Nie moja wina, ale moja kara

Rodzic w więzieniu to wciąż silne tabu /©123RF/PICSEL

Kiedy rodzic trafia do więzienia, dziecko przeżywa stan porównywalny do żałoby po śmierci bliskiej mu osoby. - Dzieci osadzonych narażone są dwa razy mocniej na problemy ze zdrowiem psychicznym, pogorszenie zachowania i wyników w szkole. Są prowadzone badania, potwierdzające te objawy, ale nic się z nimi nie robi. W Polsce to temat tabu - zwraca uwagę w rozmowie z Interią Ewelina Startek z Małopolskiego Stowarzyszenia Probacja.

Reklama

Brak oficjalnych statystyk na temat liczby dzieci więźniów w Polsce. Według szacunków Ministerstwa Sprawiedliwości przynajmniej jednego rodzica za kratkami miało w maju ubiegłego roku ponad 47 tys. dzieci.

Całkiem sporo. Wyspecjalizowanych organizacji niosących pomoc tej grupie społecznej jest jednak w Polsce garstka. Jedna z nich to Małopolskie Stowarzyszenie Probacja. Od trzech lat pedagodzy i wolontariusze wywodzącej się z Krakowa organizacji realizują projekty mające na celu wspieranie więzi rodzinnych i przeciwdziałanie powrotowi na drogę przestępstwa u osób karanych sądownie.

Reklama

Z końcem kwietnia ruszy ogólnoeuropejska kampania społeczna "Nie moja wina, ale moja kara" organizowana przez Children of Prisoners Europe. "Celem Kampanii jest interdyscyplinarne poszukiwanie nowych sposobów na poprawę jakości odwiedzin dzieci w więzieniach w Polsce oraz wyposażenie nauczycieli w niezbędną wiedzę, która pozwoli im efektywnie wspierać dzieci, dotknięte problemem osadzenia rodziców" - podaje Probacja, odpowiedzialna za akcję w Polsce.

***

Rozmowa z Eweliną Startek, pedagogiem z Małopolskiego Stowarzyszenia Probacja i koordynatorką kampanii.

Dariusz Jaroń, Interia: Co przeżywa dziecko, kiedy rodzic trafia do więzienia?

Ewelina Startek: To stan porównywalny do żałoby po śmierci bliskiej osoby. Dzieci osadzonych narażone są dwa razy mocniej na problemy ze zdrowiem psychicznym, pogorszenie zachowania, wyników w szkole. Są prowadzone badania, potwierdzające te objawy, ale nic się z nimi nie robi. W Polsce to temat tabu.

Rodzice nie rozmawiają o tym z dziećmi?

- Rzadko. Pytam zawsze osadzonych, czy przygotowywali dziecko na swój pobyt w więzieniu. To są jednostkowe przypadki. Jedną panią zapamiętałam, przez rok przygotowywała córkę. Reszta wychodzi z założenia, że jakoś to będzie...

Pamiętam, jak pytałem o to osadzonych. Jeden długo tłumaczył dziecku, że jest w szpitalu, inny, że wyjechał do pracy w Belgii. Dzieci w to wierzą?

- Raczej jest to niemożliwe. Dziewięciolatek odwiedza ojca, widzi przed wejściem napis "zakład karny", a wszyscy wokół udają, że to miejsce pracy albo ośrodek zdrowia. Dzieci nie są głupie.

Jak przygotować dziecko do takiej rozmowy?

-  Jak do każdej trudnej. Kiedy zdycha chomik, jedni rodzice lecą do sklepu zoologicznego i kupują takiego samego, żeby oszczędzić dziecku trudnych emocji, inni z nim porozmawiają. Wyrok więzienia dla rodzica to jedna z wielu trudnych chwil, jakie może spotkać dziecko. Niestety, życie i z takich sytuacji się składa. Nie możemy ich ukrywać przed dzieckiem.

Tylko tutaj nie da się podmienić chomika...

- Chomikiem jest tutaj wyjazd do pracy za granicą, choroba czy jakiekolwiek inne wytłumaczenie, żeby tylko dziecku nie było ciężko. Dorośli boją się stracić swoją pozycję w oczach dziecka. Tak jak nauczyciele boją się przyznać na forum klasy, że czegoś nie wiedzą. Rodzice, szczególnie ojcowie, często pytają, czy jeszcze mogą być autorytetem dla swoich dzieci, skoro siedzą w więzieniu.

Mogą być?

- Jasne, że tak! Powtarzam im, że nawet w więzieniu mogą zacząć budować swój autorytet, bo nierzadko osadzeni ojcowie nie wiedzą, że mają jakieś powinności wobec dzieci.

W przypadku matek trauma jest mocniejsza?

- Zdecydowanie. Mocniejsze jest też wykluczenie społeczne. Osadzone kobiety wiedzą o tym, czują to doskonale. Jest przyzwolenie społeczne na mężczyznę za kratkami, ale jak kobiecie powinęła się noga, to jak to o niej świadczy? Patologia skrajna, jest skreślona w oczach społeczeństwa, sąsiadów. Kiedy osadzone starają się o przepustki na widzenie z dzieckiem, często słyszą od pracowników więzienia, że trzeba było o nich pomyśleć, zanim wyciągnęły rękę żeby ukraść.

Dzieci dużo bardziej przeżywają wyrok więzienia dla matki?

- Tak, ponieważ konsekwencje zamknięcia matki są dla nich większe. Kiedy mamy do czynienia z samotną matką, dziecko często trafia do placówki lub rodziny zastępczej, wali się mu cały świat. Rzadziej zdarza się, żeby do zakładu karnego kierowany był ojciec samotnie wychowujący dziecko. W przypadku pełnych rodzin, kiedy - co zachodzi najczęściej - do więzienia idzie ojciec, zmiany są mniejsze. Dziecko zostaje z matką w znanym mieszkaniu, nie zmienia szkoły. Wracając do wątku wykluczania społecznego, rozmawiałam o tym z osadzonymi. Powiedziały, że według ich porównań, za to samo przewinienie mężczyźni otrzymują niższe wyroki. Ciekawe pole do zbadania.

Za co siedzą matki, z którymi pracujesz?

- Nie pytam o to. Z tego co wiem, na nasze spotkania przychodzą głównie kobiety skazane za przekręty finansowe. Sporo jest też z różnymi uzależnieniami.

Czego najbardziej potrzebują dzieci więźniów?

- Wsparcia dorosłych. W pierwszej kolejności potrzebują rodzica, który z nimi porozmawia, wyjaśni co się w ich życiu dzieje. Do pewnego momentu uważałam, że powiedzenie dziecku o tym, że rodzic jest w więzieniu, jest indywidualną sprawą każdej rodziny. Dziś jestem przekonana, że nie da się zbudować bliskiej relacji z dzieckiem opartej na niedopowiedzeniach.

- Edukuję osadzonych rodziców. Kiedy nie chcą dłużej okłamywać dziecka i są gotowi na rozmowę, piszemy jej skrypt. Pomagam im dobrać odpowiednie słowa, dopasować je do wieku dziecka. Tak przygotowani rozmawiają z drugim rodzicem i często napotykają na szlaban. Rodzic przebywający na wolności, opiekujący się dzieckiem, nie chce żeby wiedziało, nie chce żeby powiedziało w szkole prawdę. Boi się.

Te obawy nie są bezpodstawne...

- Nauczyciele nie są przeszkoleni, nie wiedzą, jak pracować z takimi dziećmi, nie znają ich sytuacji, potrzeb, konsekwencji, jakie niesie za sobą osadzenie rodzica. Tymczasem jeśli dziecko nie znajduje oparcia w domu, powinno szukać zaufanej osoby dorosłej w szkole. Szkolenia dla pracowników socjalnych są czymś normalnym, a co z nauczycielami? W Wielkiej Brytanii działa organizacja, która zabiera nauczycieli do więzień. Spotykają się z osadzonymi rodzicami, poznają ich, dowiadują się, że też chcą brać udział w edukacji dzieci. Pracując w Anglii ułatwiałam nawiązywanie kontaktu między nauczycielami i rodzicami. Budowałam relacje między nimi. To procentuje dla dziecka.

Do jakiej sytuacji chciałabyś doprowadzić?

- Idealnie byłoby, gdyby np. w przypadku aresztowania ojca, matka poinformowała o tym zdarzeniu szkołę. Idzie do wychowawcy i mówi: "jeśli dojdzie do pogorszenia zachowania lub wyników w nauce dziecka, to to jest przyczyna. Proszę je wesprzeć". Potrzeba szkoleń, podnoszących świadomość społeczną. Nie tylko nauczycieli. Ważne są również warsztaty dla dzieci, żeby nie wykluczały rówieśników.

Wspomniałaś o pracy w Anglii. Jak tam wygląda podejście do dzieci osadzonych?

- To też jest grupa stygmatyzowana. W każdym kraju tak jest.

Czyli u nas nie jest gorzej?

- Jest gorzej, ale nie jest też tak, że wszędzie jest super, a u nas jest źle.

Ale jest źle?

- Jest.

W czym to się objawia?

- Nie ma pieniędzy na pomoc dla tych dzieci, brakuje też rąk do pracy i zaangażowania. Jesteśmy jedyną organizacją w Małopolsce zajmującą się stricte dziećmi i rodzinami więźniów. Są inne instytucje jak Caritas czy Siemacha, ale to nie jest ich główna działalność, dzieci więźniów otrzymują od nich pomoc niejako przy okazji. Organizacji takich jak Probacja jest w całym kraju niewiele, Sławek w Warszawie, pewnie jeszcze kilka...

Państwo nie prowadzi podobnych programów? Wszystko opiera się na organizacjach pozarządowych?

- Służba Więzienna prowadzi programy nakierowane m.in. na radzenie sobie z agresją, uzależnienia i utrzymywanie więzi rodzinnych. Problem w tym, że są one realizowane przez pracowników SW.

Dlaczego to jest problem?

- Trzeba bliskiej relacji z osadzonym, żeby się otworzył, podał nam swoją rodzinę na tacy. Wychowawca czy inny pracownik więzienia musi zatem wejść w podwójną rolę: jednocześnie karać i wspierać osadzonego. Ze swoich doświadczeń w Anglii uważam, że to niemożliwe. Potwierdzają to same osadzone. Kiedy wezwie je wychowawca, mówią to, co chce usłyszeć. Brakuje im tego, żeby ktoś spojrzał na nie z szacunkiem - jak na człowieka. Pewnie wśród pracowników Służby Więziennej to się zdarza, ale ich priorytetem jest bezpieczeństwo. Więźniowie odgrywają więc swoją rolę, a strażnicy swoją. Ile tu miejsca na szczerość?

Jak to działa w innych krajach?

- W Wielkiej Brytanii władze doszły do wniosku, że Służba Więzienna nie może występować w dwóch rolach. Mundurowi są tam od zamykania drzwi, pilnowania porządku, a wszystko inne jest zlecane na zewnątrz organizacjom pozarządowym i firmom edukacyjnym. Oczywiście są też inne modele, np. w Norwegii pracownicy więziennictwa kompleksowo pracują z osadzonymi, ale tam cały system sprawiedliwości i resocjalizacji funkcjonuje zupełnie inaczej. No i daleko nam do takiego podejścia do człowieka, jak tam.

Wspomniałaś o konieczności podnoszenia świadomości wśród nauczycieli, ale też warsztatach dla uczniów. Tego ma m.in. dotyczyć kampania społeczna "Nie moja wina, ale moja kara", której Probacja jest współorganizatorem.

- Kampanię co roku organizuje Children of Prisoners Europe, ogólnoeuropejska sieć, zajmująca się przestrzeganiem praw i zapewnieniem opieki i zdrowego rozwoju dzieciom osadzonych. Jesteśmy jej członkiem. W Polsce kampania odbędzie się po raz pierwszy.

Celem kampanii jest zwrócenie uwagi na konieczność wsparcia dzieci więźniów. Kto w Polsce odpowiada za ich potrzeby?

- Odpowiedzialność, tak nam się wydaje, rozłożona jest na kilka resortów: sprawiedliwości, polityki społecznej i edukacji. Bo ta grupa podpada po trosze pod każdy z nich, wymaga wspólnego zaangażowania. A tego brakuje. Weźmy politykę społeczną. Rozmawiałam z osobą z urzędu wojewódzkiego, odpowiedzialną za współpracę z organizacjami pozarządowymi. Mówi, że dzieci i rodziny osadzonych nie do końca pod nich podpadają, prędzej pod pomoc postpenitencjarną. Ale jak my prowadzimy działania z osadzonym, np. nagrywamy z nim bajki dla dzieci, to nie on jest beneficjentem, tylko dziecko: żeby lepiej radziło sobie z rozłąką, żeby wiedziało, że rodzic coś dla niego robi, żeby chociaż jedno pozytywne wspomnienie miało z tego okresu. Trochę mi zajęło, żeby przekonać pana, że to też jest pomoc socjalna.

- Przestrzeń, w którym tkwi rodzina osadzonego jest niezagospodarowana. Prosiliśmy o patronat i współorganizowanie kampanii różne instytucje. Kuratorium oświaty odmówiło, Regionalny Ośrodek Pomocy Społecznej nie przyznał nam niewielkiego grantu, a Okręgowy Inspektorat Służby Więziennej owszem, chętnie da honorowy patronat, ale nie może dać pieniędzy. Raz, że ma ich niewiele, dwa ich grupą targetową są osadzeni, a nie ich dzieci czy rodziny. Tak to wygląda, cały czas jest odbijanie piłeczki.

Mimo że wpływ budowania i utrzymywania więzi rodzinnych na resocjalizację jest znany?

- No właśnie, czy rola rodzica podlega pod resocjalizację? Teraz, co jest w dużej mierze dobre, bo praca jest ważna, cała resocjalizacja ma się koncentrować wokół aktywizacji zawodowej. Buduje się hale, siłą rzeczy rosną nakłady na tę formę resocjalizacji, a na inną pieniędzy jest mniej. Przygotujemy człowieka do pracy, będzie miał zawód, będzie mógł pracować i po latach wrócić do rodziny. Tylko czy ta rodzina będzie na niego czekać? Trzeba się z tym liczyć. Resocjalizacja to ponowna socjalizacja. Dzieci socjalizuje się przez naśladownictwo i uczenie się ról. Rola rodzica to jedna z największych ról, jakie mamy do odegrania.

Osadzeni chętnie w tę rolę wchodzą?

- Podam przykład jednej matki. Ma dwójkę dzieci, niespełna trzyletnie bliźniaki. Są w rodzinie zastępczej, matka widzi je raz na miesiąc, czasem rzadziej. Jakiś czas temu zespół pracowników socjalnych stwierdził, że więzienie to nie miejsce dla nich, nie mogą przyjeżdżać do zakładu, mimo że opiekująca się nimi pani dba o to, żeby utrzymywały więzi z matką. Osadzona przygotowuje na dzień dziecka z innymi kobietami teatrzyk. Błaga wręcz o to, żeby jej dzieci to zobaczyły, to dałoby jej wielki zastrzyk energii w dalszej resocjalizacji, wręcz sama pokazuje, jak powinna być resocjalizowana. I nic. Rozumiem, że więzienie może być przerażającym miejscem dla dzieci, ale zaprośmy te maluchy, kiedy my organizujemy tam spotkania dla rodzin. Są inne dzieci, jest dużo zabawy...

Kiedy ta kobieta wyjdzie na wolność?

- Nie wiem, ile ma jeszcze kary, ale jest świadoma, że kiedy wyjdzie, nie będzie znała własnych dzieci, a one nie poznają jej. Co to jest dla małego dziecka kontakt z mamą raz na miesiąc czy dwa? Rozmawiają przez telefon, ale jakie to są rozmowy z trzylatkiem? Jak mają budować w ten sposób więź? Matka zastępcza zaproponowała, co jest ewenementem, że jak wyjdzie, to przyjmie ją do siebie na jakiś czas, żeby stopniowo wchodziła w rolę. Genialna inicjatywa, ale nie powinna zależeć od dobrej woli jednostek.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje