Magia czyni cuda, czyli jak duchy zawędrowały do Belwederu

Fascynacja zjawiskami nadprzyrodzonymi, jaka wybuchła w międzywojennej Polsce, nie miała nic wspólnego z przelotnym romansem. To była miłość na zabój. Intrygujący świat wirujących stolików, spirytystycznych seansów, tajemniczych mediów i przepowiedni jasnowidzów przyciągał niczym magnes nie tylko pospólstwo, ale i najbardziej światłe umysły, z wielkim wodzem, marszałkiem Józefem Piłsudskim na czele. Obojętni nie pozostawali nawet księża, którzy często tylko oficjalnie miłośników metapsychiki odsyłali na dno piekła. Magia zawładnęła umysłami wszystkich i nigdy nie była tak barwna jak w odrodzonej Polsce.


Reklama

Wyszarpana i  okupiona krwią wolność skutecznie zdusiła zakazy obowiązujące w różnych dziedzinach życia i dała upust mocno skrywanym dotąd  zamiłowaniom i zainteresowaniom. W wielkiej fascynacji  magią, którą w pełnej krasie odkryło  i spopularyzowało dwudziestolecie międzywojenne, nie ma  żadnego przypadku. 

Odpowiedni społeczno-polityczny klimat podsycał tylko ciekawość tym, co kryło się pod pojęciem zjawisk paranormalnych.  Chętnych do obcowania z duchami przybywało w błyskawicznym tempie.

Kiedyś norma, dziś skandal

Posiąść wiedzę tajemną pragnęli wszyscy , począwszy od sfer najniższych, na śmietance towarzyskiej i  ludziach z politycznego świecznika skończywszy. Flirt z magią w wykonaniu marszałka Piłsudskiego, prezydenta Ignacego Mościckiego czy ministra spraw zagranicznych Józefa Becka nikogo  z ówczesnych nie szokował.  Dziś ocierałoby się to o skandal, wtedy mieściło się w normie.

- W  dwudziestoleciu wojennym każde powołanie nowego gabinetu, a było ich naprawdę wiele, bo czasem w ciągu roku mieliśmy nawet dwie lub trzy zmiany, powodowało wysyp w prasie horoskopów i przewidywań, jak ten rząd sobie poradzi, i wszyscy to czytali. Nikt się nawet nie obruszał. Mało tego, pod koniec roku zawsze pojawiały się horoskopy dla marszałka Piłsudskiego i prezydenta Mościckiego, i oni także nie widzieli w tym nic zdrożnego.  Gdyby dzisiaj któraś gazeta wydrukowała horoskop na przyszły rok dla premiera czy prezydenta, to zaraz byłoby wielkie oburzenie, że jest to drwina z majestatu urzędu - wyjaśnia w rozmowie z Interią Przemysław Semczuk, dziennikarz i publicysta, autor książki "Magiczne dwudziestolecie".

- Niedawno komisarz Elżbieta Bieńkowska przyznała w którymś z wywiadów, że chodzi do numerologa i po tym wyznaniu przetoczyła się fala krytyki skierowana pod jej adresem. Kiedyś na to reagowano zupełnie inaczej.  Sam Piłsudski w młodości miał nawet  taki przypadek, że podeszła do niego cyganka i zapytała, czy może mu powróżyć. On się zgodził, więc przepowiedziała mu: "carem budiesz", nie wzięła pieniędzy i uciekła. Marszałek to wielokrotnie przypominał -  niejednokrotnie na poważnie  - i podkreślał, że mu  się to wszystko sprawdziło - dodaje Semczuk.

Pod dyktando zabobonu

Zainteresowanie dziedzinami magicznymi było powszechne, ale nie przejawiało się w taki sam sposób.  Decydowało społeczne pochodzenie, poziom intelektualny i zasobność portfela. Podczas gdy ludzie dobrze urodzeni,  majętni  i wykształceni łączyli siły, zakładali stowarzyszenia i często z wyjątkową starannością dbali o naukową otoczkę,  pospólstwo korzystało z dobrodziejstw oferowanych przez wróżki, przepowiadaczy przeszłości, telepatów i fakirów. Ci najczęściej ukrywali się pod egzotycznie brzmiącymi pseudonimami.

- W  prasie było mnóstwo ogłoszeń, że za złotówkę można uzyskać poradę. Gazetowi wróżbici świadczyli usługi korespondencyjnie. Wystarczyło przesłać im tę złotówkę w znaczkach pocztowych, zatem i tak przyjmowali opłatę  - tłumaczy Przemysław Semczuk.

Skala zjawiska przerastała najśmielsze oczekiwania. - Ja to porównuję w ten sposób, że gdybyśmy dzisiaj zebrali wszystkich tych jasnowidzów, którzy funkcjonują w Polsce, to byłoby ich tyle, ile w ówczesnej  Warszawie. Różnica jest ogromna - wyjaśnia autor "Magicznego dwudziestolecia".

Siła oddziaływania zabobonu była równie imponująca. Wdzierała się do każdej sfery działalności ludzkiej i miała wpływ zarówno na czynności życia codziennego,  jak i zawodowego. Swędzenie , dzwonienie i  bóle odczuwane w różnych częściach ciała  - odpowiednie znaczenie i wymowę mogło mieć dosłownie wszystko. Równie okazała była lista zakazów  - od ryzykownego kichania w progu, po obdarowywanie innych kaktusami czy nożami, które miały być rzekomo nośnikiem zła. 

Cienka czerwona linia

Swoistym rejestrem wierzeń odznaczała się niemal każda grupa zawodowa.  Krawcy odżegnywali się od szycia na kliencie i prucia w poniedziałek rano, handlarze nowy sklep otwierali w środę lub w sobotę, a jajka i mleko sprzedawali tylko do zachodu słońca.

Największą fantazją w tej dziedzinie  - jak dowodzi  Przemysław Semczuk -  wykazywali się jednak przestępcy. Uschnięta trupia ręka lub palec wykorzystywany przez włamywaczy do pukania w drzwi i wprawiania w odrętwienie domowników, czy wiara w to, że zjedzenie serca dziecka  pozwalało stawać się niewidzialnym - wszystko to mogło wywoływać u  innych prawdziwe przerażenie.  Podobnie jak skrywane przez szulerów serce nietoperza, stanowiące swojego rodzaju amulet pomagający w oszustwie. Magia czyniła "cuda"  także  w walce z chorobami, które z mniejszym z lub większym powodzeniem "zagważdżano",  "przeszczepiano" na rośliny i zwierzęta , "odpisywano" czy "zamawiano".

Do przekroczenia cienkiej czerwonej linii było bardzo blisko, bo stosowane praktyki niejednokrotnie ocierały się o siły nieczyste i nie kończyły bynajmniej na rzucaniu uroków. Jak opisuje Semczuk, w 1934 roku na cmentarzu Rakowickim w Krakowie,  na miejscu pochówku pilota Burnagla, odkryto tekturową trumienkę, w której ukryta była wykonana z parafiny figurka kobiety obowiązana sznurkiem i przebita 13 szpilkami.  Werdykt był jednogłośny. Okrzyknięto, że sprawczyni niecnego procederu  mogła się posunąć do najgorszego z zabójstwem włącznie.

Uwierzyć trudno. Zaprzeczyć nie sposób...

Atmosfera strachu i tajemniczości  tylko  dodawała smaku, zwiększała ciekawość i napędzała klientelę często  - nie ukrywajmy tego - szemranym "ekspertom" w dziedzinie wiedzy tajemnej. A ci z nieskrywaną radością wróżyli z czego się tylko dało: ręki, tarota czy herbacianych fusów. I mimo, że było w tym więcej czczego gadania niż prawdziwych wizji przyszłości, to raczej nikomu to nie przeszkadzało.  Z podobnych usług można było skorzystać w każdym mieście, bo żaden ośrodek nie chciał pozostawać w tyle. 

Barwne występy hipnotyzerów, jasnowidzów  czy astrologów stanowiły doskonałą rozrywkę.  Ale nie brakowało  też takich, którzy do metapsychiki  podchodzili bardzo poważnie.  Na mniej lub bardziej udanych  seansach spirytystycznych z udziałem mediów często zbierali się arystokraci,  wojskowi, artyści i profesorowie. Wszystko przebiegało w odpowiedniej atmosferze  i z zachowaniem  procedur, które pozwalały wykluczyć  oszustwo. Na koniec sporządzano nawet stosowny protokół, pod którym swoje podpisy składali nawet Ci najznamienitsi.  Uwierzyć trudno, ale i zaprzeczyć nie sposób.

- Ja nie mam podstaw do podważania czegoś takiego, bo jeżeli  czytałem takie protokoły z seansów, głównie z Frankiem Kluskim , które  zachowały się dość dobrze dzięki książce Norberta Okołowicza  i rzeczywiście  podpisywały się pod tym dość znamienite postacie, to biorąc pod uwagę, że dzisiaj zupełnie inaczej podchodzimy do kwestii honoru i tego, że jeżeli  taka osoba twierdziła, że była świadkiem  danego wydarzenia i  podpisywała taki protokół, to samo podważenie, że tak nie było, byłoby w tym momencie głupotą.  Już z tego powodu muszę przyjąć, że zjawiska, które oni opisują , były prawdziwe - wyjaśnia Semczuk. 

Jak ujarzmić to, co nieuchwytne

Teoretyczne rozważania, badania i eksperymenty z  osobami, które jak twierdzono  i  zresztą skutecznie dowodzono,  były obdarzone zdolnościami mediumicznymi  - w kierunku  podniesienia  rangi metapsychiki czyniono bardzo wiele.  Na spotkaniach  specjalnie powoływanych w tym celu towarzystw, które skądinąd cieszyły się ogromną popularnością,  przeprowadzano seanse z  jasnowidzami, o których  głośno było w całej Drugiej Rzeczpospolitej - ze Stefanem Ossowieckim, Sabirą Churamowicz  czy  Jadwigą Domańską na czele.

Za wszelką cenę, ale i z wyjątkową starannością, drogą mniej lub bardziej naukowych metod, starano się dowieść, że za wymykające się zdroworozsądkowym normom  zjawiska  odpowiadają tak naprawdę "nadnormalne zdolności organizmu ludzkiego". Nie chciano się przy tym jednak narażać  na śmieszność, dlatego niejednokrotnie przy okazji spotkań  z duchami demaskowano różnej maści oszustów , których niecne sztuczki  automatycznie wykluczały ich poza grono wtajemniczanych w seanse.

Zasiane magiczne ziarno przynosiło ogromne plony. W pewnym momencie rozrywka , jakiej dostarczała "duchomancja", zaczęła się przeradzać w coś więcej  i mimo wielu wątpliwości zainteresowanie tym, czego  tak naprawdę wytłumaczyć i zamknąć w definicjach się nie da, zaczęło brać górę.  A wiara w to, co niepojęte, niepostrzeżenie się umacniała.  Świadkiem tego jesteśmy  zresztą także i dzisiaj.

- Dopóki coś jest tajemnicze, nieodkryte  i nie potrafimy tego wyjaśnić, tak jak oni starali się to robić w sposób naukowy, to zainteresowanie narasta. Tak było, jest i będzie. Najzabawniejsze  jest to, że  w dwudziestoleciu padały takie stwierdzenia  z ust niektórych, że właściwie za 10 lat, wszystko udowodnimy, będzie to jasne, proste i wytłumaczalne. I proszę bardzo. Minęło  prawie 100 lat i niczego nie wyjaśniliśmy. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej wszystko jest zagadkowe, bo mniej się tym wszyscy zajmują - wyjaśnia Semczuk.

"Wariat" w laboratorium i balans nad przepaścią

Kiedyś za nadmierne zainteresowanie i metapsychiczne wtajemniczenie można było zapłacić bardzo wysoką cenę, ze społecznym wykluczeniem włącznie. Dla naukowca romans z magią  łączył się z balansowaniem nad przepaścią. Fascynacja nierzadko zmieniała się w przekleństwo i kończyła zwichnięciem kariery.

- Nie oszukujmy się, jakby dziś ktoś powiedział, że zakłada stowarzyszenie metapsychiczne  i zadeklarował, że będą przeprowadzane doświadczenia, to żaden szanowany uniwersytecki profesor biologii czy fizyki  nie będzie chciał w tym otwarcie uczestniczyć, bo zostanie uznany za wariata - podkreśla pisarz.  - Wtedy  również można było się spotkać z takim ostracyzmem środowiska naukowego.  W książce przytoczyłem zresztą dobrze ilustrującą to anegdotę krakowską. Kiedyś Breyer spotkał swojego kolegę, doktora z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który go pytał o kulisy spotkań towarzystwa metapsychicznego. Zaproponował zatem, żeby po prostu do nich kiedyś wpadł. W odpowiedzi usłyszał: Nie, mam jeszcze profesurę przed sobą. Nie wypada - wyjaśnia.

Malarstwo transowe w salonach biskupa

Podobną, pełną niejednoznaczności  linię obrony przed wszędobylskimi "- izmami", z okultyzmem i spirytyzmem na czele, przyjął Kościół. Co prawda, większość księży, jak zresztą łatwo się domyślić, grzmiała z ambon i wskazywała na ewidentny związek wszelkich zjawisk nadprzyrodzonych -  z  ich sympatykami i badaczami włącznie -   z szatanem. Ale nawet w tym środowisku nie zabrakło tych, którzy nie kryli wyraźnego zainteresowania światem magicznym. Jego wyraźna negacja przyjmowała często tylko oficjalny charakter. Dowody na to mówią same za siebie.

- Jedną  z wystaw malarstwa transowego, na której prezentowane były obrazy Mariana Grużewskiego, zorganizowano w salonach biskupa w Warszawie.  Ciekawostka...  To jak to jest, że z jednej strony całkowicie się odżegnujemy od tego, twierdzimy, że jest to złe i niebezpieczne, a drugiej strony nagle biskup organizuje wernisaż - argumentuje Semczuk. - W Wilnie w jednym z towarzystw metapsychicznych jednym z członków był ksiądz, podobnie jak w Krakowie i we Lwowie. Kapłani również zajmowali się tą dziedziną - dodaje.

Jak Piłsudski z najsłynniejszym jasnowidzem eksperymentował

Fascynacji ulegali wszyscy, nawet ci, których  o takie skłonności nigdy byśmy nie podejrzewali.  Poeta tworzący wraz z innymi uczestnikami seansu zamknięty krąg  i wirujący w takt obrotów poderwanego od ziemi stolika  nie kole w oczy tak bardzo.  Artystom, z racji częstego "zwichrowania umysłu", wybaczało się niejedno  "zboczenie". Ale tak mocno stąpający po ziemi człowiek, jakim wydawał się być marszałek Piłsudski, który nagle zaczął łączyć się telepatycznie z jasnowidzącym Stefanem Ossowieckim...

Taki obrazek mógł niektórych zdumiewać. I pewnie zaskakiwał, ale gromów z tego powodu  w kierunku Komendanta nie ciskano. Wręcz przeciwnie. Bardzo interesowano się i tym hobby wodza, bo duchy szybko zawędrowały do Belwederu podobnie, jak na warszawskie, krakowskie i lwowskie salony. Od razu było też wiadomo, kto był ich królem. Ze świecą szukać w Drugiej Rzeczpospolitej tego, kto by nie znał inżyniera Stefana Ossowieckiego.

"Niekwestionowany fenomen z Warszawy", jak zwykło się go określać, szybko podbił serca arystokratów, naukowców, dziennikarzy i płci pięknej, rzecz jasna. Czemu zresztą trudno się dziwić.  Nie tylko chciał, ale i ze szczególną starannością dbał o to, żeby było o nim głośno.  Lista zasług najsłynniejszego polskiego jasnowidza była wyjątkowo okazała. Zasłynął odgadywaniem zawartości zapieczętowanych kopert i odtwarzaniem rysunków. Powodzeniem zakończyła się między innymi próba przeprowadzona  z udziałem Józefa Piłsudskiego. 

Równie często  wyjątkowy dar Ossowieckiego  był wykorzystywany do poszukiwania osób zaginionych.  Rozwikłał on między innymi zagadkę związaną z  14-letnią Żydówką z Polesia. Początkowo  zakładano, że nastolatka  zaginęła, ale jasnowidz  skierował  śledczych na zupełnie inny ślad w sprawie i wskazał, gdzie zabójca ukrył poćwiartowane  zwłoki. Równie celnie udało mu się też ustalić, że poszukiwany Zdzisław Husarski, inżynier z Warszawy, targnął się na swoje życie. Miał też swój udział w bodaj najsłynniejszym procesie Drugiej Rzeczpospolitej, w którym  oskarżoną była Rita Gorgonowa. Trafnie opisał przebieg zbrodni w Brzuchowicach i dowiódł, że mordercą jest mężczyzna.  Do legendy przeszedł także wkład Ossowieckiego w poszukiwania załogi balonu  "LOPP" czy samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT, który zniknął z radarów podczas lotu nad Bułgarią, gdzie szalała burza. 

Zniewalająca rywalka na horyzoncie

Przykładami na niezwykłe zdolności inżyniera można  sypać jak z rękawa. Przemysław Semczuk dowodzi jednak, że był ktoś, kto mógł z nim śmiało konkurować, bo przewyższał go umiejętnościami. To Sabira Churamowicz.

- Dla wszystkich tych, którzy mówią coś na temat dwudziestolecia, numerem jeden jest Stefan Ossowiecki. Ja miałem trochę takie wrażenie, czytając te różne opisy i przytaczając doświadczenia z zaginionym samolotem i z aronautami z zaginionego balonu, że było to trochę na wyrost. On był, posługując się dzisiejszym językiem, celebrytą. Właściwie to,  co robił, opierało się głównie na rozrywce.  Był człowiekiem salonów, traktowanym na równi i to wszystko było zabawą.  Zresztą sam przyznawał, że Sabira Churamowicz ma ogromne uzdolnienia,  tylko ona traktowała  ten dar  zarobkowo.  Mimo  swoich kniaźowskich korzeni , należała tak naprawdę do plebsu, bo zbiedniała. Zdolności, jakie posiadała, gwarantowały jej utrzymanie, dlatego  nie miała już takiej pozycji społecznej, jaką cieszył się Ossowieckii - wyjaśnia Przemysław Semczuk.

Istniały jednak dowody na to, że była od niego lepsza. - Gdy Churamowicz uczestniczyła w sesji, to potrafiła rzędem wykonać kilkanaście doświadczeń,  a Ossowiecki, jeżeli były trudne, to jedno, normalne  - dwa, no może trzy, a potem mówił, że jest zmęczony. Nawet sam był pod wpływem ogromnych możliwości  Sabiry. Myślę, że ona jest dużo ciekawszą postacią od Ossowieckiego - podkreśla Semczuk.

Na tropie wielkiego oszustwa

Personą , która zasługuje na szczególną uwagę jest także Rafał Schermann, psychografolog posiadający niebywałą zdolność ustalania  cech charakteru osoby na podstawie skreślonych przez nią liter. Był nie tylko fenomenalnym jasnowidzem, ale i - jak wskazuje pisarz -  kimś w rodzaju Sherlocka Holmesa, który wpadał na trop oszustwa, ale co więcej demaskował  jego sprawcę i wszelkie sztuczki, do jakich się posunął.  Brawurowe sukcesy  niezwykłego detektywa, który na co dzień pracował jako urzędnik, były łakomym kąskiem dla prasy . Ta rozpisywała się o nim z nieudawaną fascynacją . Artykuły publikował "New York Times" czy "The World Magazine". Schermann otrzymywał też setki listów, które zawierały prośby o pomoc w rozwikłaniu spraw majątkowych czy kryminalnych. Swoje doświadczenia sprytnie wykorzystał  i opublikował kilka powieści kryminalnych.

Nietuzinkowym bohaterem, na którego szczególną uwagę zwraca Przemysław Semczuk jest też Prosper Szmurło, prezes Towarzystwa Psycho-Fizycznego , który zwykł do zdjęć pozować z profilu.  - Należy do grona tych osób, które same nie były mediami, ale wnieśli wiele do tej dziedziny. On - co prawda -  zajmował się telepatią, zatem jakieś doświadczenia robił. Postać wyjątkowa i nietuzinkowa, która praktycznie zniknęła po wojnie  i nie wiadomo, co się z nią stało - wyjaśnia pisarz.

Największy popularyzator metapsychiki

Na liście szczególnie zasłużonych w dziedzinie widnieje też nazwisko Ludwika Szczepańskiego, który dla spopularyzowania metapsychiki w dwudziestoleciu międzywojennym zrobił  bodaj najwięcej.

- To właśnie  za jego sprawą możemy to wszystko odtworzyć.  Dzięki zainteresowaniu magią przekonał  Mariana Dąbrowskiego do powołania do życia specjalnego dodatku. Ja się zresztą strasznie z tego śmieję, jak sobie to przypominam. Marian Dąbrowski był posłem na Sejm  i wydawcą , właścicielem gazety ogólnopolskiej. Jakby dziś  poseł miał gazetę, to byśmy  wrzeszczeli: mój Boże, jaki rząd ma wpływ na kształtowanie opinii, to jest niedopuszczalne. A Dąbrowski miał. Szczepański go do swojego pomysłu  przekonał i zaczęli wydawać ogólnopolski dodatek. Dzięki niemu mamy praktycznie  całą mapę metapsychicznego dwudziestolecia.  Tam jest mnóstwo takich dziwnych tematów,  dotyczących zresztą nie tylko Polski, a związanych z UFO, medytacjami, joginami, sztukami z liną. To wszystko dość egzotycznie wyglądało i przy cenie 50 groszy, każdy mógł sobie pozwolić, żeby taką gazetę kupić. "Przegląd Metapsychiczny" czy inne tego typu miesięczniki były dość drogie i trudno dostępne - podkreśla Semczuk.

Pokraczna rzeczywistość. Gdzie ułani z tamtych lat?

Barwna spuścizna dwudziestolecia międzywojennego w jakimś stopniu przetrwała, ale nigdy nie była już tak barwna jak wówczas. Przyczyniła się do tego na pewno historia - najpierw wojenna zawierucha, która zbierała zabójcze  żniwo, a potem cezura PRL-u, która skutecznie tłamsiła i dławiła wszelkie wyższe przejawy intelektualnych zdolności człowieka.  W XXI wieku wykonujemy loty w Kosmos, ale nadal nie udało nam się zbadać, co tak naprawdę kryje się pod rozmaitymi zdolnościami paranormalnymi.  Próby na co dzień wciąż podejmujemy, ale charakteryzuje je wysoki poziom pokraczności i kuglarstwa.

- Mamy dziś ezotv i wróżbitę Macieja, ale ja się nie  boję powiedzieć, że to jest hochsztaplerstwo, bo jeżeli  pójdzie się do  kogoś, kto się tym zajmuje i mówi, że trzeba własnoręcznie przełożyć te karty itd. Jeżeli przyjąć, że tarot rzeczywiście działa, to jest to subtelna sztuka znajdywania treści pomiędzy znaczkami, które nie będą dla mnie nic znaczyły. A jeżeli osoba jest uwrażliwiona, to potrafi z kombinacji kart odczytać treść, której nie widać. Ja mogę sobie kupić książkę o tarocie, nauczyć się, co która karta znaczy, a i tak nie będę w stanie na tej podstawie nic powiedzieć. Najłatwiej odniósłbym to do psychografologii, bo to nie jest czysto naukowa grafologia sądowa , gdzie się porównuje literki i stwierdza,  czy dany podpis złożyła konkretna osoba. Czytałem opisy osobowości sporządzone na podstawie rękopisu przez obecnych psychografologów i to jest niesamowite. Jak się to czyta, można powiedzieć dosłownie w którymś momencie: wow, magia. Skąd ten ktoś wyciąga takie wnioski? To jest strasznie trudne. Ktoś ma dar i potrafi coś takiego zrobić. A to całe ezotv to jest po prostu kupa śmiechu - podsumowuje Semczuk.

Zażenowania poziomem nie kryją zresztą sami najbardziej wtajemniczeni w sztukę . - Rozmawiałem kiedyś z jednym z czołowych polskich jasnowidzów i on stwierdził, że czuję się wręcz zawstydzony, jak pójdzie na targi ezoteryczne , kuglarstwem i jarmarcznością tego, co tam  się prezentuje, bo to jest po prostu śmieszne.  Ta rozmowa miała miejsce jeszcze zanim zacząłem pisać książkę i usłyszałem z jego ust, że w swoim życiu widział tylko jednego jasnowidza. To była Sabira Churamowicz.  Potem, jak zbierałem materiały, trafiłem na postać Sabiry i pomyślałem, że przecież on mówił właśnie o  niej. Drążyłem temat i zapytałem: no tak, a pan? Na co on odpowiedział, że jest nikim  w porównaniu z nią, bo cóż on może. A jest postacią, która jest poważana w tym środowisku na dzień dzisiejszy - konkluduje Semczuk.

Druga Rzeczpospolita dzięki magii tętniła jeszcze większym blaskiem niż mogło nam się pozornie wydawać. Wiedzieliśmy, że było ciekawie, ale nie aż tak... Nasz wróżbita Maciej czy jasnowidz z Człuchowa nie mają wdzięku Ossowieckiego czy aury, jaką otaczała Churamowicz. Bezgraniczną ciekawość ocierającą się o wiarę zastąpiło tanie show. Bo nasza fantazja przestała być już tak ułańska. A szkoda...

Wierzysz we wróżby? Wypowiedz się!

-----

Źródło:

Semczuk Przemysław, "Magiczne dwudziestolecie".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje