​Syryjskie dzieci czekają na gest solidarności z Polski

Polska Misja Medyczna przekazała 20 000 dolarów na zakup leków dla szpitali w zachodnim Aleppo i Idlib. Leki te pozwolą uratować życie i zdrowie kilku tysięcy ofiar syryjskiej wojny. Dzieci, które nie mogą liczyć na skuteczną pomoc w Syrii lub Turcji, można leczyć w Polsce.

Hibe pochodzi z Syrii, ma jedenaście lat. Bomba beczkowa wpadła do jej pokoju, kiedy bawiła się zabawkami. Eksplozja zmasakrowała nóżki siedmioletniego wówczas dziecka do tego stopnia, że konieczna była amputacja.

Reklama

Od ponad trzech lat dziewczynka mieszka u wujostwa w tureckim Gaziantep. Tu nie grozi jej już wojna, ale swój pokój, po założeniu prowizorycznych protez, opuszcza tylko po to, żeby skorzystać z toalety.

- W Turcji usiłowano dopasować dla niej odpowiednie protezy. Publiczna służba zdrowia przygotowała je, ale chodzenie w nich sprawiało dziewczynce ból i szkodziło na kręgosłup. Protezy zamawiane prywatnie są dla jej rodziny nieosiągalne finansowo - podkreśla Małgorzata Olasińska-Chart z Polskiej Misji Medycznej.

- Protezy stawu kolanowego i skokowego dla Hibe mogą wykonać specjaliści z Polski - dodaje Ewa Piekarska, szefowa PMM.

Jedynym ratunkiem jest operacja

Fatima ma roczek. Urodziła się w obozie dla uchodźców. Czy jej rodzice przeżyli wojnę? Nie wiadomo. Kiedy miała kilka miesięcy, okazało się, że cierpi na wodogłowie. Tak jak Hibe, schronienie znalazła w Turcji.

- Wodogłowie to schorzenie operowalne. Rodzina zastępcza, do której trafiła Fatima, usiłowała znaleźć dla niej pomoc medyczną w Turcji. Przeszła trzy operacje w publicznym szpitalu, ale bez skutku. Jest skrajnie niedożywiona, mimo swojego wieku nadal pozostaje dzieckiem wyłącznie leżącym - przyznaje Małgorzata Olasińska-Chart.

Ratunkiem dla Fatimy jest operacja. Jej opiekunowie zgadzają się, aby zabieg został wykonany w Polsce.

W Turcji i Syrii nikt im nie pomoże

Fatima i Hibe to jedne z kilkorga dzieci, którym Polska Misja Medyczna chciałaby zapewnić leczenie w Polsce. Nie dlatego, że taki ma kaprys, ale dlatego, że w Syrii i Turcji nie mogą liczyć na odpowiednią opiekę.

- Chodzi o skomplikowane przypadki dzieci, które nie mogą być skutecznie leczone w Syrii, a nawet w Turcji, gdzie poziom publicznej służby zdrowia nie jest najwyższy, a leczenie prywatne jest bardzo drogie. Tylko w tym momencie mam pod swoją opieką czworo dzieci po amputacjach obu nóg i dwoje wymagających specjalistycznych operacji - mówi dr Mansour Alatrash z Balsam Medical Organization.

Nienastawiona na zysk instytucja, dla której pracuje syryjski lekarz, prowadzi szpitale w zachodnim Aleppo i Idlib. To dla tych placówek, po wcześniejszym sprawdzeniu partnera i spisaniu stosownej umowy, trafiają leki sfinansowane przez darczyńców PMM.

Ewa Piekarska i Małgorzata Olasińska-Chart podczas ubiegłotygodniowego pobytu przy granicy turecko-syryjskiej przekazały na ten cel 20 000 dolarów.

Pomoc na miejscu to nie wszystko

- Mam nadzieję, że za dwa miesiące wrócimy z funduszami na kolejne lekarstwa. Miejmy świadomość, że leki te uratują życie i zdrowie kilku tysiącom ludzi. Chcemy pomagać w Syrii, krajach ościennych, gdzie schronili się uchodźcy, ale też liczymy na to, że polskie społeczeństwo pokaże, że stać nas na gest solidarności z syryjskimi dziećmi, które w tej wojnie ucierpiały najmocniej - zaznacza Małgorzata Olasińska-Chart.

Przedstawiciele polskiego rządu, bo to od nich tak naprawdę zależy wykonanie wspomnianego gestu, wielokrotnie podkreślali, że skutecznie można pomagać uchodźcom w obozach i jak najbliżej ich miejsca zamieszkania. To prawda, ale nie zawsze taka pomoc jest wystarczająca.

- Pomoc na miejscu jest bardzo potrzebna, polskie projekty rzeczywiście są tam realizowane. My zwracamy jednak uwagę na los dzieci, którym na miejscu żadna organizacja nie pomoże. Chodzi o skomplikowane przypadki medyczne - dodaje Ewa Piekarska.

Oczekiwanie na zielone światło od rządu

Prezydenci Sopotu i Krakowa zadeklarowali chęć przyjęcia na leczenie dzieci z Syrii. Do Jacka Karnowskiego i Jacka Majchrowskiego dołączyli też włodarze kilku innych miast. Ale to za mało. Niezbędna jest decyzja władz państwa, bo tylko rząd może dać zielone światło na przyjazd małych pacjentów z Syrii wraz z opiekunami do Polski.

- Konieczne jest porozumienie rządu z samorządem. Prezydent Sopotu wystosował drugie, bardziej sprecyzowane pismo do rządu z prośbą o przyjęcie na leczenie w mieście dziesięciorga dzieci. PMM zostało w tym piśmie wymienione jako pozarządowa organizacja partnerska, która zajęłaby się logistyką przedsięwzięcia. Samorząd oczekuje obecnie na decyzję rządu, mamy nadzieję, że będzie ona pozytywna - mówi Małgorzata Olasińska-Chart.

I dodaje: - W przypadku zgody rządu, wojewoda wystawi zaproszenia dla konkretnych osób. To podstawa do wydania wiz wjazdowych do Polski dla dzieci z Syrii i ich opiekunów prawnych w naszej placówce dyplomatycznej w tureckiej Ankarze.

Na zielone światło czeka też Kraków. - Na początku stycznia wysłaliśmy pismo do prezydenta Jacka Majchrowskiego z prośbą o przyjęcie na leczenie pięciorga dzieci. Pod koniec miesiąca krakowski samorząd przekazał je do wojewody. Czekamy na odpowiedź - wyjaśnia Ewa Piekarska. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje