Kontrowersyjna decyzja prezydenta USA. "Polityczny koniec" Trumpa?

"Ameryka nie chce być policjantem całego świata. Tam, gdzie amerykański interes na to pozwoli - sojusze będą budowane" - stwierdza w rozmowie z Interią dr hab. Paweł Laidler z Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Donald Trump zdecydował o wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z paryskiego porozumienia klimatycznego. Lawina ruszyła. Z całego świata napływają komentarze polityków, na portalach społecznościowych mieszają się głosy poparcia i sprzeciwu. Pojawiają się kolejne teorie: Dlaczego? Co dalej? O co chodzi? Czy Trump odwraca uwagę od sprawy rosyjskiej współpracy? Zupełnie jakby świat zapomniał, że obecny prezydent USA mówił o tym od dawna.

Realizacja zapowiedzi przedwyborczych

Reklama

- Trump, do pewnego stopnia, próbuje realizować zapowiadany w czasie kampanii wyborczej program. Zdał sobie jednak sprawę z tego, że większość rzeczy, o których mówił, nie będzie łatwa do wprowadzenia w życie. Zwłaszcza, że Republikanie w Kongresie nie popierali części jego postulatów wyborczych. Jednak akurat w tej kwestii ma poparcie kongresu, co jest istotne z politycznego punktu widzenia - podkreśla dr hab. Paweł Laidler. 

Dodaje, że akurat ta decyzja i wypowiedź prezydenta USA zbudowana była na mocnym poparciu 22 senatorów republikańskich, a z jego strony współpraca z legislatorami jest istotna.

- Trump chce zrealizować jeszcze wiele spraw związanych z polityką wewnętrzną, co bez poparcia Kongresu się nie uda - zaznacza.

Zwraca także uwagę, że tego typu działania wpisują się w słyszalną podczas kampanii politykę izolacjonizmu.

- On przede wszystkim bierze pod uwagę kontekst amerykański, problemy amerykańskie, a dopiero później, ewentualnie, jakieś zasady międzynarodowe, którymi Stany Zjednoczone miałyby być związane. W USA jest sporo ludzi, dla których kwestie miejsc pracy i tego, w jakim kierunku będzie podążała amerykańska gospodarka, są ważniejsze, niż globalne spojrzenie na problem emisji gazu, spalin, czy efektu cieplarnianego - mówi ekspert z Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych UJ.

- Nie spodziewam się, by przeciętny obywatel amerykański, którego interesują kwestie gospodarcze i bezpieczeństwa wewnętrznego, naprawdę przejmował się tym, jakie relacje Stany Zjednoczone mają z Europą, Unią Europejską, czy konkretnie z Francją - dodaje.

Odwracanie uwagi od „polowania na czarownice”?

Można się zastanawiać, czy tego typu decyzje są próbą odwrócenia uwagi opinii publicznej od sprawy związanej z zeznaniami Jamesa Comeya w sprawie współpracy sztabu wyborczego Trumpa z Rosją. Jednak, jak twierdzi ekspert, tego typu komentarze, jakoby amerykańscy prezydenci podejmowali działania związane z polityką zagraniczną, żeby odwrócić uwagę od spraw wewnętrznych, pojawiają się zawsze. Jako przykład podaje Zippergate (tzw. aferę "rozporkową") za czasów prezydentury Billa Clintona.

- Nie wydaje mi się, żeby akurat ten zabieg był bezpośrednio stymulowany problemami z podejrzeniami o współpracę z Rosją - ocenia dr hab. Paweł Laidler.

Jednak problem podejrzeń istnieje i - jak podkreśla ekspert - prawdopodobnie będzie powracał.

- To może być dla Trumpa trudny moment konfrontacji politycznej z Demokratami w Kongresie. Możliwe, że trudno mu będzie cokolwiek zrobić, żeby nie tyle opinia publiczna, ale kongresowe komisje, które będą się zajmowały analizą tej sytuacji, nie skupiły się głównie na tym - podkreśla ekspert.

Wieszczą "polityczny koniec" Donalda Trumpa

Dr hab. Paweł Laidler ocenia, że - z czysto ludzkiej perspektywy - raczej nie jest możliwe, by Trump żył w nieświadomości kontaktów swojego sztabu z Kremlem.

- Pytanie jest takie: czy wiedział "przed" i stymulował pewne działania, czy uzyskał informacje już "po"? Ważne jest, żeby w  toku śledztwa wyszło, co rzeczywiście Trump wiedział i na ile pewne rzeczy są przypadkiem, a nie konkretnymi działaniami, które mogłyby mu przynieść korzyści - nie tylko polityczne, ale i gospodarcze - twierdzi.

Są tacy, którzy już wieszczą "polityczny koniec" Donalda Trumpa. Nad tym, czy będzie to pierwszy prezydent usunięty w trybie impeachmentu, zastanawiają się media na całym świecie. Jednak, jak podkreśla dr hab. Paweł Laidler, trudno odpowiedzieć, czy taka procedura w ogóle zostanie wszczęta.

Jako potwierdzenie swoich słów przywołuje przykład poprzednich prezydentów USA. Pozornie drobna sprawa relacji Billa Clintona ze stażystkami przełożyła się na proces sądowy, który prawie doprowadził do impeachmentu. Podobnie wiele śledztw wskazywało na szeroką wiedzę Ronalda Reagana w sprawie afery Iran-Contras. Jednak, jak podkreśla ekspert, zarówno w przypadku pierwszego, jak i drugiego, procedura ta nie została uruchomiona.

- Bazując na historii Stanów Zjednoczonych nie można wyrokować, czy dana kwestia wystarczy do impeachmentu. Na pewno Demokraci będą próbowali to uczynić, jednak Republikanom kompletnie nie opłacałoby się usunięcie go - ocenia ekspert.

- Trump i Republikanie mają w tym momencie większość w Senacie i w Izbie Reprezentantów. Posiadają narzędzie, którego nie mieli od wielu lat i spodziewam się, że bez względu na zagadnienia, jakie będą się co jakiś czas pojawiać, raczej postarają się hamować proceduralne działania Demokratów w tym zakresie - uważa dr hab. Paweł Laidler.

Podkreśla jednak, że wciąż nie wiemy, co konkretnie znajduje się w dokumentach.

- W tej chwili - patrząc z perspektywy obserwatora na to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych - z oficjalnie napływających informacji nie ma podstaw do wszczęcia procedury impeachmentu przeciwko Trumpowi. Nie znaczy to jednak, że ilość tych pojedynczych spraw, które w ostatnim wypływają na światło dzienne, nie doprowadzi w przyszłości do działań proceduralnych w tym zakresie - mówi ekspert.

- Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, czy część tych zagadnień ma tylko charakter medialny, czy to już konkretne informacje, które mogą przerodzić się w zarzuty w najbliższym czasie - komentuje dr hab. Paweł Laidler.

Joanna Bercal

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje