Prywatne rozmowy papieża Franciszka

Papież Franciszek /ETTORE FERRARI /AFP

"Powiedz dziennikarzom, że moje rozmowy telefoniczne nie są żadną sensacją" - powiedział pewnego dnia Jorge Bergoglio. O tym, że papież Franciszek dzwoni znienacka do ludzi i rozmawia z nimi o ich problemach, wiadomo od początku jego pontyfikatu. Włoskiemu dziennikarzowi Rosario Carello udało się dotrzeć do kilkudziesięciu osób, które w zwykły dzień niespodziewanie usłyszały w słuchawce: "Halo, tu papież Franciszek".

Reklama

Dlaczego i po co papież dzwoni do swoich wiernych? Jak reaguje, gdy ludzie odkładają słuchawkę, bo nie wierzą, że rozmawiają właśnie z nim? Niezwykłych historii kilkudziesięciu osób, które odebrały telefon od Franciszka i opowiedziały mu o swoich życiowych tragediach, wysłuchał włoski dziennikarz Rosario Carello. W książce pt. "Halo, tu Franciszek. Prywatne rozmowy Papieża" poznajemy osamotnione matki, rozdartych ojców, nieuleczalnie chore dzieci, więźniów, uchodźców a nawet siostry zakonne, którzy najpierw napisali do Franciszka list, a potem usłyszeli jego głos w słuchawce.

O "nauce czułości", którą swiom wiernym chce przekazać Franciszek, rozmawiamy z autorem książki, Rosario Carello.

Justyna Mastalerz, Interia: Skąd u papieża nawyk dzwonienia do wiernych? Kiedy to wszystko się zaczęło?

Rosario Carello: - Bergoglio od zawsze dzwonił do osób, o których tragedii lub radości się dowiedział. Zaczęło się to, gdy został kapłanem. Dzwonił głównie do ludzi, których znał osobiście. Kontynuował to jako arcybiskup Buenos Aires (już w mojej pierwszej książce, biografii składającej się z 80 opowiadań, przytoczyłem kilka takich historii). Nowością jest to, że po wyborze na papieża nie zatrzymał się. Pierwszy telefon, już jako papież Franciszek, wykonał do Benedykta XVI. A później do kilkorga przyjaciół, również włoskich.

Reklama

Po pierwszych niespodziewanych telefonach papieża Franciszka sądzono, że jezuita po prostu nie przyzwyczaił się jeszcze do nowej roli. Franciszek nie zmienił jednak swojego nawyku i wciąż nie korzysta z pomocy sekretarza. Z czego wynika tak wielka samodzielność papieża w kontakcie z wiernymi? 

- To zawsze on wybiera numer telefonu, trzymając w dłoni list tego, kto do niego napisał. Prawie zawsze, gdy mówi: "Halo? Mówi Franciszek", nikt mu nie wierzy, wszyscy myślą, że to żart. A on musi tłumaczyć, że naprawdę jest papieżem: "Otrzymałem pański list...", wyjaśnia. Jego gest jest pełen uczucia i instynktowny: po prostu chwyta za telefon i dzwoni.

Kiedy czytałam rozmowy telefoniczne Franciszka z wiernymi, śmiech przeplatał się u mnie ze wzruszeniem. Jak pan, wysłuchując i spisując relacji ludzi, reagował na te historie? 

- Wszystkie historie są prawdziwe i wszystkie głęboko mnie wzruszały. Szczególnie poruszyły mnie te, których bohaterami są dzieci lub rodzice, którzy pytają papieża o swoje dzieci. Tak, jak historia tej malutkiej dziewczynki, która zwraca się do Franciszka: "Mój papieżu".

W której historii najbardziej odnajduje pan naukę dla siebie?

- W fakcie, że papież poświęca część swojego czasu na to, by pocieszyć osoby, których nawet bezpośrednio nie zna. To wspaniała lekcja: jak nauczyć się dobrze wykorzystywać czas, potrafiąc się również nim dzielić.

Mówi pan o wspaniałej lekcji od papieża... Czym jest zatem dla pana "nauka czułości", o której mówi Franciszek?

- Sądzę, że jest to zdolność, którą utraciliśmy. Często ukrywamy czułość, by wydać się kimś "twardym", odważnym, "dorosłym". A przecież potrzebujemy jej w naszych relacjach: kiedy pytamy o informacje w urzędzie, kiedy idziemy do lekarza, kiedy stoimy w kolejce w supermarkecie. Wstydzimy się czułości, pomimo iż wszyscy jej potrzebujemy. Ona sprawia, że świat jest bardziej ludzki. Papież przypomina nam o tym słowami i przykładem.

Czy telefoniczne rozmowy z wiernymi są dla Franciszka tylko "kapłańską powinnością"? Może Ojciec Święty również wyciąga z nich dla siebie "naukę czułości"?

- Obowiązki papieża są liczne i pilne. Z pewnością ma do zrobienia więcej, niż wielu z nas, którzy też przecież, pomiędzy pracą a rodziną, nie siedzimy z założonymi rękami. Tak więc włączenie tak wielu rozmów pomiędzy audiencję z głową państwa, pisanie jakiegoś dokumentu i organizowanie podróży ukazuje, że rozmowa telefoniczna jest dla niego jak ożywcza limfa. Jest ważna dla jego życia, dla jego kapłaństwa, dla zadania prowadzenia Kościoła powszechnego.

Osoby opisane w książce reprezentują różne grupy społeczne. Czytamy m.in. o dziewczynce chorej na białaczkę, uchodźcach, matce, która straciła wyczekane dzieci, kobiecie rozważającej dokonanie aborcji. Papież nikogo nie poucza i nie boi się mówić: "nie wiem", "nie rozumiem". W żadnej rozmowie Franciszek nikogo nie potępił za kryzys wiary. Wręcz przeciwnie - pozwala go przeżyć i ze stoickim spokojem odpowiada na wszystkie zarzuty kierowane do Boga. To postawa zupełnie odmienna od tej, którą czasem spotykamy w konfesjonałach i na kościelnych ambonach.

- Zdecydowanie zgadzam się z tym, że papież w prywatnych rozmowach (o których opowiadają ich bohaterowie, i które często sam bezpośrednio potwierdza), przedstawia się jako wybitny pasterz; określiłbym go mianem "pasterza fascynującego", w tym sensie, że tak jak Jezus potrafi przyciągać i trafiać do serca. Są tacy pasterze w Kościele, nie tylko on jeden, to prawda jednak, że nie brakuje i takich, którzy powinni się od niego uczyć.

Anna, która zamierzała dokonać aborcji, mówi o tym, że "wydarzył się cud". Z usunięcia ciąży zrezygnowała. Czy telefony Franciszka rzeczywiście odmieniają życie ludzi? Zna pan ciąg dalszy którejś z opisanych historii?

- Tak, papież nie dzwoni tylko raz. On buduje relacje. Opowiadam w książce o pewnej kobiecie, rówieśniczce Bergoglia, która przeżywa straszną żałobę (po synu zabitym w napadzie). Papież, w ciągu dwóch lat, dzwonił do niej 25 razy (później liczba ta jeszcze wzrosła). 25 razy! To znaczy, że naprawdę leży mu na sercu cierpienie tej kobiety. Dzwoni wiele razy również do innych osób. Pewnej rodzinie dał nawet swój numer telefonu, by mieli możliwość zadzwonienia do niego, gdyby była taka potrzeba.

Papież, który dzwoni na domowe telefony, rozdaje swój prywatny numer, pomaga gościom wkładać bagaże do samochodu, ustala daty audiencji dogodne dla wiernych pomimo wielu zagranicznych podróży i napiętego kalendarza. Czy to w ogóle możliwe? (śmiech). Czego jeszcze nie wiemy o papieżu? Czym jeszcze nas zaskoczy?

- Dla mnie pisanie tej książki było ciągłym zaskoczeniem. Emocjonowało mnie to i bawiło. Opowiadam w książce o dziecku, które wyszło ze szpitala. Papież przyjął je razem z jego rodzicami w Watykanie. Chłopiec wspiął się na fotel w butach, mama go za to okrzyczała, a Franciszek zachęcił, by pozostał tam, gdzie jest. Mówił to ze śmiechem, rozbawiony; nie chodziło mu o to, by podważyć zdanie mamy, ale po prostu stanąć po stronie dziecka, bawić się razem z nim. To drobne historie, książka jest ich pełna. Ja jednak myślę, że papież jeszcze nas zaskoczy, tak, jak czyni to również poprzez ważne gesty wobec świata.

Dziennik "Corriere della Sera" donosił niedawno, że papież Franciszek jest coraz bardziej osamotniony i napotyka kolejne przeszkody na drodze reform. Według gazety, w Kurii Rzymskiej metody papieża i program jego pontyfikatu nie jest dobrze odbierany. Czy papież rzeczywiście jest "kochany na zewnątrz", ale w hierarchii Kościoła ma coraz więcej krytyków?

- Nie wydaje mi się, by wśród hierarchów było coraz więcej krytyki. Myślę, że ktoś, kto od początku nie podzielał tego wyboru (to jednak dziwna postawa, zważywszy na to, że oznacza stawanie w opozycji do Ducha Świętego, w którego, jak sądzę, wierzy), dziś może jedynie mówić to otwarcie z większą pewnością siebie. Jakby bardziej hałaśliwie, bezczelnie. Można dyskutować o tym wszystkim i wydaje mi się, że idea Kościoła w drodze, Kościoła synodalnego, jest właśnie tą, o jakiej myśli Franciszek. Jednak dopatrywanie się - ze złej woli - w różnorodności spojrzeń braku wiarygodności, to coś, czego wcześniej nie widzieliśmy. Dziś obserwujemy właśnie to. Widzę to również w moim środowisku, wśród moich kolegów dziennikarzy.

Papież Franciszek wyznał pewnego dnia: "Całe szczęście, że dziennikarze nie wiedzą o wszystkich rozmowach telefonicznych, które odbyłem". Czy zna pan którąś z rozmów, ale z jakichś powodów postanowił nie zamieszczać jej w swojej książce? 

- Tak, znam ich wiele. Pewnego dnia jeden z włoskich dzienników, często krytyczny wobec Kościoła, "La Repubblica", zamieścił na pierwszej stronie artykuł swojego wiekowego już założyciela Eugenia Scalfariego. Opowiadał on, że zadzwonił do niego papież: "Jak się pan ma? Dawno się nie słyszeliśmy". Kilka godzin później rozmawiali już w Watykanie. Jednak większość jego telefonów dotyczy osób nieznanych. Dowiaduję się o nich niemal każdego dnia.

A co pan powiedziałby papieżowi, gdyby któregoś poranka Franciszek wykręcił numer właśnie do pana?

- Powiedziałbym, że go kocham. I jeszcze, że jako świecki katolik czuję się gotów, by służyć Kościołowi.

Justyna Mastalerz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje