Sahara - śmiertelny szlak migracyjny

Migranci w drodze do Libii przez Saharę /Joe Penney/ REUTERS /FORUM

Tysiące migrantów z Afryki ryzykuje dziś śmiercią na Morzu Śródziemnym. Zanim jednak wsiądą w przepełnione łodzie i dotrą do kolczastych i patrolowanych przez wojsko ogrodzeń na europejskich granicach, część z nich musi przedostać się przez Saharę. Upchani w ciężarówkach, w pełnym słońcu, bez jedzenia i wody wyruszają przez największą pustynię świata do "ziemi obiecanej" - Europy. Tylko nielicznym udaje się przeżyć.

Reklama

Sahara jest dziś jednym z dwóch najbardziej śmiertelnych szlaków migracyjnych. Tysiące osób decyduje się na przeprawę w ciężarówkach przez pustynne piaski, by dotrzeć do libijskiego wybrzeża. Tam rozpoczynają kolejną, niebezpieczną podróż, tym razem w przepełnionych pontonach lub łodziach przez Morze Śródziemne.

750-kilometrowa śmiertelna droga

Podróż z Nigru do libijskiej granicy trwa od dwóch do trzech dni. Migranci płacą przemytnikom około 500 dolarów, by przedrzeć się przez 750-kilometrową drogę śmierci. Trasa za każdym razem może wyglądać inaczej przez piaskowe burze, które zmieniają kształt pustyni.

Reklama

W pick-upach przemytników upychanych jest po kilkadziesiąt osób: mężczyźni, kobiety, a nawet dzieci. Trzymają się zamontowanych na bagażniku kijów, dzięki którym mają nie wypaść z rozpędzonej ciężarówki. Są ubrani w czapki, okulary, kurtki i kaptury, które mają chronić przed palącym słońcem i piaskiem. Nikt jednak nie zabezpieczy ich przed głodem, odwodnieniem, aresztowaniem albo porzuceniem pośrodku największej pustyni świata.

- Przemytnicy wykorzystują zdesperowanych uchodźców i migrantów. Szokujące zgony są częścią większego krajobrazu wyzysku, ponieważ szmuglerzy rozszerzają dziś pułapkę śmierci od Morza Śródziemnego aż po pustynię Sahara - oświadczył na początku czerwca w oficjalnym komunikacie Urząd Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Uchodźców (UNHCR).

Pułapka dla migrantów

Sahara, która rozciąga się przez 11 krajów - Niger, Mali, Mauretanię, Saharę Zachodnią, Maroko, Algierię, Tunezję, Libię, Egipt, Sudan i Czad - stała się kolejną pułapką dla migrantów. W czasie, kiedy światowi przywódcy skupiają się na migracji przez Morze Śródziemne, na piaskach Sahary giną dorośli i dzieci. Są mordowani, gwałceni albo porzucani na obszarze, gdzie temperatura osiąga w dzień w pełnym słońcu nawet 50 stopni Celsjusza, a w nocy spada znacznie poniżej zera.

Są zdani tylko na siebie, bo nikt nie stworzył dla nich operacji Sophia, która - podobnie jak migrantów na Morzu Śródziemnym - uratowałaby ich przed przemytnikami i handlarzami ludźmi.

Porzucani pośrodku pustyni

Jeden z popularnych szlaków do Libii rozpoczyna się w regionie Agadez w Nigrze, na skraju Sahary. Od lat jest to centrum gangów, które zajmują się przemytem ludzi, broni i narkotyków. Istnieją też inne trasy, m.in. z Sudanu, Czadu i Algierii. Choć Libia od dawna próbuje kontrolować swoje granice, liczba osób, które przedostają się przez pustynię, wciąż jest zatrważająco wysoka.

Kiedy migranci zajmują miejsce w pick-upie, szmuglerzy wyrzucają im wodę, która dodatkowo mogłaby obciążać samochód. Gdy są już pośrodku pustyni, żądają od migrantów dodatkowych pieniędzy za przewóz. Jeśli nie żądanej kwoty, porzucają dziesiątki osób na rozgrzanym piasku, pośrodku niczego.

Migranci zmuszani są też do kopania dołów dla tych, którzy z odwodnienia i wycieńczenia giną w czasie drogi. Przemytnicy nie chcą wozić ze sobą trupów.

"Umarli, bo nie pozwalali nam mieć wody do picia. Było tak gorąco, że nie mogliśmy oddychać" - mówił w rozmowie z "The Times" 19-letni Ali Joseph z Ghany, który przeżył podróż do Libii. "Musieliśmy zostawiać ich ciała na pustyni, kopać im płytkie groby i po prostu odjechać" - relacjonował.

Tych, którzy są ranni, chorzy albo uznani przez szmuglerów za "kłopotliwych", również zostawia się na pustyni.

Czasami umierają wszyscy - kiedy pick-up ma wypadek, zostanie napadnięty albo się zepsuje. Było tak na początku czerwca, kiedy na Saharze zmarło 44 migrantów, w tym wiele dzieci. Uratowało się tylko sześć kobiet, które nie czekały na naprawę zepsutej ciężarówki, ale wyruszyły na piechotę do najbliższej wioski.

Ratunek

Nie wiadomo dokładnie, ile zgonów odnotowuje się na Saharze każdego roku - jest to teren zbyt rozległy, by móc dotrzeć do wszystkich, którzy utknęli w śmiertelnej pułapce.

- Sahara jest tak ogromna, że nie tylko trudno jest dotrzeć i pomóc migrantom w potrzebie, ale też odpowiednio dokumentować, znajdywać i identyfikować ofiary tej śmiertelnej drogi - mówi w rozmowie z Interią Monica Chiriac, rzeczniczka Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM) w Nigrze.

- Dla tych, którzy pozostają w domach i przez wiele miesięcy, a nawet lat, nie mają wieści od swoich krewnych, to bolesne. Muszą żyć w przekonaniu, że ciała ich bliskich mogą nigdy się nie odnaleźć - dodaje.

W całym ubiegłym roku Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji (IOM) zarejestrowała prawie 334 tys. osób, które kierowały się w stronę północnej granicy Nigru. Część z nich zmierzała do Algierii, ale zdecydowana większość chciała dotrzeć do Libii. W pierwszym półroczu 2017 r., dzięki programom pomocowym IOM, liczba ta diametralnie zmalała. Od stycznia do lipca zarejestrowano około 38,5 tys. osób, w tym ponad tysiąc dzieci, zmierzających w stronę pustyni. 

Od października 2016 r. do lipca 2017 r. specjalna misja ratownicza IOM w Nigrze uratowała podczas operacji na Saharze 1 056 migrantów. 

90 proc. osób, które trafiają do Nigru i zostają objęte pomocą IOM, decyduje się na emigrację z ojczyzny, by znaleźć pracę. Mówią o frustracji i desperacji z powodu bezrobocia i braku jakichkolwiek perspektyw we własnej ojczyźnie. Są to głównie emigranci z Gwinei, Senegalu, Kamerunu, Wybrzeża Kości Słoniowej, Gwinei-Bissau, Gambii, Mali, Nigerii czy Burkina Faso. Decydują się na migrację przez Saharę, by wyrwać się z biedy.

Po naciskach ze strony Unii Europejskiej, rząd Nigru zakazał w 2015 r. przemytu ludzi. Rozpoczęły się aresztowania szmuglerów, zachęcanie ich do zmiany zawodu, konfiskowanie pick-upów. Jednak skorumpowani funkcjonariusze przymykający oko na problem nadal współpracują z przemytnikami i w cieniu nocy przepuszczają ich przez policyjne punkty kontrolne. 

Według najnowszych doniesień, niektórzy szmuglerzy zmienili swoje trasy tak, by uniknąć kontroli. Aby przemycić migrantów do Libii, kierują się na wschód, bliżej granicy z Czadem. Kolejna z nowych tras prowadzi przez region Gao w Mali, a następnie przez Algierię - przemytnicy docierają w ten sposób do Libii, omijając Niger - wynika z informacji IOM.

Ci, których udaje się uratować na szlakach migracyjnych i piaskach Sahary, trafiają do pięciu centrów tranzytowych IOM w Nigrze: w Agadez, Arlit, Niamey (dwa ośrodki) i Dirkou. Trafiają tam psychicznie i fizycznie wyczerpani, odwodnieni, wygłodzeni. IOM zapewnia im wsparcie medyczne i pomaga w zdobyciu dokumentów tożsamości, by mogli wrócić do swoich krajów. Prowadzi też szkolenia w ramach programu "Wspomagany dobrowolny powrót i reintegracja" (AVRR), który ma uwrażliwić migrantów na niebezpieczeństwa, z jakimi związana jest podróż przez Saharę czy Morze Śródziemne.

"Ludzie umierali z każdej strony"

Princess z Liberii zdecydowała się na podróż przez Saharę ze względu na swoje dzieci. Razem z mężem chcieli im zapewnić lepsze życie. 

- Mój mąż i ja sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy. Z 600 dolarami w kieszeni postanowiliśmy wyjechać do Europy. Chcieliśmy spróbować, żeby tylko dać lepsze życie czwórce naszych dzieci. Dziś mamy już tylko trójkę. W drodze do Libii straciłam trzyletniego syna. Pick-up, który nas wiózł, był bardzo mały i przepełniony. Jechało nim około 50 osób, bez jedzenia i wody. Ludzie umierali z każdej strony - opowiada Princess w rozmowie z Międzynarodową Organizacją ds. Migracji (IOM).

Kiedy udało im się dotrzeć do Trypolisu, mężczyźni zostali oddzieleni od kobiet. Princess trafiła do centrum, w którym mieszkało 600 kobiet w różnym wieku. Niektórzy migranci dopiero co wyruszyli na morze, dlatego jej rodzina musiała czekać.

- Słyszałam o Libii wiele, ale to, czego doświadczyłam, było znacznie gorsze niż to, co sobie wyobrażałam. Wokół było mnóstwo cierpienia i śmierci. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego w swoim życiu - mówi. Princess opowiada o kobietach zmuszanych do prostytucji i zbiorowo gwałconych w parkach i garażach dziewczynach.

- Kobieta, która znalazła się w takiej sytuacji, chce po prostu umrzeć. Libijczycy nie mają żadnych uczuć. Traktują cię jak zwierzę. Mogą cię zastrzelić albo wyrzucić z centrum, a tego nie chcesz. Cały czas masz przecież nadzieję, że dostaniesz się do Europy - mówi Princess. Ona, jej mąż i dzieci zrezygnowali ze "snu o Europie". 

"Pogrzebali go żywcem"

Ousmane rok temu razem z przyjacielem wyjechał z Gambii do Libii. "Chciałem zarobić pieniądze, żeby zaopiekować się moją mamą. Jechaliśmy przez pustynię trzy dni. 25 osób w małym pick-upie. Kobieta w ciąży, która była z nami, zmarła, bo samochód jechał zbyt szybko" - opowiada.

Kiedy dotarli do Libii, jego przyjaciel poważnie zachorował. "Gdybym miał chociaż trochę pieniędzy, kupiłbym mu wtedy lekarstwa. Był chory, ale nie był martwy, a oni pogrzebali go żywcem, bo powiedzieli, że nie mógłby tego przeżyć. Słyszałem, jak pod ziemią krzyczał moje imię. Widziałem, jak rzucali na niego ziemię i próbowałem go ratować, ale pocięli mnie nożem" - wspomina.

Ousmane spędził w libijskim więzieniu miesiąc i dwa dni. W każdy piątek - jak opowiada - zabijali tam pięć osób. Dawali więźniom telefon i kazali dzwonić do bliskich, żeby prosić o przesłanie pieniędzy w zamian za wolność.

"Powiedziałem im, że nie mam matki ani ojca - żadnej rodziny. (...) Potem codziennie mówili: Ousmane, twoja kolej w następny piątek" - opowiada chłopak.

Ousmane był jednym z najmłodszych więźniów. Kiedy w kolejny piątek wykrzyknęli jego imię, ktoś obok zawołał: "Najpierw zabijcie mnie. On jest za młody, żeby umierać".  

"Myślałam, że nie wyjdę stamtąd cały. Miałem tam umrzeć. Wielu ludzi nawet nie wie, że wciąż żyję" - mówi Ousmane.

***

Oto, dlaczego tak wielu migrantów decyduje się na podróż z Libii przez Morze Śródziemne, choć nie mają pewności, że w Europie otrzymają azyl. Powrotna droga przez Saharę jest dla nich jak wystawienie się na pewną śmierć. W Libii, nie mając pieniędzy, już zostali na nią skazani.

Piaszczysty cmentarz

Miejscowi funkcjonariusze ostrzegają, że najbardziej niebezpieczna część Sahary zwana Tenere, stała się "prawdziwym cmentarzem na otwartym powietrzu".  

- Wielu migrantów, których przeszło tę trasę, mówi, że droga przez pustynię była zdecydowanie najtrudniejszym doświadczeniem, które musieli przetrzymać, próbując dostać się do Włoch - mówi Monika Chiriac z IOM w Nigrze. - Naprawdę nic nie jest cię w stanie przygotować na pustynne słońce, odwodnienie i śmierć tych, których kochasz - dodaje.

Świat codziennie dowiaduje się o przepełnionych pontonach z migrantami pośrodku Morza Śródziemnego. O tym, co dzieje się w sercu Afryki, mówi się zdecydowanie mniej. Tymczasem Sahara stała się piaszczystym morzem dla kolejnych tysięcy migrantów.

Justyna Mastalerz

Opracowano na podstawie danych IOM (dostępne są TUTAJ).

Przedstawione w tekście historie migrantów zostały zebrane przez Monicę Chiriac, rzeczniczkę IOM w Nigrze. Więcej relacji znajdziesz na platformie I am a migrant

Czytaj również:

Wojciech Wilk: Pomoc humanitarna to odpowiedzialność

Ar-Rakka - piekło i pułapka anad Eufratem

Syria jak powieść szkatułkowa. O kraju przeżartym cierpieniem

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje