Ekspert o konflikcie na linii USA-Korea Płn.: Są powody do niepokoju

Kryzys w relacjach USA-Korea Północna narasta. Słowne deklaracje stają się coraz bardziej stanowcze, retoryka się zaostrza. Na pytanie, czy istnieje obawa, że któraś ze stron nie wytrzyma napięcia i podejmie nieodwracalną decyzję, odpowiada w rozmowie z Interią Oskar Pietrewicz z Centrum Studiów Polska-Azja.

Prezydent USA Donald Trump podkreślił we wtorek, że nadszedł czas współpracy wszystkich krajów w celu izolacji reżimu Korei Północnej, dopóki ten nie przestanie zachowywać się wrogo. Powiedział także, że jeśli USA będą zagrożone, nie będą miały innego wyjścia niż całkowite zniszczenie Korei Północnej.

Reklama

Z kolei minister obrony USA Jim Mattis, w trakcie swej poniedziałkowej konferencji prasowej w Waszyngtonie, pytany o to, czy Stany Zjednoczone dysponują wobec Korei Północnej opcjami militarnymi, które uchroniłyby Koreę Południową przed ogromnym ryzykiem, odparł: "Tak, mamy je. Ale nie będę wchodził w szczegóły".

Coraz ostrzejsze odpowiedzi Kim Dzong Una

"Korea Północna rozważy stanowczą, "najostrzejszą w dziejach" reakcję na groźbę totalnego zniszczenia KRLD, na jaką pozwolił sobie prezydent USA Donald Trump podczas wtorkowego wystąpienia na forum ONZ" - oświadczył w piątek przywódca Korei Płn., Kim Dzong Un.

Koreańska Centralna Agencja Prasowa podała do publicznej wiadomości oświadczenie przywódcy KRLD, w którym nazywa Trumpa "obłąkanym" i "nienadającym się na przywódcę Stanów Zjednoczonych" politykiem.

"Jako człowiek reprezentujący KRLD przed światem, odpowiedzialny za godność i honor mego kraju, społeczeństwa i honor własny, uczynię wszystko, co w mej mocy, by człowiek, w którego prerogatywach mieści się naczelne dowództwo w USA, odpowiedział za swą przemowę" - można było usłyszeć.

"Jego (Trumpa) uwagi nie przeraziły mnie i nie zatrzymają w dążeniu do celu, a tylko pogłębiły przeświadczenie, że wybraliśmy właściwą drogę i że nie wolno mi z niej zbaczać" - podkreślił Kim.

Czy Trump da się sprowokować?

- Konflikt jest, ale on ma wymiar retoryczny. Wyłącznie słowny. Zawsze jednak istnieje ryzyko, że ktoś "przeszarżuje". To jest największa obawa, jaka towarzyszy sytuacji na półwyspie koreańskim od lat - stwierdza w rozmowie z Interią Oskar Pietrewicz z Centrum Studiów Polska-Azja.

- Nie sądzę, żeby powtórzyło się to, co Amerykanie zrobili w Syrii czy Afganistanie. Wtedy mogli sobie na to pozwolić, bo mieli gwarancje, że nic się nie stanie. Wiedzieli, że nie będzie syryjskiego kontruderzenia. Mieli pełną swobodę działania. W przypadku Korei Północnej sytuacja jest diametralnie inna. Podstawowym problemem jest to, że tym razem uderzenie amerykańskie mogłoby się spotkać z odpowiedzią - podkreśla ekspert.

Zaznacza także, że mogłoby to wywołać swoisty "efekt domina" i pełnowymiarową wojnę, którą przegraliby Koreańczycy.

- Zadali by przy tym ogromne straty absolutnie wszystkim w regionie, bo mimo wszystko posiadają  potencjał, który mógłby zagrozić nawet Stanom Zjednoczonym i wydaje mi się, że Amerykanie są tego świadomi - dodaje Pietrewicz podkreślając zarazem, że obie strony raczej są świadome ryzyka, ale nadal sądzą, że mogą jeszcze bardziej nakręcać atmosferę.

- Mam wątpliwości, czy taka polityka jest słuszna z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych - zastanawia się ekspert. -  To nic nie daje, jest tylko wodą na młyn Korei Północnej, choć nie dziwi mnie, że Trump mówi w ten sposób. Inaczej nie może. To element jego wiarygodności, choć przypadek Korei Północnej bardzo negatywnie zweryfikował tę wiarygodność - przypomina Pietrewicz.

Trump zapewniał, że nie dopuści do tego, by Korea Północna przeprowadziła próby z pociskami dalekiego zasięgu. Jak wiadomo - nieskutecznie.

Wojna psychologiczna

Pietrewicz - powołując się na dyskusje prowadzone przez amerykańskich ekspertów, zastanawiających się, czy istnieje szansa na to, że prowokacje doprowadzą do podjęcia nieprzemyślanej decyzji przez jedną ze stron - stwierdza, że konflikt wszedł tak naprawdę w sferę psychologiczną. Sami eksperci nie mają przekonania, co do tego, że prezydent USA jest świadomy atmosfery, którą tworzy.

- Naukowcy zajmujący się problematyką broni nuklearnej postulują, żeby dowódcy wojskowi nie zgodzili się na użycie broni nuklearnej, nawet w przypadku podjęcia przez prezydenta decyzji o jej użyciu - mówi ekspert i dodaje: - Nie podejmuję się charakterologicznej oceny Trumpa, ale mam wrażenie, że doradcy, którymi się jednak bardzo mocno otoczył, w swoich wypowiedziach podkreślają, że są świadomi ryzyka. Zupełnie innym językiem niż Trump mówi szef dyplomacji Rex Tillerson.

Ekspert podkreśla, że Amerykanie muszą wyraźnie zasygnalizować konsekwencje ewentualnej północnokoreańskiej prowokacji. Zwłaszcza jeśli wiązałaby się z ofiarami ludzkimi w Japonii czy w Korei Południowej.

- Amerykanie muszą tak mówić, bo gdyby nie mówili, nie byliby wiarygodnym sojusznikiem. Nie oznacza to jednak, że Stany Zjednoczone poważnie rozważają uderzenie prewencyjne. To nie rozwiązałoby problemu. Mam wrażenie, że obecna sytuacja dyplomatycznego "obrzucania się błotem", to jest taka wymiana ciosów. Ani jedna, ani druga strona nie chce odpuścić, choćby na poziomie retoryki - podsumowuje Pietrewicz.

Powody do niepokoju

Jak podkreśla ekspert, każda ze stron ma świadomość gigantycznych kosztów konfliktu.

- Tym bardziej Koreańczycy z północy zdają sobie sprawę, że gdyby doszło do konfliktu to oni zwyczajnie przestaliby istnieć. Jednak nie mogą totalnie odejść od swojej retoryki - zaznacza Pietrewicz.

- Jakieś powody do zastanowienia, czy nawet niepokoju są, bo nie wiadomo, co z tego zaostrzenia retoryki wyjdzie. Jednak jak pokazuje historia stosunków amerykańsko-północnokoreańskich, po burzy słownej nie dochodziło nigdy do niczego strasznego, a po paru miesiącach rozpoczynały się negocjacje. Liczę, że tak będzie i w tym przypadku - podsumowuje Oskar Pietrewicz.

Joanna Bercal

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy