Dwie ręce prezesa PiS, czyli jakie są szanse na ugaszenie sejmowego konfliktu

Wspólne wystąpienia prezesa PiS i marszałków /Stanisław Kowalczuk /East News

Bezprecedensowe wystąpienie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, premier Beaty Szydło oraz marszałków Sejmu i Senatu miało ostatecznie zażegnać utrzymujący się od piątku kryzys parlamentarny i uspokoić narastające wokół niego społeczne nastroje. Propozycja wyjścia z impasu istotnie padła, ale może ostatecznie zostać odczytana przez adresatów zupełnie inaczej, niż chcieliby tego rządzący. - Prezes Kaczyński tak naprawdę wyciągnął dwie ręce. Jedna, symbolizująca zgodę, sugeruje, żeby uspokoić sytuację i zacząć rozmawiać o tym, jakie prawa powinna mieć opozycja. Druga to ta grożąca, odwołująca się do karnych sankcji, związanych z zachowaniem polityków PO i Nowoczesnej - ocenia w rozmowie z Interią prof. Ewa Marciniak, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Reklama

Z punktu widzenia reguł obowiązujących w komunikacji politycznej cel wspólnego wystąpienia prezesa PiS, premier Beaty Szydło i marszałków Sejmu oraz Senatu był oczywisty: należało zaprezentować Prawo i Sprawiedliwość jako partię koncyliacyjną i unikającą stwarzania sytuacji prowadzących do konfrontacji. Z tych powodów Jarosław Kaczyński - jak zresztą sam stwierdził - wyciągnął rękę do zgody i zadeklarował, że propozycje dotyczące umocnienia pozycji klubów opozycyjnych w parlamencie są nadal aktualne. Oczywiście pod pewnymi warunkami, czyli o tyle, o ile sytuacja ulegnie uspokojeniu. Gdyby propozycja w tym się zamykała, można byłoby mówić o pewnej płaszczyźnie kompromisu, ale miała ona swój ciąg dalszy, już nie tak optymistyczny.

Karcący ton prezesa

- Gdyby postawić kropkę przy stwierdzeniu, że opozycja istotnie dostanie określone prawa w Sejmie, to rzeczywiście można by było utrzymać wizerunek Prawa i Sprawiedliwości jako partii konstruktywnej. Natomiast tej tezie przeczy kolejne zdanie wypowiedziane przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości - wskazuje prof. Ewa Marciniak. - Już w drugim zdaniu Jarosław Kaczyński wyraźnie zaznaczył, że posłowie opozycji podlegają prawu, czyli zasugerował wprost, że z ich działaniami mogą się liczyć pewne restrykcje. Można zatem mówić o dwóch wyciągniętych rękach - jednej do zgody, a drugiej karzącej - dodaje.

Reklama

Podobne postulaty sformułował wobec mediów, które - w jego ocenie - "powinny opisywać wydarzenia zgodnie z istniejącym stanem prawnym". "Informowanie obywateli o tym, że jakaś działalność, ma charakter przestępczy, to jest informowanie o bardzo ważnym aspekcie sprawy, a przecież media mają obowiązek obywateli informować i proszę o tym pamiętać" - podkreślił Kaczyński.

W ocenie prof. Marciniak retoryka zastosowana przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości nie przyniesie założonych efektów, a wręcz przeciwnie może okazać się ostatecznie przeciwskuteczna. - Jarosław Kaczyński zaznaczył, że Prawo i Sprawiedliwość działa niezwykle powściągliwie. Zatem jeśli to, z czym mamy obecnie do czynienia -  czyli otoczenie Sejmu policją i metalowymi barierami - jest powściągliwie, to powstaje pytanie, co powściągliwym nie jest - argumentuje.

Polityczne przeżywanie świąt i podzielony stół

- W jego wystąpieniu pojawiło się też sporo elementów przestrzegających opozycję - mającej w jego ocenie przekonanie, że jej prawo nie obowiązuje - przed konsekwencjami takich działań. W związku z tym myślę, że to wspólne wystąpienie nie uspokoi nastrojów i cel, który miał zostać osiągnięty, czyli spokojne święta Bożego Narodzenia, poświęcone na indywidualną refleksję, takimi w praktyce się nie okażą i będą przeżywane politycznie, w dodatku ze stołami podzielonymi na pół - punktuje ekspertka. 

W tym sensie środowa konferencja nie spełniła założeń, mimo że prezes Kaczyński starał się pokazać zarówno siebie, jak i całą partię jako konstruktywną. Znacznie lepiej w tej roli wypadła premier Beata Szydło. - Wystąpienie pani premier miało wzmocnić pozytywny wizerunek i odbiór Prawa i Sprawiedliwości jako partii, która nie tylko realizuje program i rozdaje 500 plus, ale też takiej, która w roku 2017 będzie koncentrować się na rozwoju gospodarczym, pozyskiwaniu pieniędzy, przedsiębiorczości, innowacyjności, itd. - punktuje nasza rozmówczyni.

Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko

Przekaz był prosty: kto nie identyfikuje się z polityką Prawa i Sprawiedliwości, ten nie jest rzecznikiem rozwoju gospodarczego w 2017 roku. - To był bardzo dobry zabieg PR-owy. Pani premier sprytnie zbudowała wizerunek Prawa i Sprawiedliwości jako partii konstruktywnej - dodaje prof. Marciniak.

Jednocześnie zaznacza, że w przypadku wystąpienia prezesa, cała komunikacja Prawa i Sprawiedliwości będzie eksponowała jedną rękę - tę wyciągniętą do zgody, bo jego ustami została sformułowana propozycja uszanowania rangi opozycyjnych sił w parlamencie. O tej karzącej siłą rzeczy będzie mówiło się mniej.

Prymat indywidualnych interesów

Szanse na szybkie rozwiązanie kryzysu raczej są nikłe i z pewnością zostanie on przeniesiony na kolejny rok, choćby dlatego, że prym wiedzie perspektywa indywidualnych interesów. - Zasadnicze pytanie brzmi: ile jeszcze trzeba dowodów i wydarzeń, żeby partie polityczne wspólnie pomyślały o Polsce? Póki co, niestety, myślą oddzielnie o swoich politycznych interesach i wydaje mi się, że ten marketingowy kapitał - zarówno opozycji, jak i Prawa i Sprawiedliwości - wydaje się być tutaj wiodącym - wskazuje prof. Marciniak.

W jej ocenie dużo racji miał lider ludowców, Władysław Kosiniak-Kamysz, który stwierdził, że "dla marketingowych celów PSL nie będzie podpalał Polski". - Kompromis w Polsce ma etykietę słabości, czyli ten, kto o niego walczy, jest słaby, a kto nawołuje do konfrontacji, jest silny. To ciąży na politykach. Kompromis w ich mniemaniu nie ma pozytywnych konotacji - dodaje ekspertka. 

Stracona szansa prezydenta Dudy i największy problem PiS-u

Scenariusz "Okrągłego Stołu" powtórzyć będzie ciężko, ale nie wszystko jeszcze stracone. W roli mediatora, w świetle nieudanych prób podjętych przez prezydenta Dudę, mogliby wystąpić członkowie ruchu Kukiz'15 albo wspomniani Ludowcy. - Osobiście miałam nadzieję, że w takiej roli sprawdzi się prezydent. Byłaby to dla niego wielka szansa, mógłby pokazać swoje polityczne działanie jako głowy państwa. Niestety, po jego wystąpieniach widać, że to się nie ziści. W związku z tym mamy jeszcze dwie partie - Kukiz’15 i PSL, które mogą się podjąć mediacji, czy chociaż próby odnalezienia wspólnego mianownika, którym jest spokój społeczny - mówi prof. Marciniak. - Moim zdaniem partia rządzą musi sobie zdawać sprawę z tego, że eskalowanie nastrojów społecznych szkodzi wszystkim, także jej. Problem polega na tym, że Prawo i Sprawiedliwość nie widzi siebie jako partii podgrzewającej nastroje, tylko partii konstruktywnej - dodaje. 

W szerszej perspektywie wyjście poza interesy własnej partii nakazuje także sytuacja zewnętrzna. - Prawo i Sprawiedliwość powinno zastanowić się również nad tym, jaki sygnał w związku z sytuacją w Polsce jest wysłany światu i jak opiniotwórcze, zagraniczne media oceniają ten konflikt. Nie można abstrahować od tego, że eskalacja nastrojów społecznych w Polsce odbija się na tym, jak o nas piszą i myślą w Europie oraz na świecie, co w rezultacie przyczynia się do spadku zaufania do państwa, na przykład inwestorów zagranicznych - podkreśla prof. Marciniak. - Moim zdaniem 2017 rok będzie rozstrzygający i okaże się, czy przyciągniemy inwestorów do tak skłóconego państwa, czy będziemy ich odstraszać. To jest pytanie, na które Prawo i Sprawiedliwość musi sobie odpowiedzieć - puentuje nasza rozmówczyni.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje