"Gałązka Oliwna". Wielowątkowa układanka turecko-kurdyjska

Turecki żołnierz biorący udział w ofensywie "Gałązka Oliwna" /OZAN KOSE /AFP

- Można przypuszczać, że czeka nas kolejna odsłona wojny w Syrii. Tym razem może to być wojna turecko-kurdyjska, bo kurdyjskie władze autonomii i jej siły zbrojne zapowiadają, że nie zamierzają ulec Turcji. Przyszłość Rojavy jest jednak obecnie jeszcze bardziej niepewna niż dotąd, bo - jak pokazała turecka operacja - konfiguracja polityczna staje się dla Kurdów coraz bardziej niekorzystna - stwierdza w rozmowie z Interią dr Renata Kurpiewska-Korbut, odnosząc się do tureckiej ofensywy w północnej Syrii.

Reklama

W ubiegłym tygodniu Turcja rozpoczęła zbrojną operację przeciwko kurdyjskim formacjom w syryjskiej enklawie Afrin. Jak podkreślał prezydent Turcji Recep Erdogan, celem ofensywy nazwanej "Gałązka Oliwna" jest "usunięcie elementów terrorystycznych" z południowej granicy jego kraju.  

Tureckie siły poinformowały w opublikowanym oświadczeniu, że ofensywa ma ochronić granice Turcji, "zneutralizować" kurdyjskich bojowników w enklawie Afrin i uwolnić tamtejszą ludność od "ucisku i opresji".

Reklama

"Gałązka Oliwna" to druga turecka operacja w Syrii od wybuchu wojny w tym kraju. W pierwszej, trwającej od marca 2016 do marca 2017 roku pod kryptonimem "Tarcza Eufratu", zginęło 72 tureckich wojskowych.

Wielowątkowa układanka

Korzenie tego konfliktu są jednak głębsze. Kurdowie to silnie zintegrowana społeczność zamieszkująca górzyste tereny na pograniczu Turcji, Syrii, Iraku i Iranu. Nigdy jednak nie posiadali swojego państwa, a w każdym z wyżej wymienionych stanowili mniejszość, co powodowało i powoduje liczne konflikty. 

- Operacja Turcji w Afrin, opatrzona cynicznym kryptonimem "Gałązka Oliwna", ukazuje determinację władz tureckich do rozprawy z egzystencjalnym zagrożeniem, jakie ich zdaniem stanowi kurdyjski obszar autonomiczny zwany Rojavą - stwierdza w rozmowie z Interią dr Renata Kurpiewska-Korbut z Instytutu Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego.  

- Ofensywa jest elementem strategii realizowanej od 2016 roku, kiedy to armia turecka przeprowadziła operację "Tarcza Eufratu" i stworzyła własną strefę buforową rozdzielającą obszary znajdujące się pod administracją Kurdów - dodaje. 

Tureckie działania bezpośrednio wymierzone są w kontrolujące ten obszar kurdyjskie Jednostki Samoobrony (YPG). Ankara, która od wielu lat zmaga się z kurdyjskim separatyzmem, obawia się, że w wyniku wojny Kurdowie w końcu wywalczą autonomię lub niepodległość. 

- Chodzi o wyparcie z enklawy, a w dalszej perspektywie całkowite zniszczenie kurdyjskich Ludowych Jednostek Obrony (YPG) oraz Partii Unii Demokratycznej (PYD), głównej partii wchodzącej w skład koalicji rządzącej w Rojavie czyli Ruchu na Rzecz Społeczeństwa Demokratycznego (TEV-DEM ). Ankara uważa je za organizacje terrorystyczne, mające powiązania ze zwalczaną przez nią Partią Pracujących Kurdystanu (PKK) - podkreśla dr Kurpiewska-Korbut.

Wewnętrzne uwarunkowania Turcji

Podobnego zdania jest dr hab. Adam Szymański z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

- Zdaniem Ankary, tego typu działania, czyli wzmacnianie swojej pozycji przez ugrupowania kurdyjskie, zajmowanie pewnych terytoriów i tworzenie struktur może otworzyć drogę do większych działań przeciwko Turcji. To jest ten model, który PKK rozwijał w północnym Iraku, tworząc bazy i wykorzystując fakt, że Kurdowie właściwie zdominowali ten region - twierdzi w rozmowie z Interią dr hab. Szymański i dodaje:

- Dlatego Turcja chce mieć pod pewną kontrolą północną Syrię, żeby nie dopuścić do rozwoju na tym terenie baz PKK czy syryjskiej YPG, które tak naprawdę są ze sobą związane i mogą zagrozić tureckiemu bezpieczeństwu.  

Ekspert przywołuje także podkreślany przez tureckich komentatorów fakt ostrzeliwania regionów przygranicznych ze strony militarnego skrzydła Partii Unii Demokratycznej Kurdów syryjskich (YPG).  

Wskazuje jednak jeszcze jeden powód, dla którego Turcja zdecydowała się na ofensywę.

- W tym przypadku istotne jest też zwrócenie uwagi na sytuację w samej Turcji, ponieważ działania regionalne m. in w Syrii, mają wyraźne uwarunkowania wewnętrzne. W przyszłym roku odbędą się potrójne wybory: lokalne, a później prezydenckie i parlamentarne, na nowych zasadach, z wprowadzeniem tzw. systemu prezydenckiego. Dlatego takie "uderzanie" w tony nacjonalistyczne ma na celu zdobycie pewnego poparcia - zauważa ekspert.

- To ważny warunek poparcia partii rządzącej przez Partię Ruchu Narodowego (MHP), która wsparła ideę zmiany ustroju w Turcji. Z tego punktu widzenia istotne jest więc to, żeby sojusz wyborczy utrzymać. Tym bardziej, że MHP nie wystawia swojego kandydata na prezydenta, a od początku warunkiem współpracy była ostra postawa wobec kwestii związanych z Kurdami - wylicza dr hab. Szymański.

Trudne relacje na linii Ankara-Waszyngton

Co istotne, zarówno Turcja, jak i jej sojusznicy na Zachodzie, w tym USA, traktują PKK jako organizację terrorystyczną. Sytuację w relacjach turecko-amerykańskich komplikuje jednak fakt, że Stany Zjednoczone dostarczają broń części organizacji syryjskich Kurdów (YPG) w celu pokonania Państwa Islamskiego (IS). Zdaniem dr Renaty Kurpiewskiej-Korbut działania Stanów Zjednoczonych mogły przyspieszyć tureckie plany:

- Jak się wydaje, decyzję o ofensywie mogła w pewnym stopniu przyspieszyć amerykańska zapowiedź zbudowania nowej jednostki militarnej w północnej Syrii, 30-tysięcznych granicznych sił bezpieczeństwa (Syrian Border Security Force) z dowodzonych przez YPG Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF). SDF to z kolei kurdyjsko-arabskie siły lądowe, które były głównym sojusznikiem USA i dowodzonej przez nie koalicji w walce z ISIS i od Waszyngtonu otrzymywały broń, wsparcie lotnicze i doradców ds. sił specjalnych. Turcja pokazała, że na dalsze wzmacnianie przez Amerykanów Kurdów syryjskich się nie zgadza - zauważa ekspert.  

Pentagon kategorycznie odrzucił jednak oskarżenia o tworzenie "terrorystycznego korytarza i terrorystycznej armii" z udziałem Kurdów u granic Turcji. "Nie stworzyliśmy nowej armii ani jednostki straży granicznej" - oświadczył w środę resort obrony USA. Nie powstrzymuje to jednak Turcji przed kolejnymi działaniami. 

- Ciekawie zapowiada się dalszy rozwój wypadków. Turcja zadeklarowała, że po Afrin jej kolejnym celem będzie Manbidż - miejscowość, w której  w dużej liczbie stacjonują sprzymierzeni z USA kurdyjscy bojownicy, jak i większość amerykańskich żołnierzy przebywających w Syrii. Stanowi więc potencjalny punkt zapalny między Turcją i USA - zwraca uwagę dr Renata Kurpiewska-Korbut.

Podobnego zdania jest dr hab. Adam Szymański, który podkreśla, że plany Turcji dotyczące kolejnych etapów ofensywy, w tym chęć zajęcia Manbidż, jeszcze bardziej skomplikują i tak już trudne relacje między tymi państwami. 

- To, co się dzieje teraz, jest jakby kolejnym kamykiem do tych wszystkich napięć, jeśli chodzi o relacje turecko-amerykańskie, których jest ostatnio wiele - stwierdza ekspert i dodaje:

- Z jednej strony sojusz USA z YPG trwa, jednak Amerykanie zauważają, że staje się on coraz bardziej problematyczny i podkreślają oficjalne znaczenie Turcji jako sojusznika USA. Tak przynajmniej wynika z ostatnich wypowiedzi amerykańskich przedstawicieli, w których pojawia się możliwość wycofania poparcia, jeśli syryjskie oddziały YPG przegrupują siły i zamiast z IS zaczną walczyć z Turcją.

Erdogan powiedział w niedzielę, że "mimo wszystko" chce współpracować z USA w regionie i ma nadzieję, że podczas ofensywy na Afrin USA nie staną po stronie YPG. "Oczekujemy, że (USA) wesprą Turcję w podejmowanych przez nią słusznych wysiłkach na rzecz walki z terroryzmem" - zaznaczył.

"Dyplomatyczna" krytyka świata i przerzucanie odpowiedzialności

Krytyczne opinie o tureckiej ofensywie płyną niemal z całego świata. Większość krajów obawia się jeszcze większej destabilizacji sytuacji w całym regionie.

- USA, dotychczasowy główny patron YPG oświadczył, że Stany Zjednoczone nigdy nie miały swoich sił w Afrinie i obecny kryzys to rosyjska odpowiedzialność, ponieważ w enklawie byli rosyjscy obserwatorzy wojskowi - stwierdza dr Kurpiewska-Korbut. 

Podkreśla także fakt, że Moskwa wycofała swoje oddziały militarne z Afrinu tuż przed rozpoczęciem ataku przez Turcję, co dało zielone światło armii tureckiej do wkroczenia na terytorium Syrii.  

- Rosja, która mimo swojego sojuszu z Turcją, także wspierała Kurdów syryjskich już została okrzyknięta przez nich za zdrajcę. Niemniej jednak upadek Afrin będzie traktowany przede wszystkim jako znak, że to USA nie chcą lub nie są w stanie bronić swoich kurdyjskich sojuszników. I być może poświęcą sojusz z Kurdami na rzecz poprawy stosunków ze swoim partnerem z Sojuszu Północnoatlantyckiego, czyli Turcją. Wskazuje na to choćby fakt, że NATO wydało oświadczenie o "solidarności" z Turcją w jej wojnie z "terrorystami" - podsumowuje dr Kurpiewska-Korbut.  

O ile w licznych komentarzach padają słowa o tym, że wycofanie rosyjskich wojsk należy odczytywać jako przyzwolenie Rosji na tego typu działania, tak, jak stwierdza dr hab. Adam Szymański, turecka ofensywa nie do końca jest Moskwie na rękę i będzie miała wpływ na jej relacje z Ankarą. 

- Pojawiają się głosy, których oczywiście żadna strona nie potwierdza, że nastąpił pewien układ między Turcją a Rosją. Mianowicie, że Rosjanie pozwolą na przejmowanie kontroli nad Afrinem w zamian za miasto Idlib. Jednak, moim zdaniem operacja nie jest Rosji całkowicie na rękę. Ma przed sobą wybory, powoli zaczynała się wycofywać z tego konfliktu i dla niej destabilizacja w Syrii także może okazać się sporym problemem - zauważa ekspert.

Niejednoznaczne deklaracje

Reżim Baszara el-Asada uznał tureckie działania za akt agresji i oświadczył, że tureckie samoloty przeprowadzające ataki na terytorium Syrii będą zestrzeliwane. Jednak, zdaniem dr Kurpiewskiej-Korbut o reakcji reżimu syryjskiego nie można w ogóle mówić.  

- Damaszek zarządził jedynie, aby syryjska obrona powietrzna była gotowa do obrony przed atakiem powietrznym. Ale odkąd operacja została uruchomiona, syryjska obrona pozostaje bierna. Jest to naturalnie wynikiem istniejącego układu politycznego, tzn. podporządkowania się reżimu Baszara Al-Asada rosyjskim wytycznym - stwierdza.  

- Warto jeszcze dodać, że operacja turecka w Afrin jest realizowana przy udziale żołnierzy Wolnej Armii Syryjskiej - grupy opozycyjnej wobec reżimu Al-Asada wspieranej przez Turcję. Operacja grozi więc destabilizacją stosunkowo spokojnego nietkniętego konfliktem obszaru w Syrii, w którym znalazło schronienie wiele osób wysiedlonych z innych części kraju - zauważa dr Kurpiewska-Korbut.

Szerokie konsekwencje działań

Ludowe Jednostki Samoobrony (YPG) ogłosiły, że tureckie naloty w rejonie Afrinu nie pozostawiają jej innego wyboru i będą walczyć. "Odeprzemy tę agresję, tak jak odparliśmy inne takie napaści na nasze wsie i miasta" - podkreślają członkowie YPG. Co istotne popierana przez Stany Zjednoczone w walce z Państwem Islamskim (IS). YPG wezwała także wszystkich mężczyzn i kobiety w północnej Syrii do wstąpienia w jej szeregi.

Stanowisko YPG i deklaracje Turcji o tym, że działania będą konsekwentnie kontynuowane do momentu osiągnięcia wszystkich planowanych celów, pozwalają przypuszczać, jak zauważa dr hab. Adam Szymański, że operacja "Gałązka Oliwna" szybko się nie skończy.

- Nie można dokładnie powiedzieć, ile to będzie trwało, ale idąc za tym, co piszą tureccy komentatorzy, działania nie będą krótkotrwałe. Erdogan sam zresztą zapowiada, że konflikt będzie trwał póki terroryści nie zostaną zneutralizowani. Jest w tym oczywiście pewna retoryka, jednak odzwierciedla to determinacje i myślę, że ta konsekwencja będzie utrzymana. Szczególnie, że już są pierwsze ofiary po stronie żołnierzy tureckich i trudno byłoby wytłumaczyć poświęcenie ich życia w przypadku szybkiego zakończenia działań - podsumowuje dr hab. Adam Szymański.

- Tak więc można przypuszczać, że czeka nas kolejna odsłona wojny w Syrii. Tym razem może to być wojna turecko-kurdyjska, bo kurdyjskie władze autonomii i jej siły zbrojne zapowiadają, że nie zamierzają ulec Turcji. Przyszłość Rojavy jest jednak obecnie jeszcze bardziej niepewna niż dotąd, bo - jak pokazała turecka operacja - konfiguracja polityczna staje się dla Kurdów coraz bardziej niekorzystna - podsumowuje z kolei w rozmowie z Interią dr Renata Kurpiewska-Korbut.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje