Po tragedii w Wolbromiu nowe mieszkanie dla rodzeństwa

Albert, Kamila i Jadzia w jednej chwili stracili rodziców i dach nad głową. W środę, dzięki wsparciu ludzi dobrej woli, odebrali wraz z babcią klucze do nowego mieszkania. - Mam nadzieję, że chociaż w niewielkim stopniu będzie ono lekiem na zło, jakie spotkało te dzieci - podkreśla w rozmowie z Interią Katarzyna Konewecka-Hołój, szefowa Stowarzyszenia Piękne Anioły, odpowiedzialnego za remont przyznanego przez władze lokalu.

Do tragedii doszło 27 sierpnia ubiegłego roku. Mirosław W. wrócił do domu pijany. Najpierw wszczął awanturę, a kiedy dzieci położyły się spać, wpadł do pokoju, w którym leżała żona, oblał ją benzyną i podpalił.

Reklama

Pani Bernadetta z poważnymi obrażeniami trafiła do szpitala. Miała poparzone 70 proc. powierzchni ciała. Przez długie tygodnie walczyła o życie. Pod koniec października jej stan pogorszył się. 1 listopada kobieta zmarła.

Osierociła trójkę dzieci: 17-letniego dziś Alberta, 15-letnią Kamilę i 5-letnią Jadzię.

Mirosławowi W. grozi kara 25 lat pozbawienia wolności lub dożywocie.

Rodzeństwo z Wolbromia w jednej chwili straciło rodziców i dach nad głową. W środę wraz z opiekującą się nimi babcią, dzieci odebrały klucze do nowego lokum. W remoncie przyznanego przez władze lokalu pomogli pracownicy i wolontariusze Stowarzyszenia Piękne Anioły.

***

Dariusz Jaroń, Interia: Dzieci zamieszkają z babcią w nowym mieszkaniu. Jak do tego doszło?

Katarzyna Konewecka-Hołój, szefowa Stowarzyszenia Piękne Anioły: - Wszystko dzięki zaangażowaniu lokalnego środowiska. Problemem był brak lokalu. Po tragedii dzieci zamieszkały u kuzynki mamy, tymczasowo się nimi opiekowała. Niebawem miała jednak urodzić dziecko, jej mieszkanie mogłoby się okazać zbyt małe dla wszystkich.

Rozpoczęło się poszukiwanie lokalu?

- I szybko się udało! W imieniu Skarbu Państwa lokal przekazał rodzinie starosta Paweł Piasny. Mieszkanie było w dawnym internacie, wymagało remontu. Piotr Gamrot, dyrektor Domu Kultury w Wolbromiu, zadzwonił do nas i poprosił o wsparcie. Założyliśmy dzieciom subkonto, podczas Dni Wolbromia i koncertu charytatywnego Another Pink Floyd zorganizowano też zbiórki pieniędzy.

Jak dużego remontu wymagało przyznane dzieciom mieszkanie?

- Przede wszystkim z dwóch pokoi musieliśmy zrobić cztery. Rozwiązanie podziału mieszkania zaprojektowała pani Agnieszka Jania, a nasza wolontariuszka Wioletta Czekaj wykonała projekty pokoi. Kuchnia została przeniesiona na korytarz, przesunięto ściany, dobudowano ściankę działową w pokoju dziewczynek. Powstał samodzielny pokój dla Alberta, duża kuchnia, pokój dzienny, w którym zamieszka babcia oraz przedzielony na pół pokój dziewczynek: Kamili i Jadzi. Mam nadzieję, że nowe mieszkanie chociaż w niewielkim stopniu będzie lekiem na zło, jakie spotkało te dzieci.

Kto pomógł w remoncie oprócz wolontariuszy?

- Bardzo nam pomogła koordynująca prace na miejscu pani Karolina Misztal, a także wspomniany pan Piotr Gamrot. W pomoc włączyli się lokalni przedsiębiorcy. Farby przekazała nieodpłatnie firma Dekoral, a meble ufundowało dzieciom Studio Format. Łącznie wartość udzielonej pomocy - materiały, prace, wyposażenie - można oszacować na ok. 45 tysięcy złotych.

Spędziłaś trochę czasu z dziećmi. Jak sobie radzą z traumą?

- Są bardzo dzielne, chociaż oczywiście doskonale pamiętają o tym, co się wydarzyło. Starają się szukać zapomnienia w pasjach. Albert marzy o tym, żeby zostać zawodowym piłkarzem, od kilku lat gra w lokalnym klubie. Kamila ma artystyczną duszę, pięknie maluje, ukojenie znajduje też w tańcu. Mała Jadzia często wspomina mamę. Jest pełna energii i bardzo zżyta z babcią.

Czy babcia formalnie sprawuje już opiekę nad dziećmi?

- W ostatnim czasie kuzynka mamy zrzekła się praw do opieki nad dziećmi. W sądzie rodzinnym złożona została dokumentacja o przyznanie opieki babci, czyli mamie zmarłej pani Bernadetty. Wyrok ma zapaść 24 kwietnia. Jednym z warunków w sprawie było zapewnienie dzieciom nowego mieszkania. Sąd był informowany o prowadzonych działaniach pomocowych. Pani Zofia zostawiła swoje gospodarstwo i męża pod Rzeszowem i przeprowadziła się do Wolbromia. Nie wyobraża sobie sytuacji, żeby wnuki zostały rozdzielone lub znalazły się pod opieką kogoś innego.

- Pani Bernadetta leżąc w szpitalu często dopytywała, czy dzieci są razem. Bardzo jej zależało na tym, aby były pod opieką babci.

Rozmawiał Dariusz Jaroń

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje