"Helenka była światłem"

Polska wolontariuszka Helena Kmieć /Damian Klamka /East News

"Ona zachowywała się zwyczajnie, ale była niezwykła... Helenka była światłem. Znikała i pojawiała się z prędkością światła. Ogrzewała jak światło. Żyła porządnie, z pasją i szybko" – w poruszających słowach o Helenie Kmieć, która zginęła tragicznie w styczniu ubiegłego roku w Boliwii, opowiadają jej najbliżsi – rodzice, siostra, przyjaciele.

Reklama

24 stycznia 2017 roku nad ranem polska misjonarka Helena Kmieć została ugodzona nożem podczas napadu na ochronkę dla dzieci w miejscowości Cochabamba. Miała zaledwie 26 lat. Rok po dramatycznych wydarzeniach, do których doszło w dalekim, boliwijskim mieście, opublikowano poruszające wspomnienia o wolontariuszce w książce "Helena. Misja możliwa" Wydawnictwa Salwator. W intymnych rozmowach o Helenie opowiadają jej najbliżsi: rodzice, siostra, wujek, chłopak, przyjaciele i siostry zakonne.

Wspomnień wysłuchali Ewelina Gładysz i Przemysław Radzyński.

Reklama

***

Justyna Mastalerz, Interia.pl: Dwadzieścia cztery rozmowy z najbliższymi Heleny Kmieć, polskiej wolontariuszki zamordowanej rok temu w Boliwii. Która z nich była najtrudniejsza?

Ewelina Gładysz: - To ważne, żeby na początku zaznaczyć - książka "Helena. Misja możliwa" nie jest przez nas napisana, a usłyszana. Bliscy Helenki w momencie, gdy zgodzili się na rozmowę z nami, przeżywali żałobę... Wielki ból, smutek, tęsknotę, całą gamę uczuć po odejściu kogoś, kogo bardzo kochali, kto był dla nich kimś bardzo, ale to bardzo ważnym. Chcąc jednak opowiedzieć o życiu Helenki - "niezwykłym w swej zwyczajności" zgodzili się wpuścić nas do intymnego świata swoich prywatnych wspomnień z Helenką. A my poprzez książkę możemy tę opowieść przekazać dalej. W tym kontekście, spotkaniem, które było dla nas bardzo ważne, była rozmowa z rodzicami Helenki. Odbyła się w jej rodzinnym domu, w Libiążu. Myśląc o tamtym dniu, nie sposób użyć innego słowa niż: wdzięczność.

Dlaczego zdecydowaliście się napisać książkę o Helenie?

Ewelina Gładysz: - W książce mówimy o tym, że Helena przyszła do nas przez pomyłkę, chociaż wiemy dobrze, że u Pana Boga nie ma przypadków ani pomyłek... Faktycznie zdarzyło się tak, że w pierwszych informacjach o dramatycznych wydarzeniach z Boliwii, które przekazywali dziennikarze, pomylono kilka faktów. Pisano m.in. o salezjanach zamiast salwatorianach i o Trzebnicy - naszym rodzinnym mieście, zamiast o Trzebini, w której znajduje się siedziba Wolontariatu Misyjnego Salvator. I zaraz na początku oboje z Przemkiem chwyciliśmy za telefon i próbowaliśmy wyjaśnić te nieścisłości. Wtedy padły pierwsze pytania o młodą, świecką, salwatoriańską misjonarkę. Ale - i to jest najważniejsze w historii o pomyłkach - wtedy też otworzyły nam się serca, a Helena na dobre się w nich rozgościła.

Książka powstała w niecały rok po śmierci Heleny. Kiedy przeprowadziliście pierwsze rozmowy?

Przemysław Radzyński: Pierwsze rozmowy przeprowadzaliśmy kilka tygodni po śmierci Heleny. Cała książka jest oczywiście opowieścią o Helence, ale w pewien naturalny sposób opowiada również o naszych rozmówcach. To dzięki ich pamięci i wspomnieniom mogliśmy na chwilę zajrzeć do świata, w którym żyła Helena. Jeszcze raz podkreślimy, że wszystkie rozmowy powstały w czasie, w którym nasi rozmówcy przeżywali żałobę, więc tym bardziej jesteśmy im wdzięczni. Wiemy, że za pięć, dziesięć lat te same opowieści, być może o tych samych wydarzeniach, będą już brzmiały inaczej...

Pamiętacie pierwszą wizytę w rodzinnym domu Heleny po jej śmierci? Jakie było to dla was przeżycie?

Ewelina Gładysz: - Wzruszenie. Wdzięczność. To słowa, którymi możemy opisać tamten dzień.

Czy wasi rozmówcy chętnie wpuścili was do świata, w którym żyła Helena? Byli gotowi, żeby o niej opowiadać?

Ewelina Gładysz: - W książce są 24 rozmowy. Na wszystkie nasi rozmówcy wyrazili zgodę. Jedno mogę powiedzieć: bliscy Helenki, dzieląc się swoimi wspomnieniami, sprawili, że o jej pięknym i niezwykłym życiu usłyszał świat. W niektórych rozmowach w książce słychać, że dawanie tego świadectwa wiele od nich wymagało...

Mówicie, że to książka nie napisana, a usłyszana. Jaki obraz Heleny rysuje się z opowieści jej bliskich i osób, które ją znały?

Przemysław Radzyński: - Praktycznie wszyscy nasi rozmówcy podkreślają, że to była dziewczyna niezwykła w swej zwyczajności. Pewnie nikt za życia nie myślał o niej, że może być kiedyś ogłoszona świętą. Zaraz po jej śmierci zaczęto głośno o tym mówić. Ale to nie jej śmierć na misji, a całe jej zwyczajnie dobre życie, sprawia, że dziś mówi się o niej w kontekście świętości. Misje w jej życiu, a poza Boliwią, była przecież w Zambii, Rumunii, na Węgrzech, to było coś więcej niż zagraniczne wyjazdy do egzotycznych krajów - to była życiowa postawa nastawienia ku drugiemu człowiekowi, bycia dla niego, z nim. W Zambii Helena pomagała bezdomnym dzieciom, chłopcom wychowywanym na ulicy, z których większość miała za sobą przygody z narkotykami.

Jak Helenę wspominają jej rodzice i siostra?

Ewelina Gładysz: - W sposób szczególny zapamiętałam słowa mamy: "Helenka była światłem. Znikała i pojawiała się z prędkością światła. Ogrzewała jak światło. Żyła porządnie, z pasją i szybko". Rozmowa z rodzicami trwała dość długo, ale tekst, który pojawia się w książce, nie jest zapisem całego spotkania. Wobec odesłanego po autoryzacji wywiadu przyjęliśmy postawę, która wydaje nam się jedyna i słuszna: postawa wdzięczności i pokory. Natomiast z rozmowy z siostrą Helenki, Teresą, w jakiś przedziwny sposób został we mnie fragment o tym, jak Helena wybudzała Teresę rano zraszaczem do kwiatów... Bo ta cała rozmowa to historia o pięknej, prawdziwej, czasem skomplikowanej relacji, jaka panuje między siostrami.

Czy udało się wam poznać Helenę osobiście?

Przemysław Radzyński: - Osobiście nigdy nie poznaliśmy Heleny, ale po rozmowach z jej bliskimi mam wrażenie, że stała się nam dość bliska. Wyobrażam sobie, jak wpada w ostatniej chwili, w mundurku linii lotniczych, w pełnym makijażu na mszę św. do kościoła w Gliwicach albo na jakieś spotkanie Wolontariatu Misyjnego Salvator, przytula się na powitanie, łapie gitarę, żeby coś zagrać, szepcze dobre słowo, które zostaje na długo w sercu, albo przekazuje jakiś drobny upominek przywieziony z podróży i ucieka dalej...

Co dokładnie kryje się pod tytułem książki: "Helena. Misja możliwa"?

Przemysław Radzyński: - Tytuł nawiązuje do fanpage’a na Facebooku, którego założyły Helena i Anita przed wyjazdem do Boliwii: "Bolivia: Mission Possible / Boliwia: Misja Możliwa". Ale mówi coś więcej - że piękne życie, pełne pasji, miłości i dobra do innych, jakie prowadziła Helena, jest z jednej strony misją każdego z nas, ale jest przede wszystkim misją możliwą do wykonania.

Czy dziś, rok po dramatycznych wydarzeniach w Boliwii, wasi rozmówcy widzą w nich sens?

Przemysław Radzyński: - Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek pogodził się ze śmiercią bliskiej osoby w tak dramatycznych okolicznościach. Niektórzy nasi rozmówcy dostrzegają w wydarzeniach z Boliwii sens, inni go absolutnie nie widzą, a inni nie byli gotowi, żeby w ogóle o tym rozmawiać. Minęło niewiele czasu i myślę, że Pan Bóg dopiero może nam wszystkim pokazać to, co teraz jest jednak na poziomie tajemnicy.

Czy którykolwiek z rozmówców mówił o sprawcy tragedii?

Przemysław Radzyński: - Morderca jest wspominany przez kilku rozmówców. Wielu z nich stawia sobie pytania: dlaczego to zrobił, dlaczego zamordował Helenę? Naprawdę trudno byłoby tych pytań nie stawiać...

Jest w nich złość?

Przemysław Radzyński: Nie, i to jest ważne: nie ma w nich złości, a jest przebaczenie...

Jak z wydarzeniami z Boliwii poradziła sobie Anita, która również była na misji w Boliwii? Helena umarła na jej oczach.

Ewelina Gładysz: - Rozmowa z Anitą jest niezwykła z wielu powodów. Po pierwsze Anita opowiada o bardzo intensywnym i radosnym czasie, który razem z Heleną spędziła w Cochabambie. Padają tam takie zdania: "byłyśmy bardzo szczęśliwe, non stop się śmiałyśmy". Potem następują tragiczne wydarzenia z nocy 24 stycznia 2017 roku i nagle Anita w tej opowieści zostaje sama. Jedno, co jej od tej chwili towarzyszy, to mnóstwo pytań. Co to za pytania? I jakie odpowiedzi na nie padają? Już tam w Boliwii Anita dostaje bardzo konkretne odpowiedzi. Warto zajrzeć do całej rozmowy i poznać je wszystkie.

To miał być ostatni wyjazd Heleny na misję. Po powrocie chciała założyć rodzinę. Wysłuchaliście również Michała, chłopaka Heleny...

Ewelina Gładysz: - Wysłuchaliśmy go w marcu ubiegłego roku. Z jego ust padły słowa, które poruszą najbardziej zatwardziałe serce: miłość, tęsknota...

Rozmawialiście również z siostrami Marią Bejzymą Jodłowską i Savią Bezak. To one jako pierwsze dowiedziały się o tragedii, która rozegrała się w ochronce. Co pamiętają z tamtej nocy? Jak opowiadały o tamtych wydarzeniach?

Przemysław Radzyński: - Siostra Bejzyma była tą osobą, do której Anita zadzwoniła jako pierwsza. W momencie, kiedy z nią rozmawialiśmy, emocje były nadal tak silne, że nie była w stanie opowiadać o tych wydarzeniach. Z kolei siostra Savia zdecydowała się podczas rozmowy z nami po raz pierwszy tak obszernie zrelacjonować to, co wydarzyło się tej nocy w ochronce w Cochabambie.

Jak na tragedię zareagowali mieszkańcy Cochabamby? Czy siostry wspominały o tym podczas rozmów?

Przemysław Radzyński: - Siostry, zaraz po tych tragicznych wydarzeniach, przyjmowały wiele wyrazów współczucia od mieszkańców samej Cochabamby, jak i innych Boliwijczyków, bo służebniczki dębickie są tam dobrze znane. Od ponad 30 lat wychowały dziesiątki tysięcy dzieciaków. Tamtejsi mieszkańcy składali kondolencje po mszy św., przychodzili do klasztoru, dzwonili, oferowali pomoc. Ci, którzy sami są rodzicami, prosili, żeby przekazać wyrazy współczucia bliskim Heleny. Mówili nawet, że cierpią tak, jakby to była ich córka. Zresztą słowo "przepraszam", które na pogrzebie Heleny wypowiedziała siostra Savia, przywiezione było do Polski właśnie od Boliwijczyków.

Myślicie, że misja Heleny trwa nadal?

Przemysław Radzyński: - Oczywiście! Tu nawet nie chodzi o nasze subiektywne przekonanie - to jest obiektywna rzeczywistość. Salwatorianie powołali do życia Fundację im. Heleny Kmieć, która uruchomiła m.in. program stypendialny wspierający dzieci w krajach misyjnych. Jedną ze stypendystek tego programu jest dziewczyna z Cochabamby, czyli miejsca ostatniej misji Heleny.

- Poza tym są prywatne świadectwa, że Helena jest ciągle obecna w życiu wielu osób. Ale o tym napiszemy już w kolejnej książce...

Rozmawiała Justyna Mastalerz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje