"Ostatnia linia obrony Hanny Gronkiewicz-Waltz runęła"

Jan Śpiewak /Andrzej Hulimka /Reporter

- Prezydent Warszawy gra w spektaklu rozpisanym jej przez PiS. W dodatku spełnia swoją rolę, i to w sposób widowiskowy - ocenia Jan Śpiewak, radny warszawskiej dzielnicy Śródmieście i lider stowarzyszenia Wolne Miasto Warszawa.

Reklama

Jolanta Kamińska, Interia: Dotychczas Hanna Gronkiewicz-Waltz tłumaczyła, że nie stawi się przed komisją weryfikacyjną zajmującą się aferą reprywatyzacyjną, wskazując, że istnieje spór kompetencyjny między prezydent stolicy a komisją. Sprawę skierowała do NSA, który w czwartek wniosek oddalił, stwierdzając, że "nie ma podstaw do kwalifikowania takiej sytuacji jako sporu kompetencyjnego". W obliczu tej decyzji prezydent powinna stawić się przed komisją?   

Jan Śpiewak: - Ostatnia linia obrony runęła. Choć i tak była mocno naciągana, miała sprawić wrażenie, że pani prezydent chodzi o coś więcej niż ratowanie własnej skóry, że rzeczywiście istnieje tu faktycznie spór prawny. Pani prezydent już wcześniej powinna się stawić przed komisją. To ona od dekady jest prezydentem stolicy i to ona odpowiadała za reprywatyzację. Dlatego teraz powinna stanąć przed komisją i wyjaśnić, dlaczego w ratuszu doszło do tylu patologii i łamania prawa. 

Reklama

Jednak pani prezydent idzie w zaparte i zapowiada, że nie stawi się przed komisją. Nie przekonała jej decyzja NSA, nie przekonują ją kolejne grzywny. 

- Hanna Gronkiewicz-Waltz gra w spektaklu rozpisanym jej przez PiS. To jest niesamowite, bo spełnia swoją rolę, w sposób widowiskowy. PiS nie mógł sobie wyobrazić lepszej sytuacji niż aktualna, że pani prezydent nie przychodzi na komisję, kiedy już wszyscy zdążyli zauważyć, że to co działo się w Warszawie to jeden wielki wał. 

Postawa prezydent coraz bardziej ciąży Platformie? "Orzeczenie NSA trochę zmienia sytuację i powinno być powodem nowych przemyśleń"- powiedział Sławomir Neumann, deklarując, że partia będzie rozmawiać z Hanną Gronkiewicz-Waltz, by jednak stawiła się przed komisją.    

- PO jest zakładnikiem Hanny Gronkiewicz-Waltz. Trzeba pamiętać, że to, co działo się w Warszawie, miało akceptację radnych stolicy. Warszawskie struktury partyjne były zawsze pod kontrolą ludzi związanych z Grzegorzem Schetyną. Przypomnę choćby uchwały radnych dotyczące likwidacji gimnazjum przy ul. Twardej. Cała warszawska PO w tym partycypowała. Druga sprawa jest taka, że PO od początku przyjęła absurdalną linię komunikacji, że odpowiedzialni za tę aferę urzędnicy niższego szczebla zostali wyrzuceni z ratusza w sierpniu-wrześniu ubiegłego roku i to zamyka temat. Tymczasem z dostępnych informacji wynika, że pani prezydent wiedziała o tym, co się dzieje, a jej podpis figuruje pod wieloma ważnymi decyzjami w kwestii reprywatyzacji.

Osoby związane z ratuszem znaczną winę przypisują Krzysztofowi Śledziewskiemu, głównemu specjaliście z Biura Gospodarki Nieruchomości (BGN), który miał zataić przed prezydent kluczowe dokumenty, za co został zwolniony. 

- Oni wszyscy są w jakiś sposób umoczeni. Robienie ze Śledziewskiego bohatera przez PiS jest nieporozumieniem. On jako pierwszy zeznawał przed komisją, obciążając prezydent. To, że potem dostał posadę w szpitalu nie dodaje wiarygodności komisji. Nie zmienia to jednak faktu, że w BGN i w ogóle w warszawskim ratuszu panowała quasi mafijna zmowa milczenia. Tajemnicą poliszynela był fakt, że kradnie się kamienice. O tym wiedzieli ludzie spoza ratusza, np. z branży prawniczej. Dlatego sytuacja, w której pracownik średniego szczebla - jak Śledziewski - mógł nie wiedzieć, co się dzieje, wydaje się być mało wiarygodna. 

W czwartek przesłuchano byłego wiceprezydenta Jarosława Jóźwiaka. Jak ocenia pan jego zeznania? 

- Jego rola jest najciekawsza jeśli chodzi o działkę przy ul. Chmielnej 70. Kiedy wybuchła afera, to on był osobą, która swoją twarzą firmowała wyjaśnienia pt. "to Ministerstwo Finansów jest winne, a umowy odszkodowawcze nie do końca są ważne" itd. Reprezentował wersję wydarzeń, która była po prostu nieprawdziwa. Członkowie komisji nie docisnęli go za to. 

Patryk Jaki sprawdza się jako szef komisji weryfikacyjnej? 

- Uważam, że mógłby niejednokrotnie wykazywać się większą cierpliwością i wstrzemięźliwością. Jest sprawny i robi to, co do niego należy. Choć uważam, że niektórym świadkom odpuszcza zdecydowanie za łatwo. Choć uczciwie trzeba przyznać, że jest to bardzo skomplikowany temat. Mnie wiele lat zajęło, by zrozumieć, na czym to polega i wejść w szczegóły. 

Zanim komisja rozpoczęła pracę mówił mi pan, że jest sceptycznie nastawiony do jej działań. Jaka dziś jest ta ocena? Komisja weryfikacyjna przywraca społeczną sprawiedliwość czy raczej stała się narzędziem politycznym? 

- Jest oczywiście organem politycznym, co nie zmienia faktu, że wykonuje robotę, którą ktoś musiał wreszcie zacząć wykonywać. W normalnym państwie prawa powinna się tym zajmować przede wszystkim prokuratura i sama prezydent miasta, bo to jej kompetencje. W sytuacji takiego kryzysu instytucjonalnego - bo to oburzające, że doszło do sytuacji, kiedy latami wydano tyle decyzji z naruszeniem prawa - zarzutem do komisji nie jest to, że unieważnia decyzje reprywatyzacyjne, ale jak proceduje i czy będzie mogła faktycznie udowodnić, że kamienice z lokatorami kupowano w złej wierze. Bardzo trudno udowodnić komuś, że kupując kamienicę wiedział, że została pozyskana na skutek przestępstwa. 

Komisja weryfikacyjna dotychczas uchyliła kilka decyzji wydanych z upoważnienia prezydent Warszawy. Jakie są realne skutki tych działań? 

- Najistotniejsza jest tu kwestia lokatorów, bo to oznacza, że ich stan prawny się poprawia. Oni przez lata byli traktowani jak worek kartofli. Oddawano ich razem z kamienicami. Tracili mieszkania a niektórzy nawet zdrowie. Jeśli wreszcie stwierdzono, że działo się to na podstawie decyzji wydanych z naruszeniem prawa, to oni mają prawo do odszkodowania, którego mogą się domagać na drodze cywilnej. Domagać się go mogą od Skarbu Państwa czy od prezydenta Warszawy. Państwo traci na tym dwukrotnie. Przez reprywatyzację straciliśmy gigantyczny majątek, a teraz jeszcze - jeśli tak zdecyduje sąd - konieczna będzie wypłata odszkodowań.   

Kiedy zapadała decyzja w sprawie kamienicy przy ulicy Poznańskiej, Patryk Jaki mówił, że teraz mieszkańcy mogą czuć się bezpiecznie. Czy nie są to słowa na wyrost? 

- Tak, to są słowa na wyrost. Zanim decyzje komisji się uprawomocnią minie bardzo dużo czasu, więc ci ludzie, którzy zostali poszkodowani, będą zawieszeni w takiej tymczasowości. Ich sytuacja prawna się polepsza, jednak nie mogą być pewni, że wynajmą mieszkanie od państwa na preferencyjnych warunkach. 

W grudniu komisja ma zająć się kamienicą przy Noakowskiego 16, którą przyjęła rodzina Hanny Gronkiewicz-Waltz. PO uważa, że komisja chce w ten sposób przeprowadzić lincz na pani prezydent. 

- Ta sprawa jest nie do obrony, dokumenty są jednoznaczne. Zakładając najlepszy scenariusz dla pani prezydent, to przynajmniej od 2012 roku miała dokumenty świadczące o tym, że kamienica przy Noakowskiego 16 znalazła się w rękach jej męża na skutek przestępstwa. Od 2012 - de facto od 2007, bo już wtedy pisał o tym "Wprost" - pani prezydent wiedziała, że to jest lewe i powinna na nowo rozpocząć postępowanie, żeby tę sprawę wyjaśnić. Miała na to co najmniej 4 lata, a de facto 9 lat (od 2007 roku - przyp. red.), i nie zrobiła tego. To pokazuje, że król jest nagi. Jej rodzina sama wzbogaciła się na dzikiej reprywatyzacji, a co więcej dotyczy to majątku pożydowskiego. Okazuje się, że na gehennie Żydów w czasie II wojny światowej rodzina pani prezydent zarobiła około dwóch milionów złotych. 

Pani prezydent powinna usłyszeć zarzuty prokuratorskie w związku z aferą reprywatyzacyjną? 

- Czekam na nie, bo jeśli nie chce wytłumaczyć się przed komisją, to niech się tłumaczy przed sądem. Nie można przejść do porządku dziennego nad tym - nawet zakładając, że nie było tam kwestii osobistych korzyści - że nielegalnie wytransferowano tak gigantyczny majątek. Za to są w kodeksie karnym paragrafy. Mam nadzieję, że w tym przypadku zostanie przywrócone znaczenie słowa odpowiedzialność. 

Czy dzika reprywatyzacja obciąży kandydata PO w walce o urząd prezydenta Warszawy? 

- Zależy kogo wystawią i jaką będą mieli komunikację w wyborach, bo afera reprywatyzacyjna obejmuje problem kilka dzielnic. Trzeba pamiętać, że PO miała zawsze duże poparcie w Warszawie. Dziś ma większość w radzie miasta, rozbudowane struktury i utrzymujące się poparcie, co daje jej bardzo duże szanse. 

A więc ta afera nie będzie poważnie rzutować na wynik w stolicy? 

- Myślę, że będzie, pytanie czy całkowicie przekreśli szansę kandydata Platformy.

Rozmawiała: Jolanta Kamińska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje