Polityka otwartych drzwi początkiem końca Merkel?

Angela Merkel /AFP

Po dramatycznych zajściach, których areną stały się Monachium, Ansbach, Wurzburg i Reutlingen orężem wykorzystywanym przez oponentów Angeli Merkel okazała się teza utożsamiająca jej politykę migracyjną z "największym błędem w powojennej historii Niemiec". Niektórzy liczyli na wycofanie się ze strategii firmowanej hasłem "damy radę" i zamknięcie przed migrantami szeroko otwartych drzwi. Nagły zwrot jednak nie nastąpił, a Angela Merkel uparcie przy swej wizji trwa. Czy może to doprowadzić do końca jej przywództwa? - W mojej opinii nie, ale prawdą jest, że sytuacja przerosła możliwości wszystkich, nawet Niemców - ocenia w rozmowie z Interią dr Agnieszka Łada, analityk z Instytutu Spraw Publicznych.

Reklama

Kiedy rok temu Europę zaczęła zalewać fala migrantów z Bliskiego Wschodu, głównie Syrii i Iraku, a Angela Merkel -  wbrew presji niektórych partnerów z Unii Europejskiej i narastającego na Starym Kontynencie strachu, często balansującego na granicy nienawiści - zaapelowała o otwarcie przed przybyszami drzwi, nikt się nie spodziewał, że wydarzenia będą po sobie następować w tak morderczym tempie.  

Po zamachach we Francji i w Brukseli przyszedł czas na Niemcy. Monachium, Ansbach, Wurzburg i Reutlingen - w obliczu tak dramatycznej kumulacji  zajść pytanie nasuwa się niemal automatycznie: czy tak wytrawny strateg, za jakiego uchodzi kanclerz, dopuściła się zasadniczego, czy jak chcą go nazywać  jej najbardziej zaciekli oponenci "największego w powojennej historii Niemiec" błędu?

Długofalowy wymiar decyzji

Reklama

Doktor Agnieszka Łada studzi emocje i zwraca uwagę na ciążącą na ocenach krótkowzroczność oraz pominięcie wieloaspektowości problemu, którą uwzględniała w swoich rachubach Angela Merkel. - Kanclerz Niemiec jest  jednym z niewielu przywódców Unii Europejskiej, którzy w swoich działaniach biorą pod uwagę dobro Wspólnoty i uwzględniają szerszą, nie tylko krajową perspektywę - wyjaśnia.

Podobne globalne podejście zastosowała już wcześniej, choćby w czasach kryzysu gospodarczego.  - Dla Merkel długofalowy rozwój Europy jest kluczowy, dlatego doskonale zdaje sobie sprawę, że decyzje, które należy podjąć, nie mogą dotyczyć tylko "tu i teraz", tylko trzeba też patrzeć na to, co się dzieje globalnie, na kontynencie i na świecie. Właśnie tutaj należy doszukiwać się przyczyn wyboru jej strategii -  zaznacza analityk.

- W przypadku migrantów nie można mówić o otwarciu granic, bo nikt ich wcześniej nie zamykał. Postanowiono tylko, że nikt nie będzie tych ludzi odsyłał - precyzuje.

"Merkel rzadko pokazuje ludzką twarz"

Politykę otwartych drzwi, na którą postawiła kanclerz Niemiec, nasza rozmówczyni wiąże bezpośrednio  z  szeroko rozumianą  odpowiedzialnością przywódczyni - osobistą, wynikającą z przynależności do grona najważniejszych polityków Wspólnoty oraz za Europę i sytuację, w której się znalazła w związku z kryzysem migracyjnym.  Jednocześnie zaznacza, że  szybkość reakcji, jaką się wówczas wykazała, może zaskakiwać. - Angela Merkel  rzadko pokazuje emocje i nie działa pod wpływem chwili. Tragedia, której byliśmy świadkami rok temu, sprawiła, że decyzję podjęła bardzo szybko - argumentuje.

Humanitaryzm przykryty strachem

W obliczu spirali terroryzmu  argumentacja wyższa  wsparta na fundamentach humanitaryzmu zaczęła przegrywać ze strachem. Ostatnie badania opinii publicznej przeprowadzone w Niemczech na zamówienie telewizji publicznej ARD dowodzą, że  swoją ryzykowną strategią Angela Merkel ściągnęła na siebie falę krytykę i odnotowała jeden z najgorszych wyników od czasu swojego zwycięstwa wyborczego w 2013 roku. Przed szczytem kryzysu uchodźczego cieszyła się poparciem sięgającym aż 75 procent, dziś może liczyć jedynie na 47 procent, co jest symptomem zmiany  w  nastrojach  obywateli. Kluczowe pytanie dotyczy tego, czy można już  mówić o przeobrażeniach w świadomości Niemców?

Doktor Agnieszka Łada  zaleca ostrożność w diagnozach i dla równowagi przywołuje wyniki sondażu opublikowanego w niemieckim tygodniku "Stern". - Badanie pokazuje, że 69 procent ankietowanych nie wiąże bezpośrednio ostatnich napaści, do których przyznało się Państwo Islamskie, z falą przybyszów, jaka dotarła do Niemiec - wyjaśnia.  - Pamiętajmy też, że w dwóch przypadkach sprawcami ataków były osoby od lat mieszkające w Niemczech, a u 18-latka z Monachium  stwierdzono chorobę psychiczną. Można zatem pokusić się o wniosek, że zajścia były efektem niezintegrowania czy problemów osobistych i nie zostały spowodowane porażką,  jak chcą to nazywać niektórzy, działań z ostatniego roku  - zaznacza. 

Wymowne milczenie

o fali aktów terroru, do których doszło w niemieckich miasta, ze wzmożoną siłą odżyły opinie, że nastroje społeczne w Niemczech są wyciszane, a prawda  o zajściach w jakimś  stopniu zostaje okrojona, zwłaszcza w przekazie medialnym. To, co nas Polaków dziwi, jak choćby wyjątkowo długie milczenie Angeli Merkel po zdarzeniach w Monachium, dla Niemców okazuje  się jednak naturalne i zgodne z przyjętym zwyczajem.  - Taka reakcja wynika przede wszystkim z niemieckiej kultury politycznej, ale jest też bezpośrednio związana  z samą Angelą Merkel, która jest osobą bardzo stonowaną  i nigdy nie wypowiada się bez namysłu. Przez lata, a pamiętajmy, że Merkel jest kanclerzem bardzo długo, Niemcy się do tego przyzwyczaili - przekonuje doktor Łada.

 - Dla Niemców jest z kolei niezrozumiałe, że jeżeli coś złego dzieje się przykładowo we Francji, to prezydent od razu pojawia się na miejscu zdarzenia i organizuje konferencję prasową, zanim jeszcze przysłowiowy ogień zgaśnie, a dym się rozwieje -  tłumaczy. 

Dopytywana o sposób relacjonowana zdarzeń przez niemieckie media  zaznacza, że przekaz jest szczegółowy  i z reguły nie można mówić o hamowaniu czy zaprzeczaniu faktom. - Wręcz przeciwnie, w środkach masowego przekazu dominuje  niemiecka odpowiedzialność za słowa  i dbałość o to, żeby nie wprowadzać  odbiorcy w błąd i informować go jak najlepiej, bez potęgowania niepotrzebnego chaosu. Oczywiście nie zawsze wszystko wychodzi tak, jak trzeba i dlatego pojawia się autokrytyka oraz autorefleksja - wyjaśnia.  - Często też pada pytanie, jak przekazywać informacje w dobie mediów społecznościowych, gdy dane można czerpać choćby z Twittera czy Facebooka, co powoduje czasem, że dziennikarz w studiu ma większą wiedzę, niż reporter  prowadzący relację z miejsca zdarzenia - dodaje.

Kolonia rażącym wyjątkiem

Przypadek Kolonii i ataków na tle seksualnym, do których tam doszło, dowodzi, że problem należy rozpatrywać znacznie szerzej. Sporządzony  w sprawie raport ewidentnie wskazuje, że niemieckie służby błędów się dopuściły, a prawda o nich została przemilczana.  - Kolonia Niemców bardzo dużo nauczyła i od tego momentu zarówno służby jak i media starają się działać lepiej, bardziej skutecznie i rzetelnie. Przykładowo policja w Monachium  informowała świetnie, jest chwalona za szybkość, sprawność i wysoki poziom - tłumaczy ekspertka. 

Jednocześnie ostrzega przed generalizacją. -  Pamiętajmy, że nie można koncentrować się tylko na jednym przypadku. W wielu sytuacjach, gdy uchodźcy napływali i pojawiały się problemy logistyczne,  służby na tyle, na ile tylko mogły, stawały na wysokości zadania.  Sytuacja wywołana kryzysem migracyjnym przerosła możliwości wszystkich nawet Niemiec, które są krajem bogatym, dużym, sprawnym i - jak się stereotypowo mówi - świetnie zorganizowanym. Mimo pojawiających się trudności  błędy są eliminowane, a procedury, zresztą coraz lepsze, wdrażane.  Zagrożenia są na tyle nowe, że należy zadać odwrotne pytanie: kto mógłby poradzić sobie z nimi lepiej? A jeżeli tak twierdzi, to czy nie jest to trochę przemądrzałe. Trzeba pamiętać, że ta sytuacja zaskakuje nas wszystkich - przestrzega.

Mordercze tempo zdarzeń. "Sytuacja nas wyprzedza"

Kilka dni po lipcowych atakach o częściowo islamistycznym podłożu Angela Merkel przedstawiła dziewięciopunktowy plan walki z terroryzmem, który ma być odpowiedzią na narastającą radykalizację i zapewnić odpowiednią ochronę obywatelom. Iluzja bezpiecznego świata dawno  pękła, a jej miejsce zajęły  nieustanne napięcia i obawy, że może się stać coś złego. Taka perspektywa wymusza  pytanie o zasadność i skuteczność  powziętych rozwiązań.  - Plan Merkel nie jest  złotym środkiem, dzięki któremu wszystko się zmieni. W wielu przypadkach jest mowa o działaniach, które już są wdrażane i to zauważają eksperci oraz komentatorzy - wskazuje nasza rozmówczyni.

- Problem polega jednak na tym, że obecnie trudno zaskoczyć i wymyślić coś nowego, bo sytuacja nas wyprzedza. W moim przekonaniu rząd w Berlinie, podobnie jak  w Londynie czy w Paryżu, jest zaskoczony szybkością wydarzeń. Zatem te działania są na pewno koniecznie, ale ciężko oceniać, czy wystarczające. Pewnie nie  - dodaje.

Doktor Łada chwali między innymi deklarację wzmocnienia niemieckiej policji. - Z jednej strony możemy  to uznać za oczywistość, ale pamiętajmy, że kilka lat temu obcięto środki  na policję w landach. Spowodowało to wzrost przestępczości  - już abstrahując od kryzysu migracyjnego-  i teraz gdy przyznaje się, że sytuacja musi ulec zmianie, to jest ważny sygnał - argumentuje.

W podobny sposób należy interpretować zapowiedź dotyczącą współpracy wywiadów. - Można zarzucać, że to jest konieczność, ale z drugiej strony ciągle było głośno o aferach  podsłuchowych, których bohaterami byli ważni politycy. Mimo braku zaufania i niepewności  współpraca jednak będzie i to też jest pozytywny symptom.  Patrząc z tej perspektywy Angela Merkel powiedziała to, co musiała i to, co należało. Czy to było za mało? Pewnie, jak coś się stanie, takie zarzuty padną, ale pamiętajmy, że sytuacja jest na tyle nowa i dynamiczna, że trudno komukolwiek wymyślić coś jeszcze - wskazuje.

Nowe oblicza terroryzmu i brak planów awaryjnych

W świetle ostatnich wydarzeń, nie tylko terrorystycznych zamachów i ataków, ale i autorytarnych zakusów prezydenta Erdogana i populistycznych haseł rzucanych przez Donalda Trumpa, potencjalnego przywódcy Stanów Zjednoczonych, przyszłość rysuje się w bardzo czarnych kolorach. Tylko w ubiegłym roku do Niemiec przybyło milion uchodźców, a do Europy zbliża się kolejna fala przybyszów, przed którą ostrzega Grecja. Wszystko to sprawia, że bezpieczeństwo Europejczyków w błyskawicznym tempie się kurczy  i potęguje strach, który można jedynie oswoić.  - Musimy się przyzwyczaić, że poczucie bezpieczeństwa, które towarzyszyło nam jeszcze kilka lat temu, kiedy  zamachy i ataki miały miejsce gdzieś daleko, już nie wróci. Ciężko też zabezpieczyć się przed nowymi metodami samotnych wilków i  ich coraz śmielszymi atakami - przestrzega ekspertka.

Największym problemem może okazać się brak planów wyjścia z patowej sytuacji. - Politycy muszą się zmierzyć z olbrzymim wyzwaniem, ale sytuacja ich wyprzedza i wszyscy doskonale zdają sobie z tego sprawę, choć niezbyt chętnie będą się do tego przyznawać, żeby jeszcze bardziej nie potęgować lęków, chaosu i poczucia zagrożenia. Prawda jest taka, że nikt tak naprawdę nie ma dobrej recepty. Fatalny sygnał wysyłają ruchy populistyczne, czy nawet kandydat na prezydenta USA Donald Trump, który twierdzi, że Ameryka tym bardziej wycofa się ze swojego zaangażowanie w problemy Europy - przestrzega.

Nieprzewidywalność Trumpa największym zagrożeniem

Skoro wszystko tworzy tak połączony ze sobą system, w grę wchodzi każdy scenariusz. Na to, jakiego prezydenta wybiorą Amerykanie, Angela Merkel ma wpływ bardzo mały, jeśli nie powiedzieć, że żaden. -  Trudno zachęcać, by kanclerz Merkel robiła kampanię przeciwko Donaldowi Trumpowi, bo to może okazać się jeszcze bardziej  destrukcyjne.  Jeśli kandydat Republikanów zwycięży, Europa może mieć kolejny problem. Ważny partner, jakim są Stany Zjednoczone, będzie tak słaby, albo tak nieprzewidywalny, że tym bardziej będzie ciężko walczyć z jakimikolwiek zagrożeniami,  bo nie będzie można na niego  liczyć - analizuje dr Łada. - Z jednej strony trzeba być bardzo krytycznym i zachęcać polityków do wytężonych działań i pomysłów, a z drugiej strony uwzględniać fakt, że  tych ostatnich wszystkim  brakuje - dodaje.

Erozja niemieckiej sceny politycznej

Wzrastające zagrożenie atakami terrorystycznymi, postępująca radykalizacja społeczeństwa islamskiego pochodzenia, niepewność jutra i lęki obywateli powodują, że eroduje również niemiecka scena polityczna. Przeciwko polityce otwartych drzwi występuje otwarcie już nie tylko populistyczna Alternatywa dla Niemiec, ale także CSU, siostrzana partia CDU, na czele z premierem Bawarii Horstem Seehoferem, który demonstracyjnie odrzucił sztandarowe hasło "damy radę w sprawie migrantów", zyskując wyraźne poparcie społeczne mające odzwierciedlenie w badaniach opinii publicznej. Czy tarcia przerodzą się w woltę i  sumiennie tworzony przez Angelę Merkel  system rozsadzą  odśrodkowe siły? 

Pojawiające się obecnie spory na linii CSU-CDU doktor Łada lokuje w granicach politycznej gry. - Premier Bawarii jest przykładem polityka, który zawsze starał się być w opozycji do Angeli Merkel, tylko wcześniej ona była słabsza. Ataki miały miejsce w jego landzie, dlatego strach mieszkańców jest większy i on próbuje to wykorzystać. Doskonale zdaje sobie sprawę, że kanclerz potrzebuje go jako koalicjanta - wyjaśnia.

"Nie ma pomysłu na to, kto mógłby zastąpić kanclerz Merkel"

- Wielu innych niemieckich polityków  popiera Angelę Merkel, co wcale nie oznacza, że nie ma dyskusji. Tylko to  jest dialog, a nie atak w nią skierowany. Nie ma też jasnej propozycji, kto mógłby ją zastąpić -  zarówno jako kandydata w przyszłorocznych wyborach jak i w sferze pomysłów, bo lepszych na razie nie ma. Zatem mamy do czynienia z krytyką pochodzącą z pewnych populistycznych źródeł, ale bez oferowania czegoś w zamian - dodaje.

Najwięcej zamieszania może wprowadzić populistyczna Alternatywa dla Niemiec, która zbiła polityczny kapitał na narracji atyimigracyjnej, zwyciężyła w marcowych wyborach w trzech landach i ma szansę powtórzyć sukces w przyszłorocznym starciu przy urnach.  - Popularność AfD pokazuje, że jest pewien grunt  na hasła populistyczne  i to na pewno wpływa na retorykę Angeli Merkel i polityków innych partii, zwłaszcza konserwatywnej CSU, bo na prawo nie było wcześniej żadnej poważnej opcji. Nawet NPD nie była aż tak silną i ważną konkurencją, zatem na pewno sytuacja polityczna Niemiec ulega zmianie, tendencje są wyraźne - argumentuje analityk. Z kryzysem zmaga się też lewica, która jest w znacznie gorszej sytuacji niż CDU. - Socjaldemokracja  oscyluje na granicy 20 procent poparcia, co dla tak wielkiej i tradycyjnej, starej partii jest bardzo słabym wynikiem - dodaje.

Dynamiczna i wyjątkowo niepewna sytuacja na świecie może wymusić  różne, nawet najbardziej nieoczekiwane i zdumiewające polityczne scenariusze. Mimo że na horyzoncie silne przywództwo - alternatywne do skupionego w osobie Angeli Merkel - się nie rysuje  -i kanclerz wciąż cieszy się dużym poparciem społecznym, to ziarno nieufności zostało zasiane i podsycane lękami  kiełkuje. Na jak bardzo podatny trafi grunt, pokaże czas. Już widać, że wyzwanie jest olbrzymie, bo sojuszników na polu walki wyraźnie brakuje.  - Problemem Angeli Merkel jest to, że nie ma oparcia w innych i jej dalekosiężne, bardzo dojrzałe pomysły nie udają się dlatego, że nie ma partnerów, którzy wspólnie z nią będą je wdrażać i realizować - wskazuje nasza rozmówczyni.  Ryzyko, że odpowiedzialność  polegnie w starciu ze strachem i osamotnieniem, istnieje.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje