#CivilMarchForAleppo. Z białymi flagami do oblężonego miasta

Marsz na rzecz Aleppo rozpocznie się 26 grudnia /CivilMarchForAleppo/ /facebook.com

"Nieprawda, że tylko politycy coś mogą. Nas jest więcej. Trzeba przekuć łzy sprzed monitorów, złość i bezsilność w coś ważnego. W coś, czego jeszcze nikt na świecie nie spróbował" - napisała pod koniec listopada na Twitterze Polka mieszkająca w Berlinie, Anna Alboth. Kilka dni później na ustach kilku tysięcy ludzi wybrzmiało jedno zdanie: "Idziemy do Aleppo!".

Reklama

26 grudnia trzy tysiące osób wyruszy z Berlina do Aleppo w Obywatelskim Marszu Pokoju (Civil March For Aleppo).

"Jesteśmy tylko garstką zwykłych ludzi. Nie reprezentujemy żadnej konkretnej partii politycznej ani organizacji. Będziemy nieśli białe flagi" - piszą uczestnicy w swoim manifeście.

Reklama

Chcą, by cały świat odebrał ich wiadomość: "Już dosyć! Ta wojna musi się skończyć!".

"A co, jakbyśmy tam wszyscy razem poszli?"

Pomysł zrodził się w Berlinie, w mieszkaniu Anny Alboth. Dziennikarka i podróżniczka mieszka w Niemczech ze swoim mężem i dwójką dzieci: Milą i Hanią. Swoje mieszkanie od ponad roku dzielą z dwójką Syryjczyków. W ubiegłym roku Polka zorganizowała akcję "Gość-inność", dzięki której zebrała tysiące śpiworów dla uchodźców przybywających do Berlina.

Kiedy media obiegały kolejne wiadomości o dramatycznej sytuacji w Aleppo, Anna Alboth natknęła się na zdjęcie wcześniaków, które były wyjmowane przez pielęgniarki z inkubatorów. W szpital w Aleppo właśnie trafiły bomby.

"A co, jakbyśmy tam wszyscy razem poszli? Wszyscy! Jeśli to może coś zmienić, poszedłbyś ze mną?" - zapytała Anna na Facebooku. Potem zadzwoniła do swojej mamy. Usłyszała krótką odpowiedź: "No to idziemy".

- To był moment. Myślę, że emocje zbierały się we mnie długo, podczas wielu spotkań z Syryjczykami, podczas oglądania i czytania wiadomości z Aleppo. Ale samo rzucenie hasła: "A co, gdybyśmy tak poszli?" trwało chwilę. Potem kluczowym był odbiór tego hasła. Momentalnie dostawałam odpowiedzi: "Jak ty pójdziesz, to idę", "Jak wielu z nas pójdzie, to chodźmy". W kilkadziesiąt godzin stworzyła się ekipa organizacyjna i teraz już kula śniegowa się toczy - opowiada Anna Alboth. 

"Nadszedł czas, aby działać"

Autorka książki i bloga "Rodzina bez granic" pisze, że wyobraziła sobie oblężoną Warszawę albo otoczony Berlin, za pięć lat, w środku kolejnej, strasznej wojny.

"Wyobraziłam sobie, że siedzę w swojej piwnicy, że nie mam już łóżka, ani garnka. Ale mam... internet. Więc korzystam. Wysyłam w świat wiadomości: o bombach, o tym, jak jest źle. Mam statystyki: widzę, w ilu krajach na świecie, ile milionów osób to obejrzało! Widzę smutne buźki i serduszka. Widzę, ile milionów ludzi... nic nie zrobiło" - czytamy na jej blogu.

Właśnie wtedy nadszedł dla niej i wielu innych Europejczyków i ludzi z Zachodu czas, aby działać.

"Nie możemy już dłużej siedzieć przed naszymi laptopami, patrzeć i nic nie robić. Mamy już dość klikania w facebookową ikonkę 'przykro mi', pisania 'to straszne' i 'jesteśmy tak bezsilni'. Bo nie, nie jesteśmy! Dlatego idziemy do Aleppo. Z Niemiec do Aleppo, wzdłuż tak zwanego 'szlaku uchodźczego', tyle że w przeciwnym kierunku" - czytamy w manifeście Civil March For Aleppo.

- Po tygodniu mamy już ponad 1400 osób, które chcą się przyłączyć. I kilka tysięcy zainteresowanych. Odbiór jest niezwykły: i przeciętnych Europejczyków, i ludzi na trasie, i uchodźców, i samych Syryjczyków w Aleppo - mówi Anna Alboth. Jak dodaje, to znak, jak bardzo jakiś ruch jest potrzebny i oczekiwany w Syrii. Jeden z mieszkańców Aleppo wyznał jej, że od lat nie słyszał lepszej wiadomości. "Dzieci poprosiły, by pokazać im na mapie, gdzie jest Polska, z której pochodzisz" - powiedział Annie.

Odpowiedź z Watykanu

Do marszu z dnia na dzień dołącza coraz więcej osób. Uczestnicy wspólnie organizują wsparcie medyczne, rozmawiają z VIP-ami, zajmują się procedurami prawnymi, pracują nad logistyką marszu.

Tydzień temu Anna napisała na Instagramie: "W niedzielę posłuchajcie papieża". Na apel Franciszka nie trzeba było długo czekać.

"Codziennie jestem blisko ludności Aleppo. Nie możemy zapominać, że Aleppo to miasto, że są tam ludzie: rodziny, dzieci, osoby starsze, chorzy" - mówił papież podczas niedzielnej mszy na Placu św. Piotra.

"Nie możemy zapominać, że Syria jest krajem bogatym w historię, kulturę, wiarę. Nie możemy godzić się na to, by zostało to zanegowane przez wojnę, która jest sumą przemocy i fałszu" - mocno zaapelował Franciszek, zaznaczając, że wszyscy musimy dokonać wyboru: "Nie dla zniszczeń, tak dla pokoju, tak dla mieszkańców Aleppo i Syrii".

Cywile dla cywilów

Tysiące osób, deklarując udział w marszu, oświadczyło, że jest gotowych, by w końcu przełamać bezsilność.

"Chcemy pójść i pomóc ludziom takim jak my, których jedyną winą jest to, że nie mieli szczęścia urodzić się w Berlinie, Londynie czy Paryżu. Nie będziemy dłużej tolerować oblężenia Aleppo. Cywile dla cywilów!" - głosi manifest maszerujących.

Wzdłuż szlaku uchodźczego

Manifestujący pójdą miesiącami na piechotę. Pokonają ponad 3000 km z białymi flagami w rękach. Ramię w ramię przemaszerują z Berlina, przez Czechy, Austrię, Słowenię, Chorwację, Serbię, Macedonię, Grecję i Turcję do Aleppo.

"To długa droga. Dokładnie tak długa jak ta, którą pokonują uchodźcy, żeby ratować swoje życie. Teraz my chcemy ją pokonać, żeby uratować innych" - piszą uczestnicy.

- Mamy jeden jasny, co nie znaczy prosty, cel: żeby cywile w Aleppo mieli dostęp do pomocy humanitarnej. Nie znam się na polityce, a ten konflikt jest już tak skomplikowany i niejednoznaczny, że nawet nie wiedziałabym, pod którą ambasadą mam krzyczeć - mówi Anna Alboth.

Jak podkreśla, ona i setki, a może nawet tysiące osób, które w marszu pójdą, chcą, żeby ten koszmar się skończył.

- Kogo i kiedy ta presja, którą będziemy tworzyć, idąc krok w krok z białymi flagami w kierunku Aleppo, poruszy, żeby powstało rozwiązanie - mnie nie obchodzi. Ale im szybciej to się stanie, tym lepiej dla świata - dodaje.

Jak daleko mają zamiar dojść uczestnicy marszu? Czy aż do samego oblężonego miasta, gdzie spadają bomby, a cywile umierają w ostrzałach?

- Jasne, że najpiękniej by było, gdyby rozwiązania znalazły się już dziś, czy jutro. Żeby już żaden więcej wyjęty z inkubatora wcześniak nie umierał w Aleppo. Ale jeśli potrzeba, żebyśmy wielką grupą, wraz z ważnymi, wpływowymi osobami, szli aż do granicy syryjskiej, to pójdziemy - zapowiada Anna.

"Boję się takiego świata dla moich dzieci"

Zapytana o to, czy się boi, odpowiada: "pewnie". Zaraz potem dodaje jednak: - Ale jeszcze bardziej boję się takiego świata dla moich dzieci. Wszyscy wiemy, że dzieje się największa tragedia czasów, dzięki mediom - świetnie dokumentowana i...? I nic. I wszyscy siedzą i żyją swoim życiem. Nie chcę, żeby ten świat tak wyglądał. Chcę pokazać, że są tacy, którzy siedzieć nie mogą. Chcę to pokazać też moim dzieciom.

W mikołajkowy poranek odkryła w swoich butach ciepły, kolorowy prezent.

"To skarpetki na marsz" - napisał na dołączonym kawałku papieru Mikołaj. "Dziękuję, mój najsłodszy Mikołaju" - odpisała Anna.

Kiedy w mieszkaniu odwiedziła Annę niemiecka telewizja, by zadać kilka pytań odnośnie Civil March For Aleppo, jej 5-letnia córka, Mila, bawiła się właśnie na ziemi.

W pewnym momencie zapytała: "Wszyscy będą mieli białą flagę, prawda?".


Justyna Mastalerz

***

Więcej informacji o Civil March For Aleppo znajdziesz TUTAJ
Zobacz również: Jak Polacy pomagają w Syrii

"Codziennie jesteśmy świadkami poważnych naruszeń"

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje