Pół roku pieszej wędrówki. Polacy pokonali legendarny szlak w USA

Maciej Stromczyński i Grzegorz Ozimiński przed przełęczą Cispus /arch. prywatne Macieja Stromczyńskiego i Grzegorza Ozimińskiego /

25 kilogramów na plecach, 163 dni pieszej wędrówki, 4265 pokonanych kilometrów. W tych liczbach zamyka się niezwykłe dokonanie Grzegorza Ozimińskiego i Macieja Stromczyńskiego - częstochowian, którym udało się przejść legendarny szlak Pacific Crest Trail w Stanach Zjednoczonych. "Głęboko wierzymy, że jesteśmy pierwszymi Polakami, którzy go pokonali" - mówią w rozmowie z Interią. Ich szaleńczy pomysł zrodził się z miłości do gór. I chociaż życiowa wyprawa za oceanem była długa i wyczerpująca, wciąż mają apetyt na więcej.

Reklama

*

Reklama

W ramach akcji #tekstyroku przypominamy najlepsze materiały napisane przez dziennikarzy serwisu Interia Fakty w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

*

Pacific Crest Trail to jeden z trzech najdłuższych i najpopularniejszych szlaków w całych Stanach Zjednoczonych, który prowadzi od granicy meksykańskiej aż po Kanadę. Został wytyczony w 1968 roku, ale jego budowa została zakończona dopiero 25 lat później. Według statystyk Pacific Crest Trail Association, do tej pory szlak ukończyły 4 772 osoby. Wśród nich są dwaj Częstochowianie, który pod koniec października wrócili do Polski po półrocznej wędrówce przez Pustynię Kolorado, górskie przełęcze Sierra Nevada, lasy i malownicze parki narodowe Stanów Zjednoczonych.

Maciej i Grzegorz poznali się kilka lat temu, przypadkowo grając razem w siatkówkę. Skończyli studia w Krakowie, pracują na etacie, ale - jak podkreślają - nie mieli pomysłu, co robić w życiu dalej. - Gdzieś w internecie znalazłem ranking szlaków długodystansowych, bardziej ekstremalnych, wysokogórskich. Jednym z nich był szlak Pacific Crest Trail w Stanach Zjednoczonych. Trafiłem wtedy na film z Reese Witherspoon - mówi Maciek.

O amerykańskim szlaku PCT zrobiło się głośno w 2013 roku za sprawą autobiograficznej powieści Cheryl Staryed "Wild" ("Dzika droga. Jak odnalazłam siebie"). Książka opowiada o wędrówce szlakiem Pacific Crest Trail jako rytuale odkupienia. Wędrówka przez góry i pustynie staje się czasem, w którym główna bohaterka zmierza się z własną z przeszłością, wspomnieniami i demonami. Książka rok po publikacji doczekała się adaptacji kinowej z Reese Witherspoon w roli głównej.

Historyczne przejście w wykonaniu Polaków

- Pogadaliśmy o szlaku przy piwku, zobaczyliśmy go razem w internecie, ale temat umarł - wspominają podróżnicy. - Pomysł powrócił na przełomie 2015 i 2016 roku. W grudniu musieliśmy podjąć decyzję, żeby zgłosić w pracy bezpłatny urlop. Potem już nie było wyjścia. Trzeba było iść - śmieją się.

Grzegorza zamiłowaniem do pieszych wędrówek zarazili już w dzieciństwie rodzice. Maciek pierwsze kroki stawiał na szlakach częstochowskich. Przed wyprawą za ocean obaj mieli już za sobą polskie i słowackie góry. W 2015 roku Maciek wszedł na Mont Blanc. Na legendarny, amerykański szlak wybrali się razem ze względów turystycznych i rekreacyjnych.

- Spotyka się na szlaku takie postawy, jak w filmie "Dzika droga". Nazywaliśmy to: spiritual journey. Ktoś przechodzi wewnętrzne rozterki i myśli, że się tam odnajdzie. Jeżeli tak, to trzeba to podziwiać. Ale my wybraliśmy się tam ze względów sportowo-turystyczno-estetycznych. Kochamy łazić po górach. Pół roku w górach to dla nas raj - opowiada Grzesiek. - To była chęć sprawdzenia się, przeżycia wielkiej przygody - dodaje Maciek.

- Najbardziej zainteresowało nas to, że po polsku nikt o tym szlaku nie pisał. To oznaczało, że raczej żaden Polak przed nami tam nie był. Głęboko wierzymy, że jesteśmy pierwszymi Polakami, którzy go pokonali - mówią z uśmiechem. - Na stronie internetowej PCT jest parę tysięcy nazwisk osób, które go przeszły, przeglądaliśmy te polsko brzmiące, ale nie trafiliśmy na żadnych Polaków - dodają.

Jak na szalony pomysł Maćka i Grześka zareagowali ich najbliżsi?

- Krzykiem - Maciek i Grzesiek odpowiadają pół żartem, pół serio, po czym zgodnie przyznają: - Było ciężko, to na pewno.

- Ja w ogóle nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Śmiałam się, że wpadli na pomysł na kolejną wycieczkę i wcale nie mówią poważnie. Do momentu, aż żegnałam ich na lotnisku - mówi narzeczona Maćka, Sylwia. Jak dodaje, wszystkie uczucia mieszały się wtedy naraz: strach, złość, ale też wsparcie.

- Chciałam iść z nimi, ale nie chcieli mnie wziąć - żartuje sobie Sylwia. - Nie było miejsca - odpowiadają z przekąsem chłopaki.

Piechotą wzdłuż trzech stanów Ameryki

Wędrówkę legendarnym szlakiem przez amerykańskie stany: Kalifornię, Oregon i Waszyngton proponowali też innym znajomym, ale żaden z nich się nie zdecydował. Przyjaciele myśleli, że to ich podróżniczy kaprys, o którym szybko zapomną. Śmiali się i nie dowierzali. Kiedy jednak na początku roku Maciek i Grzesiek ogłosili się na platformie PolakPotrafi, nie było już odwrotu. Wtedy właśnie zaczęli szukać sponsorów, przygotowania ruszyły.

- Mieliśmy ogromne wsparcie od naszych rodzin. Kiedy wszystko się urzeczywistniało, to właśnie oni nam pomagali, wspierali nas dobrym słowem i finansowo - opowiada o początkach wyprawy Grzesiek.

Przygotowania trwały pięć miesięcy. 4 maja 2016 roku wylądowali w Los Angeles. Stamtąd autobusem dotarli do San Diego. Wędrówkę rozpoczęli dokładnie 9 maja 2016 roku w miejscowości Campo w Kalifornii, tuż przy granicy z Meksykiem. Razem z nimi wędrówkę rozpoczynało około 25 osób z całego świata.

Przed wyruszeniem w drogę, zważyli plecaki.

- Ważyły na początku około 25 kilogramów. Musieliśmy ruszyć z sześcioma litrami wody. To było zderzenie, jak Amerykanie i my podchodzimy do szlaku - zaczynają opowieść. - Oni mieli bardziej zaawansowany technologicznie sprzęt, bardziej zasobny portfel. Wszystko było u nich ultra-light-fast - mniejsze i lżejsze o połowę - mówi Grzesiek.

Podróżnicy śmieją się, że do wyprawy za ocean podeszli po polsku: cztery pary skarpet, cztery pary majtek. - Jak na kolonie - mówią z rozbawieniem. - Różnica między naszym plecakiem, a amerykańskim właśnie z tego powodu była spora. Nie ma co brać tak dużo rzeczy. Ludzie przechodzili tam w jednej koszulce i spodenkach cały szlak - radzą podróżnicy.

Po półrocznej wędrówce podkreślają, że czysta odzież to rzecz najmniej ważna. - To temat niemile pachnący, ale my potrafiliśmy się nie wykąpać przez trzy tygodnie. Nie przejmowaliśmy się tym. Tam nikt nie patrzył na nas z pogardą, nikogo to nie dziwiło - opowiadają.

Z Los Angeles wysłali sobie trzy paczki z jedzeniem do przodu. Odebrali je po drodze, w urzędzie pocztowym w miasteczku niedaleko szlaku.

- Staraliśmy się mieć w plecakach jedzenia na 10-13 dni. Ale to nas spowalniało, tylko niepotrzebnie się denerwowaliśmy. Wysyłanie jedzenia do przodu w paczkach na dłuższą metę też było nieopłacalne. Aż w końcu odkryliśmy sklep "One Dollar". To była też super okazja, żeby poznać Stany, prawdziwe amerykańskie miasteczka, poczuć swojski, lokalny klimat, zobaczyć rangerów, kowbojów - wspominają.

Maciek i Grzesiek przeszli pieszo łącznie przez 7 parków narodowych, kilka pasm górskich (m.in. Sierra Nevada i Góry Kaskadowe), pustynię i 25 narodowych lasów. Wędrówkę rozpoczynali w krótkich spodenkach i adidasach, a zakończyli w warunkach zimowych i śniegu po kolana.

- Ta wędrówka to było nasze życie. Z dnia na dzień żyliśmy drogą. Zastanawialiśmy się, co zjeść, uważaliśmy, żeby nie nadepnąć na grzechotnika, martwiliśmy się, czy złapiemy stopa do miasta. Problemy z wodą, z otoczeniem, z temperaturą, to było coś naprawdę męczącego - wspomina trudne momenty Grzesiek. - Na pustyni było ciężko, ale właśnie tam uwierzyliśmy, że możemy to przejść. Wcześniej nie robiliśmy takich długich szlaków, ale na własnej skórze przekonaliśmy się, że nie jest to jednak jakiś ekstremalny, nadludzki wysiłek - dodaje Maciek.

Oprócz namiotu, śpiworów i filtra do wody w plecakach mieli też adrenalinę na wypadek ukąszenia przez grzechotnika. Na szczęście ani razu im się nie przydała. Na terenie Parku Narodowego Lassen, gdzie przebiega dokładnie połowa szlaku PCT, spotkali się oko w oko z niedźwiedziami.

Pod opieką Aniołów

Przez całą drogę Maćkowi i Grzegorzowi towarzyszyły Anioły (tzw. Trail Angels). To ludzie, którzy bezinteresownie pomagają piechurom. Udostępniają im swoje domy, przygotowują posiłki. Bycie Aniołem na Pacific Crest Trail jest całkowicie nieformalne.

- W internecie można znaleźć listę, na którą sami się zgłaszają. Najbardziej znani są Aniołowie w San Diego. Witają hikerów, wprowadzają, opowiadają o PCT i odwożą na początek szlaku - opowiada Maciek.

Jak wspólnie przyznają podróżnicy, wędrówka bez pomocy Aniołów byłaby o wiele trudniejsza. - Ci ludzie są niesamowici. Czekają w mniejszych i większych miasteczkach. Są na długości całej trasy. Prowadzą po prostu działalność dobroczynną. Spotkanie ich po kilku dniach wędrówki przez pustynię, to naprawdę zaskoczenie - wspominają.

- To bardzo często ludzie, którzy sami przeszli ten szlak. Spotkaliśmy Amerykankę, która jako pierwsza kobieta przeszła samotnie PCT w 1978 roku. Po latach przerobiła swój garaż na chatkę dla hikerów, żeby mieli gdzie nocować. Wyposażyła ją w prysznic i pralkę - opowiadają.

- Jeden mężczyzna czekał na podróżników codziennie przez cały sezon na parkingu i woził ich ze szlaku do pobliskiego miasteczka. Droga do miasta była długa. A on to robił cały sezon, każdego dnia - wspominają wędrówkę Maciek i Grzesiek. - Gdy był weekend, Aniołowie potrafili czekać w miejscach, gdzie przechodzą hikerzy i witali ich grillami, jedzeniem, napojami. Przyjeżdżali z całym ekwipunkiem - dodają.

- Kontakt z naszymi najbliższymi był całkowicie utrudniony. Jeden telefon na dwa tygodnie. Dawaliśmy tylko znać, że żyjemy. Były momenty, że po prostu zaginęliśmy w głuszy i nie mogliśmy się skontaktować, bo nie było zasięgu - mówią. - Nie mieliśmy tam żadnej rodziny, żadnych przyjaciół. Pomagali nam właśnie Aniołowie, oni byli jak rodzina - wspominają podróżnicy.

Nieubłagana matematyka

Kiedy opowiadają o kolejnych kilometrach w zmęczonych nogach, nagle Grzesiek rzuca symboliczne dla nich hasło: "kalkulator".

- Jak zaczynaliśmy liczyć, to wydawało się, że to się po prostu nie może udać. Jednego razu Maciek w Mammoth Lakes w Kalifornii liczył, liczył i nagle powiedział tylko jedno zdanie: "Nie dojdziemy". I nic więcej, cisza - opowiada o najtrudniejszym momentach Grzesiek.

- Prosta matematyka wskazywała, że nie dojdziemy... - przekonuje Maciek. - Wdrożyliśmy wtedy nasz "plan naprawczy" - zwiększyliśmy liczbę dziennych kilometrów, no i się udało. Ale matematyka w pewnych momentach była nieubłagana - śmieją się.

Od Britney Spears po Metallicę

Wyczerpującą drogę najpierw "umilali sobie" myślą o jedzeniu. - Brakowało nam, oczywiście, schabowego! Na początku dużo myślałem o tym, co sobie zjem po powrocie, czyli... za pół roku - żartuje Maciek, po czym znienacka dodaje: - Tak naprawdę to pojechałem tam jeszcze po to, żeby trochę schudnąć. A było z czego zrzucać - śmieje się. - Schudłem na szlaku 18 kilogramów. To świadczy właśnie o tym, że ten szlak jest po prostu dla każdego - mówi.

Kiedy nie myśleli o jedzeniu, to słuchali muzyki. Playlistę znali na pamięć, utworami odmierzali kolejne kilometry.

 - Mieliśmy 100 piosenek na komórce. Totalny mix - od Britney Spears po Metallicę. Tłukliśmy to po kolei - opowiadają rozbawieni. - Potem wpadliśmy na pomysł, żeby słuchać sobie audiobooków. Pierwszy to byli "Krzyżacy", 15 godzin, najdłuższy - mówi Grzesiek. - Rewelacyjnie się słuchało. My tymi "Krzyżakami" naprawdę żyliśmy. Wieczorem siadaliśmy przy kolacji i opowiadaliśmy sobie o Jagience i Zbyszku - śmieją się.

Jak mówią, ratowało ich to, że mają podobne poczucie humoru: wspólne dowcipy i skróty myślowe.

- Zaczęliśmy przypominać sobie różne historyjki: że mamy wspólną koleżankę, a może też wspólnego wujka. Dochodziło do tego, że wspominaliśmy polską piłkę nożną na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat - wspomina z rozbawieniem Maciek.

- Nie mamy siebie dosyć. Planujemy kolejne wyprawy, to nie jest koniec przygody ze szlakami - mówi Grzesiek. Zamierzamy się lubić jeszcze przynajmniej kilka lat - śmieją się.

Droga, która uczy

Po prawie półrocznej wędrówce bez wahania mówią, że droga coś w ich życiu zmieniła. Przejście przez trzy amerykańskie stany dało im pewność siebie. Nauczyło organizacji i planowania, bo - jak wspólnie przyznają - logistyka przedsięwzięcia nie była łatwa.

- Doświadczaliśmy różnych sytuacji. Bywało lepiej i gorzej. Raz mieliśmy za dużo wody, raz za mało. Czasem nie mieliśmy jedzenia - wspominają Maciek i Grzesiek.

Jak mówią, na szlaku doskonale sprawdziło się sztampowe powiedzenie: "Nie ma sytuacji bez wyjścia".

- Kiedy jedne drzwi się zamykały, to otwierały się drugie. Nie wiem, czy mieliśmy tyle szczęścia, czy tak miało po prostu być. Teraz jesteśmy na pewno bardziej pewni siebie niż przed wyruszeniem w drogę - opowiada Maciek. Grzesiek zaznacza z kolei, że droga nauczyła go ponownego szacunku do jedzenia.

- Na szlaku jedzenie jest towarem ekskluzywnym. Trzeba je miarkować. To, że coś upadnie na ziemię, nie znaczy, że nie można już tego zjeść. Ktoś mógł tego jedzenia w tym samym momencie nie mieć. To dawało nam wiele do myślenia - opowiada.

Najtrudniejsza jest decyzja

Maciek i Grzesiek chcą rozpromować długodystansowe szlaki, w tym m.in. Pacific Crest Trail wśród Polaków. Zapytani o porady dla przyszłych piechurów odpowiadają chórem: "Spakować plecak i iść".

- Trzeba podjąć decyzję i to zrobić. Nam przez dłuższy czas kołatało w głowie, żeby zrobić coś fajnego, ale zawsze brakowało tego pierwszego kroku, np. kupienia biletu lotniczego. To jest właśnie najtrudniejsze. Droga jest w sama w sobie dość wyczerpująca i długa, ale najtrudniej było podjąć decyzję, żeby zostawić wszystko na pół roku - opowiadają po przebyciu blisko 4300 kilometrów.

- Ludzie w naszym wieku mają już domy, mieszkania, założone rodziny, pracę i są zadowoleni z życia. My tego zadowolenia wciąż szukaliśmy. Postanowiliśmy, że znajdziemy je właśnie w wędrowaniu - mówi z radością Grzesiek.

Częstochowianie ukończyli szlak po 163 dniach pieszej wędrówki, 18 października 2016 roku w Parku Manning. Na stronie internetowej relacjonowali: "O godzinie 16.28 położyliśmy rękę na słupku symbolizującym granicę pomiędzy USA a Kanadą. Pełni euforii połączonej z piekielnym zmęczeniem pogratulowaliśmy sobie wzajemnie i zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć".

Apetyt na więcej

Maciek i Grzesiek w myślach planują już kolejne wyprawy. Na pierwszy ogień pójdzie Główny Szlak Beskidzki. W porównaniu z PCT, to jednak pestka, bo najdłuższy w Polsce turystyczny szlak liczy zaledwie 496 km. Kolejne plany zakładają powrót do Ameryki i przejście szlaków: Appalachian Trail - 3476 km i Continental Divide Scenic National Trail - 5000 km. W ten sposób Polacy zdobędą Potrójną Koronę gór Stanów Zjednoczonych.

- Trzecim pomysłem jest szlak mało znany. Nie przeszedł go raczej żaden Polak, wśród Europejczyków też chyba niewielu. To bardzo malownicza Via Dinarica, która biegnie przez 2000 kilometrów Bałkanów. Zdobyła nagrody za najlepszy nowo powstały, turystyczny szlak - opowiadają o swoich planach Maciek i Grzesiek.

- Kiedy wyjeżdżaliśmy, to wiedzieliśmy, że nie będzie to tylko jednostrzałowa wyprawa. I to się sprawdziło - mówią Maciek i Grzesiek.

- Wiele osób nam mówi, że przecież pojechaliśmy na wycieczkę, marzenie spełnione, a teraz powinniśmy zacząć żyć poważnie. Ale to nie jest tak. Po takiej przygodzie apetyt rośnie - uśmiechają się i przekonują: - W mediach lepiej sprzedaje się himalaizm - wspinanie się na wierzchołek w ekstremalnych warunkach, bycie pierwszym zimowym zdobywcą... Ale to są marzenia garstki osób. Ten szlak pokazuje, że takie marzenie jest dla każdego, niezależnie od wagi, wieku, czy zasobności portfela.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje