Pięć scenariuszy dla Unii Europejskiej. Szanse i zagrożenia

Jean-Claude Juncker /East News

Szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker zapowiada nowy rozdział w historii Wspólnoty i nakreśla wizje zjednoczenia 27 państw Unii Europejskiej, zamykające się w pięciu możliwych scenariuszach. W grę wchodzi zarówno osłabienie integracji i zdecydowane ograniczenie jej praktycznie do wspólnego rynku, poprzez kontynuację obecnej linii, czy pójście w kierunku Europy różnych prędkości, aż po "naciśnięcie pedału gazu", czyli federalizację. O mocnych i słabych stronach poszczególnych rozwiązań rozmawiamy z dr. Przemysławem Biskupem, ekspertem z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

Reklama

Dynamicznie zmieniająca się rzeczywistość i rychłe wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej przyspieszyło trudną, ale konieczną debatę o dalszej przyszłości Wspólnoty. Jeśli państwa członkowskie z ogniowej próby chcą wyjść zwycięsko, muszą stawić czoła przeciwnościom i na nowo zdefiniować swoje zadania, role i misje. Szef Komisji Europejskiej stawia na aktywność i w swojej "Białej Księdze" wskazuje na pięć możliwych dróg wyjścia z impasu. Punktem wyjścia jego planu jest przekonanie, że Unia Europejska dwudziestu siedmiu państw się nie rozpadnie i do tej optymistycznej wizji dostosowuje opcjonalne kierunki podejmowanych działań.

"Biała księga". Cały dokument. Kliknij

Kontynuacja

Pierwszy scenariusz bazuje na zachowaniu obecnego status quo i współpracy opierającej się na wypracowanych dotąd zasadach. Główne działania skupiałyby się zatem na wdrażaniu reform, wzmacnianiu wspólnego rynku, kontynuacji walki z terroryzmem i ochronie granic. 

Reklama

Walorem tak rozumianej koncepcji jest zapewne ocalenie i rozwijanie dotychczasowego dziedzictwa, ale przy jednoczesnym podtrzymaniu stanu permanentnego napięcia związanego z rozwiązywaniem sporów wynikających z rozbieżnych interesów poszczególnych państw. Przeszkodą w jej uskutecznianiu może okazać się sposób podejścia do idei wiecznie zacieśniającej się współpracy zapisanej w preambule do Traktów Rzymskich z 1957 roku. - Istotą starej koncepcji jest przede wszystkim uznanie, że stale się rozszerzamy, a na to fundamentalnej zgody w tej chwili nie ma. Co więcej sprzeciw jest formułowany co najmniej przez kilka państw członkowskich, a ze strony Brytyjczyków doprowadzony do pełnej konsekwencji, czyli chęci wystąpienia ze Wspólnoty - wyjaśnia dr Przemysław Biskup, ekspert z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

Konflikt interesów

Paradoks i złożoność całej sytuacji polega na tym, że o ile wypracowany został konsensus co do tego, że wiele w dotychczasowej formule współpracy powinno się zmienić, to nie ma zgody w kwestii zasad i warunków, na jakich proces ten powinien się odbywać. Wizje prezentowane przez co najmniej trzy grupy państw w wielu punktach wręcz się wykluczają. - Polska i reszta krajów Grupy Wyszehradzkiej uważają, że trzeba wrócić do idei "Europy ojczyzn" Charlesa de Gaulle'a. Z kolei grupa polityków z takich państw jak Włochy, Hiszpania, Francja czy Belgia mówi o potrzebie pogłębiania integracji. W duchu federalistycznym wypowiada się między innymi Guy Verhofstadt, który zwraca uwagę, że Europy jest za mało, dlatego stosowane są półśrodki, co powoduje, że czas reakcji jest bardzo długi. Jego zdaniem taka taktyka z założenia nie może przynieść zadowalających wyników i jest w tym jakaś racja - argumentuje nasz rozmówca.

- Francja, Włochy i Hiszpania w wizji pogłębiania współpracy chciałyby jeszcze ująć obowiązkowe transfery w ramach strefy euro obejmującej harmonizację systemów podatkowych oraz opieki społecznej. Państwa, które prosperują na wspólnym rynku lepiej - zgodnie z zasadą wspólnej odpowiedzialności za dług emitowany w całej strefie - zwracałyby pieniądze w formie dotacji tym, którzy radzą sobie gorzej, ale za to udostępniają swój rynek wewnętrzny. Oczywiście mamy też jakieś koncepcje i kombinacje pośrednie - dodaje.

Układ handlowy

Wariant zaprezentowany przez szefa Komisji Europejskiej jako drugi zakłada wyraźne rozluźnienie integracji i ograniczenie współpracy praktycznie do wspólnego rynku. Warunkiem koniecznym jego funkcjonowania byłoby przestrzeganie zasad rządów prawa i niezawisłości sadów. W praktyce oznaczałoby to jednak odejście od kształtowania wspólnych polityk w dziedzinie migracji, bezpieczeństwa czy obrony i powrotu do koncepcji przekazania większych kompetencji władzom krajowym.

W ocenie doktora Przemysława Biskupa taka koncepcja nie jest niemożliwa, choć w praktyce byłaby krokiem wstecz.  - Myślę, że mimo wszystko możemy sobie wyobrażać powrót do układu czysto handlowego i miałoby to pewien sens, ale jednocześnie oznaczałoby pewien regres, nie tylko w rozumieniu ideologicznym czy wartościującym, ale także czysto pragmatycznym. Istotą wspólnego rynku jest swobodny przepływ towarów i kapitału, natomiast Unia Europejska miała być projektem politycznym i obywatelskim. Dobrym przykładem jest spór toczący się o Polaków pracujących na Wyspach Brytyjskich, który dotyczy między innymi tych kwestii - wyjaśnia.  - Proszę zwrócić uwagę, że ta część planu Junkcera może być o tyle prawdopodobna, że Brytyjczycy jeszcze przed unijnym referendum wywalczyli sobie pewne przywileje, czyli raz na tego typu działania została wyrażona pewna zgoda. Co prawda nie została ona skonsumowana, bo Brytyjczycy zamiast zostać w Unii, po referendum  z niej wychodzą, ale jak raz coś się udało wynegocjować, to bardzo możliwe, że uda się to zrobić po raz kolejny - precyzuje.

Dopytywany o ryzyko zaprzepaszczenia rozwiązań wypracowanych w innych dziedzinach wskazuje na możliwość ich kontynuacji, nawet przy założeniu ograniczenia formatu współpracy stricte do więzi handlowej. - Unia Europejska odgrywa istotną rolę w bezpieczeństwie wewnętrznym, której fundamentem jest układ z Schengen. Jestem jednak sobie w stanie wyobrazić, że system wymiany informacji jest możliwy do zachowania w ramach wspólnego rynku. Oczywiście nie jako jego istota, ale jako pewien dodatek. Natomiast trudno jest mówić o tym, że Wspólnota Europejska ma znaczący wpływ na politykę obronną. To jest raczej pewnego rodzaju nadużycie - argumentuje.

Komisja Europejska wskazuje jednak na inne zagrożenia związane z tą koncepcją, m.in możliwość do ograniczenia regulacji na szczeblu unijnym oraz pojawienia się różnic dotyczących praw konsumentów, standardów socjalnych, środowiskowych oraz opodatkowania pomocy publicznej. Z polskiej perspektywy istnieje też ryzyko ograniczenia swobody przepływu pracowników i uznawania ich kwalifikacji.

Unia wielu prędkości

Opcja trzecia -  najbardziej realna w ocenie unijnych urzędników - zakłada powstanie tak zwanej "Unii wielu prędkości" i forsuje ideę dobrowolnego zacieśniania więzów. Zgodnie z jej założeniami państwa członkowie mogłyby rozwijać współpracę w dziedzinie polityki obronnej, bezpieczeństwa wewnętrznego, spraw gospodarczych czy socjalnych w ramach tak zwanej "koalicji chętnych". Te ostatnie nie mogłyby być jednak zamknięte na inne państwa, a wręcz przeciwnie - zachęcać do współdziałania.

Zdaniem dr Przemysława Biskupa tak zarysowana wizja w zasadzie żadną nowością nie jest. -  Jeśli chodzi o "Wspólnotę wielu prędkości", to tak naprawdę mamy z nią już do czynienia, w dodatku od dosyć dawna, czyli od momentu wprowadzenia strefy euro i uznania, że państwa członkowskie, podobnie jak państwa trzecie - mam tutaj na myśli Danię i Wielką Brytanię -  nie mają do niej obowiązku przystępować - tłumaczy.

Jednocześnie wskazuje na ryzyka i konsekwencje takiego rozwiązania. - W mojej ocenie Europa wielu prędkości jest nieuchronna, ale jednocześnie z wielu względów niebezpieczna, zwłaszcza dla Polski. W taką logikę wpisywały się już wcześniejsze rozwiązania, jak choćby układ z Schengen. Mieliśmy intensywną współpracę dotyczącą kontroli granicznej przede wszystkim pomiędzy Francją, Niemcami i krajami Beneluksu, ale traktat ten był zawarty poza układem ówczesnej Wspólnoty Europejskiej. Dopiero z czasem, na mocy Traktatu Amsterdamskiego, został włączony do Aktu Wspólnotowego. Różnica polegała na tym, że te państwa, które nie popierały Schengen i tak się w tej strefie znalazły, co więcej są związane prawem, w kształtowaniu którego nie miały żadnego udziału. Tego typu mechanizmy są dla Polski niebezpieczne. Z drugiej strony być może takie są realia i trzeba się pogodzić z tym, że nie żyjemy w idealnym świecie - zaznacza. 

Komisja Europejska zwraca uwagę, że naturalną wadą takiego rozwiązania byłoby także to, że obywatelom Wspólnoty przysługiwałyby różne prawa w zależności od tego, w którym kraju mieszkają. Rozwiązaniem mogłoby być zawarcie "koalicji woli". Zgodnie z zamysłem KE partycypujący w sojuszu uzyskaliby "dostęp do dodatkowych i coraz bardziej zbliżonych praw pracowniczych i ochrony socjalnej oraz miejsca zamieszkania".

Ważna nie ilość, a jakość

Scenariusz czwarty stawia nie na ilość, ale na jakość wspólnych inicjatyw, zgodnie z zasadą, że lepiej robić mniej, ale za to bardziej skutecznie. Zadaniem unijnych instytucji byłoby podejmowanie decyzji wyłącznie w kluczowych  obszarach, z bezpieczeństwem, energią, handlem, migracją, czy obronnością na czele. Zasadnicze pytanie dotyczy jednak tego, czy państwa członkowskie - biorąc pod uwagę różnorodność ich interesów -  są zdolne do wypracowania pewnej priorytetyzacji działań i gotowe na wypracowanie jakiegoś kompromisu?  - Założenie samo w sobie jest słuszne. Wiadomo, że tam, gdzie państwa dostrzegają jakiś wspólny interes, łatwiej rozwijają współpracę. Natomiast wątpliwości pojawiają się wówczas, gdy zastanowimy się nad tym, czym takie działania zakończą się w praktyce przy 27 państwach członkowskich, gdzie siłą rzeczy naturalnych pól konwergencji wcale nie ma tak dużo. Patrząc na to z tej perspektywy, warto ustalić,  czy to jest swojego rodzaju truizm, czy rzeczywista propozycja - podkreśla.

Zacieśniamy więzy, czyli kierunek federacja

Ostatni możliwy wariant ujęty w planie Junckera sprowadza się do naciśnięcia pedału gazu, czyli wzmocnienia integracji we wszystkich możliwych obszarach. W praktyce oznaczałoby to uskutecznienie idei federacji państw europejskich, a co za tym idzie zwiększenie kompetencji wspólnotowych instytucji, które w wielu kwestiach byłyby głównym decydentem. Wśród priorytetów wymieniana jest tutaj współpraca w dziedzinie bezpieczeństwa, obrony, wspólnego rynku, energii i kwestiach socjalnych.

W ocenie doktora Przemysława Biskupa taka koncepcja w praktyce nie ma szansy się obronić, a kluczowe znaczenie będą miały wyborcze rozdania, których już wkrótce staniemy się świadkami.  - Najbliższe dwa lata pokażą, co tak naprawdę się zmaterializuje. Oczywiście zakładając przede wszystkim, że Brytyjczycy naprawdę uruchomią wniosek rozwodowy. Po drugie bardzo dużo zależy także od tego, jakie będą wyniki wyborów we Francji, Holandii, Niemczech. Ewentualna wygrana albo bardzo dobry wynik odnotowany przez Marine Le Pen będzie bardzo dobitnym dowodem na to, że jest nieustający sprzeciw wobec tego typu modelu integracji - przekonuje. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy