Marek Juza: Nieustająco rzeźbię w myślach

Marek Juza /Fot: www.nadpod.com /

Pytałeś o dążenie artysty do wybitności... tak sobie myślę, że ważniejsze jest to, że dzieciom coś przekażę, a przy okazji wyleję z siebie nadzieje, marzenia, żale, tęsknoty i wszystko to, co człowiekowi zasnąć nie pozwala. Wiercisz się, kotłujesz i myślisz nieraz: po cholerę ja tu jestem? Nie po to przecież, żeby tylko płacić podatki i zapierniczać w kieracie - z Markiem Juzą, liderem undergroundowego zespołu Metus, rozmawia Dariusz Jaroń.

Reklama

Z krakowskim artystą spotkaliśmy się przy okazji premiery jego najnowszej płyty pt. "Czarne Motyle". Na rynku równolegle ukazały się wersja polsko i anglojęzyczna albumu. To już ósma i dziewiąta płyta w dorobku grupy.

Dariusz Jaroń, Interia: Pracujesz zawodowo, masz rodzinę, regularnie trenujesz, a jeszcze znajdujesz czas na muzykę, pisanie i rysunek. Ile godzin ma twoja doba?

Reklama

Marek Juza: Rzeczywiście, patrząc na to z punktu widzenia człowieka totalnie zagłębionego we współczesnej cywilizacji, powinienem nie mieć na to czasu.

Odpuszczasz czas dla rodziny? Obijasz się w pracy?

- No, skąd. Wstaję rano, ogarniamy z żoną siebie i dzieci, doszlifowujemy plan dnia z poprzedniego wieczora i zaczyna się rozwożenie pociech do szkoły. Potem szybko na montaż, czasem nawet nie ma czasu w pracy zjeść, następnie odbieram dzieci i oddaję w bezpieczne ręce żony i wracam do pracy. Wieczorem spędzam skondensowane chwile z dziećmi, przed snem rozmawiamy, czytamy. Jak zasną, wychodzę z psem, a na deser zajmuję się żoną albo ona mną, bo nie wiem, kto po całym dniu bardziej tej pomocy potrzebuje.

Gdzie tu czas i miejsce na twórczość?

- To wszystko funkcjonuje tylko i wyłącznie dzięki nawykom, jakie mam jeszcze z dzieciństwa. Chodziłem do szkoły sportowej, nie miałem zbyt wiele czasu na naukę, dlatego wykorzystywałem przerwy między lekcjami i czas spędzany w autobusie do powtarzania materiału. Rano miałem dwie godziny treningu pływackiego, potem 5-6 godzin szkoły, dalej trening suchy i znów na pływalnie. Dojeżdżałem godzinę do szkoły, także jak wracałem ok 17-18 do domu, byłem wyczerpany. Lubiłem czytać i to właściwie była jedyna forma nauki w domu. A jak już odpocząłem, wolałem zajmować się swoimi zainteresowaniami czy wyjść gdzieś z kolegami. Zintensyfikowałem na maksa swój czas. I tak mam do dzisiaj.

Jak to się przekłada na twoją działalność artystyczną?

- Weźmy jazdę samochodem. Jak jeżdżę od klienta do klienta, nie uskarżam się na korki, tylko zastanawiam się nad tekstami. Lubię też przed snem myśleć o swoich piosenkach, żeby potem mi się przyśniły.

Często tak masz?

- Miewam. Myślę o czymś intensywnie wieczorem, a potem mi się to przyśni. Niektóre uczucia przerobione potem na melodie właśnie mi się przyśniły. Jak mam przesyt melodii, zagłębiam się mocniej w tekstach. Jak i to się przeje, sięgam po grafiki, i dłubię po nocach.

Zdarzają ci się w tej intensywności przestoje? Brak weny lub celowe odejście od pracy twórczej?

- Zdarza się, że jest tego za dużo, albo mam doła. Wtedy skupiam się na innych zajęciach: podróże, zdjęcia, projektowanie koszulek, ćwiczenia... Wszystko staram się robić razem z dziećmi i żoną. Po resecie wracam do pracy twórczej, ale pozwalam, żeby wena sama przyszła. Nie przyspieszam, nie narzucam sobie terminów. To, że mogę sobie na to pozwolić, to zaleta undergroundu. Ja w sztuce nic nie muszę, tylko mogę i to jest dla mnie największy bicz. Poza tym nie umiem długo siedzieć bezczynnie.

Śpiewasz głównie o swoich przeżyciach?

- O przeżyciach, marzeniach, snach, myślach, wyobrażeniach. Wszystko się w tym miesza. Przeszłość z teraźniejszością i wizją przyszłości. Do tego dochodzi ekspresja innych ludzi, filtrowanie tego, co stworzyli. Funkcjonuję w dualizmie, z jednej strony próbuję odnaleźć się w systemie, którego nie akceptuję, z drugiej żyję sobie wewnętrznie w zupełnie innym świecie. Dziwnie to brzmi, co? Jak schizofrenia.

Chciałbyś odrzucić zupełnie system i zanurzyć się wyłącznie w twórczości?

- Mam takie wyobrażenie, jak każdy twórca, ale wątpię czy byłbym w stanie. Przynajmniej na aktualnym etapie mojej niewiedzy. No i przy dodatkowym ciśnieniu z zewnątrz, z jakim musi liczyć się każdy zarabiający na życie artysta, to nie byłoby to samo. Nie mówię nie, ale na ten moment chcę jedynie wyrażać siebie i cieszyć się tym, że moje teksty mogą działać na drugiego człowieka budująco. To jest tak mocne i głębokie dowartościowanie, że niewiele może się temu równać.

Patrząc z boku, twoja muzyka wydaje się mroczna...

- Taki głos mi się akurat przytrafił. Ale wiem, o co ci chodzi. Zacznę od tego, że moja muzyka staje się coraz jaśniejsza wraz ze wzrostem poziomu mojej wewnętrznej edukacji. Druga rzecz, że cała ta muzyka to nie tylko forma wyrażania siebie, ale też zapis etapów mojego życia. Był etap mroczny, był melancholijny, była nadzieja, była fascynacja naturą. Te przeżycia nadają kolorytu moim płytom. Bo płyty to nic innego, jak pamiętniki atmosfery w moim sercu i głowie. Zapis życia, emocji, doświadczeń i ewolucji duchowej.

Konkretne zdarzenia wpływały na kształt danej płyty?

- Tak, niektóre bardzo osobiste, dlatego nie chciałbym o nich szerzej mówić... Wiesz, czasem im bardziej nam na czymś zależy, tym bardziej to niszczymy, a wiele spraw nam nie wychodzi i nie mamy na to wpływu. Dlatego tak cieszę się z listów od słuchaczy, którzy piszą, że moje teksty pozwoliły uratować czyjś związek, powstrzymały kogoś przed samobójstwem czy też pomogły przewartościować dotychczasowe życie. Nie dość, że to jest dla mnie niesamowicie budujące, to jeszcze zawsze przychodzi w chwilach, kiedy tego najbardziej potrzebuję. Przecież ja żadnego marketingu nie uprawiam, robię płytę i idę dalej, a tu nagle bum! Do kogoś to trafiło - komuś to pomogło. Niesamowita sprawa, aż mi się chce lepiej i szybciej śruby w robocie kręcić i działać dalej.

Dotarcie do jednostki i ten wpływ, o którym mówisz, może mieć większą wartość niż uwielbienie tłumu?

- Zdecydowanie. Tłum zapomina - jednostki rzadko. Wiesz jeszcze skąd ten rozdźwięk między barwą muzyki a moimi tekstami? Bo każdy chciałby miłości i dobrych relacji z drugim człowiekiem, a z drugiej strony widzimy, że cywilizacja współczesna zmierza ku samozagładzie. Tego mroku nie unikniemy, ja też jestem nim przesycony, chociaż staram się z taką systemową rzeczywistością walczyć.

Mówiłeś o szkole sportowej, a masz wykształcenie muzyczne?

- Ciągnęło mnie do muzyki od dawna, ale jak rodzice zaproponowali, żebym poszedł na śpiew czy skrzypce, to odpowiedziałem, że to dla dziewczyn jest. Sporą rolę w rozwijaniu mojej pasji odegrała babcia. Puszczała mi przeróżne płyty od Julio Iglesiasa czy Irenę Santor po Shakin’ Stevensa, ale najmocniej utrwaliła we mnie to pragnienie mama. Były momenty, kiedy biegałem po domu i nuciłem, wyłem wręcz całymi dniami, a mama to całkiem spokojnie znosiła. Mówiłem, że kiedyś będę śpiewać, a mama traktowała te słowa poważnie. Zacząłem nucić pod nosem piosenki jako trzyletnie dziecko. Do dzisiaj tak mam, często robię to nieświadomie, wpadnie mi raz lepsza raz skrajnie durna piosenka do głowy, a ja nie mogę się jej pozbyć. Uzależniony od melodii i wibracji jestem.

A pisanie tekstów?

- To chyba dziadek we mnie zaszczepił. Pisał fraszki, miał ironiczne poczucie humoru. Mama dużo mi czytała, lubiłem rymowane bajki. Już za małolata były próby pisania, czytałem nawet te swoje utwory na forum klasy, ale to nie było nic wybitnego.

Pragnąłeś wybitności?

- Od zawsze sztuka była dla mnie sposobem na zmierzenie się z własnym introwertyzmem, na wylanie tych uczuć na zewnątrz. Trenerka pływania, któremu poświęciłem kilka lat życia, powiedziała mi jeszcze w szkole, że nie mam do pływania talentu, że jeśli coś osiągnę, to ciężką pracą. Harowałem jak wół, ale na zawodach się spalałem. Poza tym jednego dnia zemdlałem na treningu, potem się to powtórzyło. Wyszło, że mam wadę serca. Lekarz zabronił mi pływać.

Jak to zniosłeś?

- Dramat był. Zęby w poduszkę, płacz, przewartościowanie wszystkiego. Ale ja bez sportu nie umiem, dlatego były sztuki walki, wspinaczka, akrobatyka, bieganie. Muszę się wyżyć. Po ślubie, a ożeniłem się dość wcześnie, bo w wieku 20 lat, wróciłem do intensywnego sportu. Stwierdziłem, że jak mam paść na serce, to na swoich warunkach, a nie w fotelu. Po roku zrobiłem testy - wyzdrowiałem.

Wróciłeś do pływania?

- Tak, pływałem w drużynie studenckiej, do dzisiaj biorę udział w zawodach w kategorii masters.

Wyzdrowiałeś, wróciła sportowa pasja. A co ze sztuką?

- Sporo w tym okresie rysowałem i w 2006 roku miałem pierwszą wystawę grafik w Nowohuckim Centrum Kultury. W tle grała moja muzyka, nieprofesjonalna jeszcze, bo to były przecież moje pierwsze kompozycje, do tego nie miałem jeszcze dobrego sprzętu. Ale zaskoczyło, zebrałem pochlebne opinie. Żona bardzo mnie dopingowała, żebym poszedł w tym kierunku i Metus, czyli moje artystyczne alter ego, zaczął się rozwijać.

Dużo zawdzięczasz żonie?

- Właściwie wszystko, co teraz robię, zawdzięczam Ani. Gdyby nie ona, nic z tego nie ujrzałoby światła dziennego. Najprawdopodobniej nadal żyłbym w przekonaniu, że to jest za słabe, żeby pokazać to szerszej grupie odbiorców. Ania jest moją drugą połową - prawdziwą Muzą. Pytałeś o dążenie do wybitności... tak sobie myślę, że ważniejsze jest to, że dzieciom coś przekażę, a przy okazji wyleję z siebie nadzieje, marzenia, żale, tęsknoty i wszystko to, co człowiekowi zasnąć nie pozwala. Wiercisz się, kotłujesz i myślisz nieraz: po cholerę ja tu jestem? Nie po to przecież, żeby tylko płacić podatki i zapierniczać w kieracie.

Zastanawiam się, jak komponujesz swoje utwory?

- Ze słuchu. Nie znam nut, wątpię, żeby mi starczyło cierpliwości żeby się ich nauczyć. W mojej formie działalności artystycznej nie jest to potrzebne. Wystarczy zarys melodii. Opowiadam o niej w studiu chłopakom, nakreślam atmosferę, obraz i nucę, a oni wnikliwie to odtwarzają, rozbudowując swoim wyczuciem i doświadczeniem. Powtarzamy, rozmawiamy o finalnym brzmieniu i dążymy do niego. I tak to powstaje, to nieustające rzeźbienie w myślach.

Bardziej jesteś muzykiem, grafikiem czy tekściarzem?

- Metus to całość. Staram się nie oddzielać muzyki od tekstów czy grafik. Poza tym nie lubię szufladkowania. Nie rozumiem szufladkowania sztuki czy samego dzielenia ludzi ze względu na wiarę, rasę, narodowość czy klub, któremu kibicują. To wstrętne, dlatego siebie też nie próbuję przypisać. Mam wrażenie, że jeszcze szukam swojej artystycznej tożsamości, ale w głębi duszy wiem, że będę poszukiwał zawsze - poszukiwania są dla mnie kwintesencją sztuki - spełnianie się jest spełnieniem. Druga rzecz, wszyscy się zmieniamy na przestrzeni lat, tylko serce-duch to samo zostaje.

Czytałem sporo pozytywnych recenzji twoich płyt - one się ludziom podobają. Jaki powinieneś wykonać krok, żeby dotrzeć do większej liczby słuchaczy?

- Pojęcia nie mam. Ja naprawdę nie mam poczucia, że muszę być znany, że muszę sprzedać swoje nazwisko. Jestem też świadomy błędów, jakie popełniam, tej artystycznej skrytości. Aż mi niektórzy ludzie mówić zaczęli, że jest tak, jakbym nie istniał, bo niewiele można znaleźć informacji o Metusie w internecie, niewiele o mnie wiadomo, a tyle już płyt wydałem...

A czego ty byś chciał?

- Nigdy nie myślałem o tym, żeby tworzyć muzykę po to, żeby ona się bardziej podobała innym ludziom. Szanuję opinie innych, ale one nie mają żadnego wpływu na moją twórczość. Jeżeli miałbym wyrażać siebie, uwzględniając te opinie, to moja muzyka przestałaby być szczera, a najbardziej zależy mi w życiu właśnie na szczerości i poszukiwaniu nieznanego.

- Nie muszę sztuki  robić na siłę. Moja twórczość wpływa wyłącznie na moje zadowolenie i sumienie: robię coś, co jest maksymalnie szczere i na razie nieskomercjalizowane. Może z tego powodu nie działam szerzej. Pojęcia też nie mam, jak to wygląda na poziomie medialnym, jak działa show-biznes. Nie znam ludzi. W sumie nigdy o tym poważniej nie myślałem.

Miałeś jakiś czas temu propozycję. Nawet usłyszałeś, że będziesz żałował, jak się nie skusisz.

- To było chyba w 2008 albo 2009 roku. Znalazł mnie jeden facet, powiedział, że mam ciekawy głos, fajne melodie. Miał, jak twierdził, na mnie pomysł - chodziło mu o to, że powinienem zacząć grać bardziej rozrywkowo, on dostarcza muzykę - ja śpiewam. Odpowiedziałem, że mam z czego żyć i chcę pozostać szczery w muzyce. Odparł, że nigdy nie wypłynę i będę żałował. Nie wypłynąłem, więc po części miał rację. Z drugiej strony dobrze wykorzystałem te lata. Miałem czas dla dzieci, a artystycznie dojrzałem.

- W sumie niczego nie żałuję i jestem naprawdę zadowolony z tego, co osiągnąłem artystycznie. Z tego, jak moja twórczość wpłynęła na ludzi, do których dotarła. Szczerość i bezkompromisowość twórcza daje satysfakcję o jakiej można tylko marzyć, a gdy to marzenie zaczyna się spełniać czujesz nie zadowolenie, ale prawdziwą głęboką radość. Szczere maile od słuchaczy, czasem bardzo głębokie wynurzenia są dla mnie największą nagrodą - większą niż się spodziewałem. To jest coś, co pomaga mi przetrwać w codzienności zwykłej pracy zarobkowej.

Twoje płyty są coraz lepsze? Tylko szczerze odpowiedz.

- Bardzo mi na tym zależy. I mam wrażenie, że tak jest, że każdy kolejny materiał pod względem poziomu dopracowania, techniki brzmi coraz lepiej.  Nie chcę, żeby to była kultura niska, bo tego jest cała masa. Warstwa tekstowa w muzyce popularnej to jest na ogół dramat. Żeby mi ktoś chciał opowiedzieć coś więcej, niż tylko banał o doczesnych pragnieniach? Niewiele tego jest, wręcz epizodyczne zdarzenia. Muzyki ambitniejszej, a przez to trudniejszej w odbiorze, w eterze jest mniej. Ludzie nauczeni są - przez ciągłe nią zasypywanie - kultury najniższej, która nie wymaga wysiłku intelektualnego tylko konsumpcji.  Zagłębienie się w coś poważniejszego wymaga czasu, nieraz wiedzy porównawczej z zakresu kultury, a przede wszystkim poruszenia głębi własnego ducha, sumienia, szczerości wobec siebie samego i wnikliwości.

A co mówią twoi czytelnicy słuchając obecnych i pierwszych płyt?

- Słyszę czasem, że to już nie jest ten dark wave co na początku. No nie jest, bo moja muzyka to ja, a ja, jak wspomniałem, nie jestem dokładnie tym, kim byłem przy nagrywaniu pierwszej płyty. Ewoluowałem. Słuchacze chcą usłyszeć dźwięki z tamtych lat? Usłyszą, jak mi podobna atmosfera zagra w duszy i głowie... Ona się zmienia, bo nasze życie nie stoi w miejscu.

Wrócę jeszcze na moment do pieniędzy. Sprzedałbyś się artystycznie za odpowiednio wysoką stawkę?

- Wiesz, to co robię jest przedsięwzięciem deficytowym. Gdybym mógł na tym zarabiać, a propozycja byłaby rozsądna, to... kusi mnie powiedzieć "dlaczego nie?". Ale nie w sytuacji, gdyby łamano mnie i zmuszano do określonej formy. Zacząłbym umierać wewnętrznie albo miotać się jak niewolnik. Skoro przetrwałem te najgorsze lata, kiedy nikt nie znał mojej twórczości, to teraz, kiedy sprzedaję bilety na koncerty tym bardziej nie chcę zawieść siebie i słuchaczy. Sprzedanie się dopuszczam tylko w jednej formie - tworzę co chcę, a ktoś to puszcza na szersze wody. Innej możliwości nie ma.

Czyli dopuszczasz jedynie współpracę z kimś, kto chciałby promować twoją twórczość w niezmienionej formie?

- Tak, mam nadzieję, że ktoś o szerszych horyzontach się trafi. Pomimo pewnych reguł twórczych, jakich pragnę się trzymać, współpraca ze mną jest bardzo komfortowa i bezkolizyjna, można popytać kogokolwiek z zespołu czy Ryśka Kramarskiego z Lynx Music. To są ludzie, którzy współpracują ze mną od lat, są ze mną w najtrudniejszych momentach twórczych, kiedy emocje rozhulane są do granic wytrzymałości, a jednak praca układa się nam idealnie.

- Co do samej promocji, jest jedna bezwzględna zasada w każdej działalności twórczej: co szybko wypływa, szybko tonie. Przetrwałem dziesięć lat, bardzo wolno docierając do odbiorców, właściwie tylko dzięki temu, że słuchacze polecali sobie moje kawałki. A co się rodzi we własnym tempie, dłużej utrzymuje się na powierzchni "siłami natury". Widać to u większości grup muzycznych czy malarzy. Inaczej jest z poetami, bo najczęściej doceniamy ich dopiero po śmierci. Szkoda, że wcześniej zamiast sięgnąć po czyjeś wiersze, wolimy siedzieć przed telewizorem i dawać się ogłupiać mass-mediom. Lepiej wybrać się do księgarni. Tomiki wierszy są absurdalnie tanie, za kilka złotych można je kupić. Popatrz, jak łatwą ręką wydajemy w knajpie pięć dych, zamiast kupić sobie dobrą książkę czy płytę, do których można wielokrotnie wracać. Hołdujemy rzeczom i radościom zbyt banalnym.

Na ich tle korzystanie z dóbr kultury aż tak kosztowne nie jest...

- No właśnie. Na pierwszy rzut oka uznamy, że wizyta w teatrze jest zbyteczna, ale przy kupnie kilku piw czy paczek papierosów już się tak nie łamiemy. Nawet zostawiając nałogowców, którzy wydają na fajki kilkaset złotych miesięcznie, mamy ludzi, którzy zostawiają fortuny w sklepach na wielkie ilości jedzenia, jakich nie są potem w stanie przejeść. Wyrzucamy bardzo dużo pożywienia, a narzekamy na ceny płyt i książek.

- Pytałeś mnie na wstępie, skąd mam na to wszystko czas. Każdy ma. Przeciętny Kowalski wraca jednak z pracy do domu i odpala na kilka godzin telewizor. Rocznie niektórzy ludzie tracą w ten sposób nawet 1,5 miesiąca. Ogrom czasu. Płytę nagrasz albo książkę napiszesz!

Może ludzie spędzają czas przed telewizorem, bo są zmęczeni?

- Zgoda, jak ktoś pracuje fizycznie, to odczuwa zmęczenie, ale wiele osób pracuje dziś przy biurku. Po ośmiu godzinach siedzenia nie są zmęczeni, tylko znużeni. Zrób pompki, przysiady, poruszaj się kwadrans, a znużenie minie i będziesz miał energię do działania. Czas na higienę psychiczną, rozwijanie się, medytację, modlitwę czy czytanie książek jest bardzo istotny. Zapominamy, że chociaż jesteśmy hybrydami między aniołami, a bestiami, to w tym dualizmie przeważa pierwiastek świetlisty.

Jesienią ukazała się twoja kolejna płyta.

- Nawet dwie, bo jest też wersja anglojęzyczna. To już ósme i dziewiąte wydawnictwo Metusa. Mówię o jednej i drugiej płycie, bo różnią się. Język angielski ma inną rytmikę, inaczej płynie tekst, co przekłada się na odrębną atmosferę. Polski jest trudniejszy. Nie przekładałem kawałków jeden do jednego, to są różne interpretacje tego samego tematu. Mam wrażenie, że trafią do serc słuchaczy. Pierwsze reakcje są bardzo budujące.

Marek, załóżmy, że ktoś po przeczytaniu naszej rozmowy chciałbym kupić twoją płytę. Co ma zrobić?

- Niech do mnie napisze, a ja mu wyślę, albo niech odwiedzi moją stronę internetową. Tam można dostać wersje cyfrowe płyt.

Sklep?

- Na stronach wydawnictwa Lynx Music i Rock Serwisu. Będzie też w zagranicznych wydawnictwach, np. w Holandii i Portugalii. Ale najlepiej znajdź stronę Metusa, napisz do mnie. Będzie autograf, czasem fajne znajomości tak powstają.

Holandia i Portugalia? Gdzie jeszcze cię słuchają?

- Mam sygnały od słuchaczy z Anglii, Stanów Zjednoczonych, Meksyku, Chile, Peru, Brazylii. Nawet na YouTube są napisy w obcych językach do moich kawałków. To wszystko robią słuchacze.

Jakie dalsze projekty artystyczne przed tobą?

- Marzy mi się program w internecie z artystami undergroundowymi z różnych dziedzin. Chcę ich pokazać, mam już kilka mocnych nazwisk. Pomysł jest, potrzeba kanału na YT i trochę pieniędzy na rozruch. Niewielu dziennikarzy do nas wyciąga rękę. Trudno wzbudzić zainteresowanie odbiorców mediów kimś, kto wcześniej szerzej nie istniał. Prędzej przeczytają plotki o gwiazdach, prawda?

Coś o tym wiem...

- Poznanie nowego twórcy wymaga wysiłku, lepiej dostać papkę lekkostrawną. Podjadam sobie i wydaje mi się, że jestem pełny i na bieżąco. Do tego przyzwyczajają nas media.

Z drugiej strony underground nie jest od tego, żeby podobać się największym mediom.

- Dokładnie. Wiesz, po dziesięciu latach działalności jestem zadowolony z tego, co Metus w naturalny sposób osiągnął w oczach innych ludzi. Zero sponsorowanych artykułów czy nachalnej promocji. Udało mi się czystą sztuką osiągnąć coś, co jest marzeniem każdego twórcy.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje