylko tyle jest potrzebne. Że ktoś powie: proszę, tu jest przedszkole, pani może zostawić za darmo dziecko i szukać pracy. Może gdzieniegdzie tak bywa? Niewiele potrzeba. Szukamy takich ludzi. Teraz kiedy tyle rodzin, które dostało od nas pomoc, ma 500+, mamy nakaz na nowo szukać najbiedniejszych osób w kraju.

500+ działa?

- Tego jeszcze nie wiemy. Na pewno jest odpowiedzią na problem. Ale jak się zmieniła od wprowadzenia programu polska bieda? Nie umiem powiedzieć. Na pewno polskie społeczeństwo staje się coraz bardziej zamożne.

To jest mądre pomaganie?

- Nie umiem tego ocenić. Mogę tylko powiedzieć, że jest to odpowiedź na biedę, którą my odkryliśmy. Jaki przyniesie efekt? Nie wiem. Za tym programem kryje się wiele konsekwencji. Wiele z nich może być pozytywnych, ale z własnego doświadczenia wiem, że im więcej rodzin dostaje paczkę, tym większe mamy problemy finansowe, bo nikt za nas tego nie zorganizuje. Brak pieniędzy to problem wielu rodzin. Zarabiasz, ale i tak budżet się nie spina, chociaż wszystko robisz dobrze. To jest problem, który wzbogacające się społeczeństwo powinno rozwiązywać. Jak? Nie jestem specjalistą ani urzędnikiem. Nigdy nie miałem na kupce czegoś, co mógłbym rozdać.

Jakie ksiądz ma dalsze ambicje pomocowe? Widzi się poza Szlachetną Paczką?

- Nie mam przeświadczenia, że ja tu muszę być, nie jestem osobą niezastępowalną. Ale jestem tutaj, bo takie mam powołanie. Paczka to najtrudniejszy projekt w moim życiu. Staram się przy tym mieć życie osobiste, intymne, rozwijać się w innych obszarach. Uwielbiam pisać, ale często brakuje na to czasu i sił.

A dalsze projekty?

- Sztuka Teraz. Pomysł wziął się stąd, że nigdy nie chcieliśmy mieć aukcji charytatywnych, bo w Polsce często na aukcje pozyskiwane są wartościowe dzieła, które potem idą za małe pieniądze. U nas prędzej ktoś kupi drugą lodówkę czy trzeci telewizor niż pierwszy obraz. Sztuka nie jest dowartościowana. Projekt polega na tym, że dzieła artystów będą wystawiane na aukcję w internecie. Dziesięć procent dostaje artysta, dziesięć kurator, który prowadzi artystów. Obrazy będą wywieszone w Muzeum Narodowym w Krakowie, co dla artysty ma znaczenie. Obok prac znajdzie się biogram twórcy, także ci ludzie zaistnieją jako artyści, a muzeum za darmo będzie mieć wystawę. Odwiedzający zweryfikują, co jest dziełem sztuki wartym zakupu. Oferta jest skierowana do wszystkich. To we mnie zawsze siedziało. Dobro, prawda i piękno. Zacząłem od prawdy, doprowadziła mnie do dobra, czyli rzeczywistego pomagania ludziom. Zostało mi piękno.

Jaki jest odzew?

- 500 artystów zgłosiło 1000 dzieł. Muzeum Narodowe w Krakowie wybrało 144 prace 117 artystów. To zapewne będzie największy projekt na rynku sztuki. Stworzymy go na nowo. Pokażemy, że Polak potrafi tworzyć, jest kreatywny... Cieszyliśmy się w naszych kampaniach sportowcami, bohaterami, teraz pokażemy artystów. Kolejny projekt dotyczy projektantów mody. Bo modne to, co polskie.

Promocja młodych artystów czy projektantów to też forma pomocy...

- Tak samo wartościowa jak pomoc najuboższym rodzinom. I droga dla społeczeństwa, takiego jak w Polsce, jak stać się społeczeństwem zamożnym, które ma w sobie nawyk pomagania sobie nawzajem. Dlaczego mamy bogacić się i pomagać? Bo nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś z nas wpadnie w biedę. Szukamy ludzi, którzy dopiero co tego doświadczyli. Chciałbym, żeby społeczeństwo reagowało od razu, nie pozwalało się staczać. To jest moja wizja społeczeństwa.

- Lubię ludzi, którzy dobrze zarabiają, życzę im jak najlepiej. Ale równolegle uczmy ich, żeby potrafili pomóc drugiemu człowiekowi. Inicjatyw może być mnóstwo. Jeden zadba o czysty trawnik, inny o edukację dzieci. Im więcej inicjatyw społecznych, tym nasz świat będzie piękniejszy. O mądry odruch serca w tym wszystkim chodzi, bo nie wszystko da się zrobić za pieniądze.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

***

Wejdź na www.szlachetnapaczka.pl i pomagaj razem z Paczką.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje