​Spektakl o innym świecie

Po raz ostatni widzieli się 1 sierpnia, gdy część mieszkańców polskiego "Betlejem" w Jaworznie wyruszyła pieszo do Lisieux we Francji. Kazek, Jacek, Darek, Tomek i ksiądz Mirek, inspirując się motywami z filmu Davida Lyncha, wsiedli na stare traktorki. Poza barwnymi przyczepami, które na czas wyprawy stały się ich domem, wieźli przesłanie: trzeba postawić na pokój, zainwestować w pojednanie.

Maksymalna prędkość pojazdów, którymi poruszali się na trasie do Lisieux, to 14 km/h. Zdążyli się w tym czasie uśmiechnąć do zdumionych przechodniów i wzbudzić irytację innych uczestników ruchu. Nie raz.

Reklama

W drodze do Francji pielgrzymi pokazywali film "Prosta historia" Davida Lyncha. Tam 73-latek wyruszył w podróż na kosiarce. Jechał, żeby pogodzić się ze swoim starszym schorowanym bratem. Motyw ten stał się inspiracją do zrealizowania podobnej wyprawy.

"Wszyscy potrzebujemy od czasu do czasu zeskoczyć z wygodnej kanapy naszych przyzwyczajeń i wygód i wskoczyć w buty trudu i wymagań, by poczuć, że naprawdę żyjemy, a zapomnienie o sobie i rezygnacja z rutyny to korzenie prawdziwej radości" - podkreśla w rozmowie z Interią ks. Mirek Tosza, założyciel Betlejem, inicjator i jeden z uczestników Drogi Pojednania

Pieszo, rowerami, na traktorach

20 września. "Przywitaliśmy się z wielką radością, której nie zmąciła wizyta żandarmerii wezwanej przez zaniepokojonych właścicieli kamperów. Nocny najazd na parking czterech gości z plecakami i zapalonymi czołówkami,  trzy migające żółtym światłem traktory z przyczepami z pięcioma podróżnymi plus ekipa filmowa wystarczyły, by wezwać na pomoc policję" - opowiada o spotkaniu pozostałych uczestników Drogi Pojednania ks. Tosza.

Żandarmi szybko odjechali, życząc dobrej nocy.

 "Chłopakom (tym, którzy pieszo dotarli do Francji - red.) jesteśmy wdzięczni za odwagę i wytrwałość. Za ich troskę o siebie i wzajemne motywowanie się do dalszej drogi w chwilach słabości. Za spanie po lasach, za kilkanaście kilometrów na czczo w poszukiwaniu pierwszego sklepu, za piękne sms-y, z których jesteśmy prawdziwe dumni, ale przede wszystkim za prostą wiarę, modlitwę i codzienną medytację. Droga ich wzmocniła, ale ich poświęcenie wzmocniło również nas..." - mówi.

Ostatni etap tej niezwykłej Drogi Pojednania pokonali wspólnie. I - jak wspominają - "te ostatnie kilometry były najpiękniejsze".

Jechali wieczorem, przy  pogodnie zachodzącym słońcu - między winnicami Szampanii. Trwały zbiory winogron. Zatrzymali się starym opactwie, korzystając z gościny o. Francisa Leroya, "człowieka wielkiej dobroci i serca", właściciela jedynego w swoim rodzaju "pokrzywionego roweru.


Cyrk przy cyrku

25 września. "Dziś niedziela, drogi puste, więc jedziemy wyjątkowo jedną z głównych. Po drodze spotykamy cyrk. Przy okrągłym, kolorowym namiocie pasą się osioł i lama. Pilnuje ich uroczy, łaciaty kundel, który z werwą i szybkością tygrysa ściga i obszczekuje przejeżdżające samochody. Dla ludzi łagodny i przymilny, jedynie warczy i poszczekuje na naszych filmowców. Tak pewnie na wszelki wypadek, bo wisząca nad jego głową nagłośnieniowa tyczka z charakterystycznym podłużnym futrzakiem do złudzenia przypomina skradającego się po gałęzi kota..."- napisali uczestnicy wyprawy.

"Nasze kolorowe przyczepy i małe traktory świetnie wkomponowały się w cyrkową stylistykę. Można odnieść wrażenie, że wielkie głowy klaunów wymalowane na cyrkowych samochodach  z niedowierzaniem i zdziwieniem spoglądają na coś równie dziwnego jak oni sami.  Cyrk przyjechał! Wprowadzi nas zaraz w bajkowy, inny od codziennego, nierealny świat. Kto wie, może tak życzliwe i pogodne pozdrowienia w czasie drogi zawdzięczamy błędnemu mniemaniu, że oto właśnie przejeżdża cyrk. Czy jednak rzeczywiście do końca błędnemu? Czy trochę do cyrku, i to nie tylko wizualnie, nie jesteśmy jednak podobni?  Czy nie wieziemy ze sobą spektaklu o innym świecie, który wywołuje uśmiech" - czytamy.

Pozdrowienia od Teresy

27 września dotarła do naszej redakcji informacja, że wszyscy uczestnicy wyprawy dotarli do Lisieux. Dla piechurów oznaczało to 57 dni marszu i 1700 pokonanych kilometrów, dla prowadzących traktorki i poruszających się na rowerach - 37 dni męczącej jazdy i 2000 kilometrów.

"Mogliśmy pozdrowić osobiście św. Teresę w jej rodzinnym mieście i spotkać się z pozostałymi pielgrzymami, którzy dojechali autokarem. Jesteśmy bardzo szczęśliwi" - podsumowali uczestnicy wyprawy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje