Jackowski: Obniżka pensji powinna solidarnie dotyczyć wszystkich

Jan Maria Jackowski /Tomasz Radzik /East News

"Polacy mają negatywny stosunek do poziomu zarobków w spółkach Skarbu Państwa. Pojawia się cały szereg doniesień medialnych, że niektórzy radni PiS pracujący w spółkach - mimo że nie zawsze są specjalistami - zarabiają po kilkaset tysięcy złotych rocznie, a ich zarobki wielokrotnie wzrosły po naszej wygranej w wyborach parlamentarnych w 2015 roku. Tego rodzaju sytuacja absolutnie przeczy słowom prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który mówił, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy. Ta sprawa wymaga uporządkowania".

Reklama

Z senatorem PiS Janem Marią Jackowskim rozmawiają Aleksandra Gieracka i Jolanta Kamińska.


Aleksandra Gieracka, Jolanta Kamińska: Na najbliższym posiedzeniu Senat ma zdecydować w sprawie obniżki zarobków parlamentarzystów o 20 procent. Chętnie zagłosuje pan za zmniejszeniem własnej pensji?

Jan Maria Jackowski: - Na razie nie odbyła się jeszcze dyskusja na forum senackiej części Klubu Parlamentarnego PiS. Po przeprowadzeniu tej dyskusji podejmiemy decyzję i będę głosował zgodnie ze stanowiskiem klubu.

Reklama

Nawet mimo tego, że ocenia pan krytycznie ten pomysł? "Mamy jedne z najniższych uposażeń osób sprawujących ważne funkcje państwowe w stosunku do średniej krajowej z wszystkich krajów UE. (...) Obniżanie może spowodować korupcjogenność i inne negatywne zjawiska" - to pańskie słowa z wywiadu dla "Dziennika Gazety Prawnej".

- Cytowałem ekspertów zajmujących się transparentnością życia publicznego. Będziemy dyskutować na ten temat. Rozmowa odbędzie się podczas posiedzenia klubu w najbliższym tygodniu. Jeszcze nie wiem, jaki będzie jej efekt. Nie wiadomo na przykład, czy nie pojawią się poprawki, i jakie będzie stanowisko klubu wobec nich.

Sejm szybko przyjął zmianę. Na ostatnim posiedzeniu Senatu nie zajęto się nią, mimo że senacka komisja zarekomendowała przyjęcie przepisów obniżających pensje bez poprawek. W Senacie sprawa natrafiła na opór?

- Z przyczyn zdrowotnych nie uczestniczyłem w ostatnich dwóch dniach posiedzenia Senatu, więc nie wiem, dlaczego to się przeciągnęło. Ale proszę zauważyć, że ta obniżka nie dotyczy wszystkich parlamentarzystów, bo uposażenia członków prezydiów Sejmu i Senatu nie zostaną uszczuplone. Podobnie w przypadku parlamentarzystów, którzy są ministrami lub sekretarzami stanu. A więc niższych uposażeń - jak na razie - nie będzie miało kilkudziesięciu parlamentarzystów, co sprawia oczywiste wrażenie, że są równi i równiejsi. Podkreślam to z całą mocą. To nie jest rozwiązanie systemowe.

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński wysłał jednak wniosek do prezydenta o obniżenie uposażeń prezydium, podobny wniosek zapowiedział marszałek Senatu. Uważa pan cięcia pensji za niesprawiedliwe, a mimo to, jeśli będzie trzeba, to zagłosuje pan "za"?

- Zagłosuję zgodnie ze stanowiskiem klubu, ale uważam, że jeżeli robimy redukcję, to ona powinna solidarnie dotyczyć wszystkich.

Nagrody, które wywołały oburzenie wśród Polaków, trafiały do członków rządu, a pensje obniża się wam - parlamentarzystom.

- Sprawa nagród wzbudziła negatywne emocje społeczne. Problem jest jednak znacznie głębszy, bo Polacy mają też negatywny stosunek do poziomu zarobków w spółkach Skarbu Państwa. Pojawia się cały szereg doniesień medialnych, że niektórzy radni PiS pracujący w spółkach - mimo że nie zawsze są specjalistami - zarabiają po kilkaset tysięcy złotych rocznie, a ich zarobki wielokrotnie wzrosły po naszej wygranej w wyborach parlamentarnych w 2015 roku. Tego rodzaju sytuacja absolutnie przeczy słowom prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który mówił, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy. Moim zdaniem, to jest sprawa, która wymaga uporządkowania. 

Po dymisji ministra skarbu Dawida Jackiewicza w 2016 roku premier Szydło zapowiadała, że poprawi nadzór nad spółkami, a prezes Kaczyński grzmiał: "gorącym żelazem wypalimy tych, którzy myślą tylko o sobie w urzędach i spółkach". Podjęto działania w tym kierunku?

- Nic mi na ten temat nie wiadomo. Jaki dziś jest tego efekt, wszyscy widzimy. Uważam, że to najbardziej bulwersuje elektorat PiS. 

Kierownictwo partii popełniło błąd, nie dając zielonego światła na wprowadzenie czytelnych przepisów obsadzania stanowisk w spółkach?

- Nie chciałbym mówić w kategoriach błędu. Stwierdzam fakty. A faktem jest, że znajdujemy się w toku kampanii. Bardzo wysokie zarobki niektórych samorządowców PiS, zatrudnionych w spółkach, będą kładły się cieniem na samorządowej kampanii wyborczej zwłaszcza lokalnie, tam gdzie będą kandydowali. 

Za to po kieszeni dostaną: wójtowie, burmistrzowie, prezydenci miast, starostowie, oraz marszałkowie województw. Z tą sprawą PiS uporało się najszybciej, bo już 15 maja rząd wydał rozporządzenie zmniejszające pensje samorządowców.

- Już docierają  do mnie sygnały, że w lokalnych strukturach PiS dochodzi z tego powodu do napięć, i nawet samorządowcy PiS krytycznie oceniają tę redukcję. Finalnie wszystko będzie zależało od rady powiatu - jeśli mówimy o staroście, czy wicestarostach, rady gminy - w przypadku wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, oraz rady sejmiku - jeśli chodzi o członków prezydium województw i marszałków. System jest nieszczelny - niektóre rady mogą zdecydować o obniżce, inne nie, a wojewoda może wydać postanowienie zastępcze. Sprawdzenie tego w postępowaniu sądowym odłoży sprawę na kilka miesięcy, a może lat. Mamy do czynienia z pewnego rodzaju fikcją i zamieszaniem, które negatywnie może się odbić na wynikach wyborów.

Obniżka pensji to PR-owa zagrywka czy gaszenie pożaru, który wybuchł po nagłośnieniu sprawy nagród i przejazdach "konwoju wstydu", zorganizowanego przez PO?

- Proszę pytać tych, którzy zaproponowali obniżkę. Przewodniczący Klubu Parlamentarnego PiS Ryszard Terlecki powiedział zresztą, że jest to gest pod publiczkę, a więc element populizmu. Tyle mogę na ten temat powiedzieć.

Sprawa nagród to nie jedyny kryzys, jaki wybuchł w obozie rządzącym w ostatnim czasie. Odetchnęliście z ulgą, kiedy protestujący w Sejmie niepełnosprawni poinformowali o zawieszeniu strajku i opuścili budynek parlamentu?

- Protestujący zwrócili uwagę opinii publicznej na bardzo ważny problem, który wymaga systemowego rozwiązania. Uważam, że decyzja o zawieszeniu protestu była racjonalna i nie zamyka pola do dyskusji o tych problemach, co deklarują zarówno przedstawiciele rządu jak i pan prezydent. Mam nadzieję, że dialog będzie trwał i wszelkie regulacje w tej sprawie będą konsultowane ze środowiskiem, które protestowało.

Mówi pan o dialogu, tymczasem Iwona Hartwich, informując o zawieszeniu protestu, powiedziała, że "rząd nie jest gotowy do dialogu, a jedynie do monologu". Przypomniała, że protestujący proponowali cztery kompromisy.

- W przypadku osób niepełnosprawnych potrzebujemy rozwiązań, które będą elastyczne, ale i precyzyjne oraz systemowe. Trzeba przedefiniować kryteria niepełnosprawności tak, aby większa pomoc dla jednej grupy nie spotkała się z zarzutem nierównego traktowania innych. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wskazywało, że konieczne jest określenie poszczególnych grup osób niepełnosprawnych i dostosowanie pomocy do ich potrzeb. Proszę też pamiętać, że jesteśmy rządem, który najwięcej zrobił dla niepełnosprawnych.

Pytanie, czy nie można było zrobić więcej? Protestujący domagali się 500 zł tzw. dodatku na życie.

- Wydaje mi się, że w tej sytuacji było to maksimum możliwości. Tak deklaruje rząd. 

40 dni - nie wydaje się panu, że ten protest trwał za długo? Że można było wypracować w tym czasie kompromis?  

- Protest niewątpliwie trwał za długo, ale proszę zauważyć, że strona protestująca trzymała się sztywno swoich postulatów. Dopiero, w zasadzie, w ostatniej fazie pojawiła się propozycja, by rozłożyć w czasie dochodzenie do docelowej kwoty 500 zł i by środki na ten cel przeznaczyć z kolejnego budżetu. To jest pewne światło w tunelu. Stwarza nadzieję, że w miarę poprawiającej się sytuacji budżetowej, te postulaty będą mogły być w sposób bardziej pożądany przez protestujących uwzględniane. Ale nie zapominajmy, że rząd starał się wyjść naprzeciw oczekiwaniom: podniesiono rentę socjalną i zaproponowano pomoc rzeczową, która jednak nie satysfakcjonuje protestujących, ale jest lepszym stanem, niż ten, który był do tej pory.

A czy wypowiedzi parlamentarzystów PiS o tym, że protestujące matki "traktują dzieci jak żywe tarcze", że "Straż Marszałkowska powinna wynieść protestujących i przekazać polskiej policji", że "znalazłaby się paragraf na rodziców, którzy przetrzymują swoje dzieci w Sejmie", albo o "trudnym do zniesienia smrodzie" w miejscu protestu, były na miejscu?

- Pozostawiam je ocenie wyborców.

Politycy obozu rządzącego powinni przeprosić za te słowa?

- Poseł Żalek przeprosił.

Tylko on. A co ze Stanisławem Piętą, Bernadettą Krynicką, Krystyną Pawłowicz?

- Proszę ich pytać. Ja uważam, że ocenią ich wyborcy.

Gorzkie słowa płynęły też z telewizji publicznej. Jeden z materiałów wieczornego wydania "Wiadomości" zatytułowano: "Awanturnicy nie chcą dialogu i porozumienia". Jak pan - jako członek senackiej komisji kultury i środków przekazu oraz były dziennikarz - ocenia taki sposób informowania? Jak to się ma do misji, którą media publiczne powinny pełnić?

- Ja przede wszystkim uważam, że aby TVP mogła wypełniać misję, którą nałożył na nią ustawodawca, powinna mieć stałe źródło finansowania. Teraz mamy do czynienia z pewną fikcją funkcjonowania medium publicznego, które przy obowiązującym systemie finansowania, nie jest w stanie bez korzystania m.in. ze środków reklamowych, w pełni realizować tę misję. I to jest oskarżenie pod adresem tych, którzy już po 2015 roku zapowiadali kolejne ustawy dotyczące sposobu finansowania mediów publicznych. Wszystkie skończyły się widowiskową katastrofą. Telewizja publiczna może bronić się powiedzeniem, które ukuł Robert Kwiatkowski 20 lat temu, kiedy pełnił funkcję prezesa telewizji: "tyle misji, ile abonamentu".

Panie senatorze, uważa pan, że brak dobrego finansowania ma być usprawiedliwieniem używania w medium publicznym tak pejoratywnych określeń w stosunku do niepełnosprawnych?

- Gdyby finansowanie było inne, to przekaz by się zmienił. Uważam, że wówczas telewizja mogłaby robić więcej ambitnych programów, staranniej przygotowywać swoje materiały i bardziej dbać o wypełnianie misji. 

Skoro obywatele nie płacą abonamentu, mogą dostawać propagandowy przekaz?

- To nie jest absolutnie zarzut pod adresem obywateli. Oni mają prawo oczekiwać, że telewizja będzie zgodnie z ustawą wypełniała swoją misję. Natomiast to wszystko dzieje się z winy polityków, którzy nie potrafią zapewnić stabilnego finansowania mediom publicznym i instytucji odpowiedzialnych za system medialny w Polsce, które nie potrafią wyegzekwować realizacji misji mediów publicznych opisanej w ustawie o radiofonii i telewizji.

I z tego powodu nie trzeba przywiązywać wagi do standardów? Mówimy o programie informacyjnym, który powinien cechować się rzetelnością i sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów, jak mówi ustawa o radiofonii i telewizji.

- Media publiczne, w myśl ustawy, powinny tworzyć otwarte forum debaty publicznej. To znaczy, że w jej przestrzeni mają być prezentowane różne poglądy. Jeśli pojawiają się uwagi do tego, jak w warstwie informacyjnej jest realizowana misja, ktoś jest niezadowolony, to może działać, m.in. złożyć skargę do KRRiT lub Rady Mediów Narodowych, która w sposób bezpośredni ma wpływ na media publiczne, bo prowadzi postępowania dotyczące wyłaniania władz w tych mediach.

Określanie protestujących "awanturnikami" nadaje się w pana opinii na skargę?

- Jeżeli ktoś uważa, że ten sposób przedstawianie niepełnosprawnych odbiega od standardów, które powinny prezentować media publiczne, jak najbardziej ma prawo ją złożyć.

Pytamy, jak pan uważa.

- Nie widziałem tego materiału, więc nie jestem w stanie tego stwierdzić.

Nie ogląda pan programów informacyjnych w mediach publicznych?

- Czasami to robię, ale ja naprawdę dużo pracuję, więc nie mam czasu, by śledzić je uważnie.

Pracuje pan jednak w komisji, która zajmuje się tematyką mediów publicznych. Powinien mieć pan rozeznanie w tej sprawie.

- Opieram moją pracę w komisji na informacjach, które uzyskuję od KRRiT prowadzącej stały monitoring mediów. Ludzie, którzy tam pracują, mają najlepszą wiedzę i informacje np. jeśli chodzi o czas antenowy jaki ma opozycja, a jaki rząd, czy jest zachowana zasada pluralizmu. Oni mają do tego narzędzia. Ja takich narzędzi - jako parlamentarzysta - nie mam, więc nie mogę miarodajnie oceniać jakości oferty programowej TVP.

W trakcie trwania protestu wprowadzono liczne ograniczenia dla protestujących. Utrudniano im dostępy np. do prysznica czy wind, zakazywano wychodzenia na spacery. Czy takie zarządzenia były konieczne?

- Nie znam szczegółów tych zarządzeń. Jestem senatorem, a tym zajmuje się Kancelaria Sejmu, i nawet budynek Senatu jest administracyjnie przez nią zarządzany. Sam podlegałem obostrzeniom.

Dostęp do Sejmu ograniczono także dziennikarzom czy ekspertom, przestając wydawać jednorazowe wejściówki.

- Sam musiałem przełożyć wszystkie spotkania z osobami, z którymi współpracuję merytorycznie, ponieważ nie mogłem się z nimi spotkać na terenie parlamentu, jak to zwykle się odbywało.

Ograniczenia wprowadził marszałek Kuchciński "z przyczyn organizacyjnych i bezpieczeństwa". Zastosowane środki ostrożności były proporcjonalne do zagrożenia?

- Moim zdaniem należało wprowadzić jakieś rozróżnienia. Są osoby, które, owszem, korzystają z jednorazowych przepustek, ale powód ich obecności w parlamencie jest ogólnie znany, np. asystenci społeczni parlamentarzystów, czy eksperci pracujący dla komisji sejmowych i senackich. Moi asystenci nie mogli nawet przynieść mi materiałów, mimo że ich nazwiska widnieją na stronach parlamentu i wielokrotnie w gmachu bywali. Podobnie w przypadku ekspertów, którzy przychodzili na komisje i okazywało się, że do Sejmu nie wejdą.  

Protest się zakończył, a obostrzenia nadal obowiązują. Dwa dni po opuszczeniu gmachu przez protestujących, Kancelaria Sejmu nadal nie wpuściła dziennikarzy do miejsca, gdzie dotychczas pracowali, tłumacząc się "pracami remontowymi i porządkowymi".

- Sam, idąc na spotkanie z paniami, chcąc przejść przez budynek parlamentu, musiałem dwa razy z niego wychodzić, bo są wewnętrznie poblokowane wejścia. Z informacji jakie posiadam, wynika, że w części głównej parlamentu trwają prace remontowo-porządkowe po Zgromadzeniu Parlamentarnym NATO oraz po proteście osób niepełnosprawnych. Od 1989 roku regularnie bywam w Sejmie i z tego rodzaju obostrzeniami - na taką skalę - pierwszy raz się spotykam, ale z drugiej strony wszyscy są zgodni, że dotąd nie było takiego protestu. Te restrykcje dotykają wielu osób, w tym również setki pracowników Kancelarii Sejmu i Senatu. Jeśli chodzi o dziennikarzy, to uważam, że regulacje w tym zakresie powinny być racjonalne, elastyczne i umożliwiające dostęp do polityków. Na tym polega istota demokracji.

Protest niepełnosprawnych wpłynie negatywnie na wizerunek PiS-u, który obiecywał troszczyć się o najsłabszych?

- Co do tej oceny, są dwie generalnie postawy. Jedni uważają, że dialog powinien być prowadzony do końca, a protest nie powinien być absolutnie niczym ograniczony i jakby miał trwać pół roku, to proszę. Inni z kolei uważają - i ta grupa nie jest mała - mam takie sygnały z bardzo różnych środowisk, nie tylko sympatyków PiS, że jednak parlament powinien być instytucją, w której przestrzega się prawa i porządku. Z tego punktu widzenia protest nie powinien mieć miejsca. Obwiniają marszałka Kuchcińskiego i Kancelarię Sejmu o to, że w ogóle do niego dopuścili. Oceny są zatem bardzo różne. Natomiast same obrazki z sytuacji, jakie miały miejsce w trakcie protestu, na pewno nie budują prestiżu parlamentu. 

Rozmawiały: Aleksandra Gieracka i Jolanta Kamińska


***

Zobacz również pozostałe wywiady z cyklu Rozmowa Interii: 


Petru: Nie muszę być liderem, ale chcę mieć wpływ

Romaszewska: To jeszcze nie koniec zmian 

Kopacz: PiS dostanie czerwoną kartkę 

Waszczykowski: Podobno dostałem przydomek "Mr. Presence" 

Fedorowicz: Tusk powinien być prezydentem Polski 

Czarzasty: Moją rolą jest podawanie ręki

Kluzik-Rostkowska: Kaczyński postanowił zrobić sobie nowy 1989 r.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje