Syria jak powieść szkatułkowa. O kraju przeżartym cierpieniem

Syria /SAMEER AL-DOUMY /AFP

6 marca 2011 roku kilku nastolatków w miejscowości Dara na południu Syrii napisało na murze: "Reżim musi upaść". Złapani przez policję byli bici, rażeni prądem, wyrywano im paznokcie. Kiedy informacja o areszcie i torturach rozeszła się, ich rodziny wyszły na ulice. Dołączyli do nich przeciwnicy autorytarnych rządów dynastii Asadów, protestujący przeciwko korupcji i politycznym prześladowaniom. Rozpoczęła się trwająca do dziś wojna, która pochłonęła tysiące ofiar a państwo zamieniła w perzynę.

Reklama

Antyrządowe powstanie przeciwko prezydentowi Baszarowi el-Asadowi wybuchło dokładnie 15 marca 2011 r. Na fali arabskiej wiosny, inspirując się sukcesami obywateli Egiptu i Tunezji, m.in. na ulice Damaszku, Aleppo, Al-Hasaki, Dary, Dajr az-Zaury i Hamy wyszły tysiące protestujących. Moment ten nazwany był "Dniem Gniewu" i jest uznawany za początek wojny domowej.

Fala manifestacji została wówczas krwawo stłumiona. Klan Asadów, sprawujący prezydenturę w Syrii nieprzerwanie od 1971 r., zaciekle bronił swojej pozycji. Narodowe siły bezpieczeństwa odbierały cywilom żywność, odcięto dostęp do wody i prądu. W przetaczających się po kraju demonstracjach ginęły setki cywilów. 

Reklama

Pacyfikacja miast i dezerterujący żołnierze

W kwietniu 2011 r., nastąpiła nowa faza konfliktu. Rząd wykorzystał do walki z powstańcami narodową armię. Naprzeciw protestującym ruszyły czołgi i snajperzy. Zatrzymywani demonstranci byli torturowani, stosowano wobec nich elektrowstrząsy, przywiązywano do desek w kształcie krzyża, pozbawiano wody i snu.

Armia Asada wkraczała kolejno do zbuntowanych miast. Jako pierwsza oblężona została Dara, silnie ostrzeliwana przez artylerię. W kolejnych dniach i miesiącach zaatakowano m.in. Damaszek, Banijas, Hims, Tafas, Tall Kalach, al-Harę. Schemat był zawsze ten sam: rządowe oddziały otaczały miasto, odcinały dopływ elektryczności, pitnej wody i leków. Dzielnice były bombardowane, a następnie żołnierze przeczesywali dom po domu, aresztując każdego, kto opowiadał się po stronie opozycji. Przeciwko powstańcom wojsko używało ostrej amunicji, snajperzy strzelali z dachów budynków i helikopterów, broń wymierzano nawet w żałobników podczas pogrzebów pomordowanej ludności.

Żołnierze syryjskiej armii, którzy nie chcieli strzelać do cywilów, byli zabijani przez swoich przełożonych. Ci zbuntowani i dezerterujący, którym udało się przeżyć, utworzyli Wolną Armię Syrii (WAS).

W listopadzie 2012 r. powstała Syryjska Koalicja Narodowa na rzecz Opozycji i Sił Rewolucyjnych, składająca się z cywilów. Rada Współpracy Zatoki Perskiej, niektóre kraje Unii Europejskiej oraz USA uznały koalicję za prawowitą przedstawicielkę syryjskiego narodu.

Taka sytuacja trwa do dziś. Baszar el-Asad w oficjalnych, publicznych przemówieniach wciąż podkreśla, że armia walczy z ekstremistami, zrzucając na nich odpowiedzialność za krwawą destabilizację państwa.

- Wojna nie przebiega z tą samą intensywnością na terytorium całej Syrii - zaznacza w rozmowie z Interią dr Patrycja Sasnal, ekspertka z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. - Najgorzej jest na liniach frontu, w miejscach, gdzie trwają walki. Ludność tam jest albo oblężona, albo pod bezpośrednim ostrzałem. Nie dociera tam żadna pomoc - ludzie są głodzeni - tłumaczy.

Brak wody, jedzenia, lekarstw i dostępu do szpitali powoduje, że w Syrii zginęła już trudna do oszacowania liczba cywilów. Z dnia na dzień, ofiar krwawej wojny jest coraz więcej. Dziś pomocy humanitarnej potrzebuje około 13,5 mln osób, z czego 4,9 mln znajduje się na trudno dostępnych, oblężonych terenach. Niemal 6 mln syryjskiej ludności potrzebującej pomocy to dzieci poniżej 18. roku życia. Większość z nich nie zna innej rzeczywistości niż ta brutalna, wojenna. Większość musi pracować albo służyć w grupach zbrojnych*.

Syryjska powieść szkatułkowa 

Trwające od ponad sześciu lat starcia na terytorium Syrii nie są ani jednorodne, ani jednoznaczne. W konflikcie rysują się co najmniej cztery, wewnętrzne strony.

- Syria przypomina trochę powieść szkatułkową. Pierwsza, wielka szkatułka to Baszar el-Asad i rząd w Damaszku po pierwszej stronie, i jego przeciwnicy po drugiej. Opozycja jest jednak podzielona, składa się z trzech dużych grup - mówi dr Sasnal. 

- Pierwsza grupa to tzw. umiarkowana opozycja. Może nadużyciem byłoby nazwanie jej "demokratyczną", ale jak na skalę radykalizacji w tej wojnie rzeczywiście jest umiarkowana. Inni opozycjoniści to Kurdowie. Przed wojną nie mieli pełnych praw jako obywatele Syrii, siedzieli w aresztach domowych - władza ich represjonowała z uwagi na to, że są społecznością zintegrowaną, separatystyczną i z silną tożsamością. Dziś walczą o autonomię na północy Syrii. Wreszcie czwarta grupa to ekstremiści, dżihadyści, też niejednorodni - tłumaczy dr Sasnal.

Syryjska opowieść szkatułkowa nie kończy się jednak na wewnętrznych graczach krwawego konfliktu. Kolejna szkatułka to aktorzy zewnętrzni. Są niezwykle ważni, bo wspierają którąś ze stron.  
- Mamy Iran i Rosję, popierających reżim w Damaszku. Z drugiej strony są Stany Zjednoczone, państwa europejskie i Zatoka Perska: Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt i Katar, które wspierają opozycję wobec Baszara el-Asada - wyjaśnia dr Sasnal. 

W konflikcie ważną rolę odgrywa też Turcja, która chce uniemożliwić syryjskim Kurdom zdobycie autonomii. 

- Turcja przede wszystkim nie chce dopuścić do tego, żeby dwa historycznie kurdyjskie i zamieszkałe przez Kurdów terytoria na północy Syrii połączyły się. To główny turecki interes - zaznacza ekspertka.

  
Równoległa wojna z dżihadem   

Skąd w Syrii wziął się dżihad i jak doszło do tego, że "stolica" tzw. Państwa Islamskiego znajduje się dziś w samym sercu kraju nad Eufratem? Źródeł trzeba szukać w 2003 r., w amerykańskiej okupacji i inwazji na Irak.  

- Dżihad to obowiązek obrony wspólnoty muzułmańskiej przed najeźdźcą, a w 2003 roku to Amerykanie wkroczyli do Iraku. Ich inwazja niejako uzasadniła dżihad, wznieciła go. Wraz z rozwojem krwawej wojny, nastąpiła wielopoziomowa radykalizacja dużej części irackiego społeczeństwa - tłumaczy dr Patrycja Sasnal. 

Ukształtowana wobec USA iracka opozycja przyjęła ideologię "obrony przed niewiernymi". Utożsamiała się z wizją "muzułmanina na polu walki", by chronić swoją religijną wspólnotę. 

- Amerykanie ogromnymi siłami zdołali stłamsić narodzoną po 2003 roku Al-Kaidę w Iraku. Ich szef - Abu Musab az-Zarkawi - został zabity w 2006 roku. Jednak nie wszyscy, którzy wówczas walczyli, zginęli. Część z nich przeczekała. To właśnie grupa tych "niedobitków wojennych", bardzo antyamerykańsko i antyszyicko nastawionych, stworzyła tzw. Państwo Islamskie - wyjaśnia ekspertka z PISM. 

Po wojnie w Iraku, bojownicy przeszli przez iracko-syryjską granicę. Państwo Baszara el-Asada pogrążało się wówczas w coraz większym chaosie. Łatwo więc przeniknęli do Syrii i znaleźli w niej przyczółek, by móc się rozwijać.  

Z biegiem czasu wewnętrzny konflikt wtargnął również pomiędzy samych dżihadystów. Front al-Nusra i tzw. Państwo Islamskie - organizacje będące częścią siatki Al-Kaidy - prowadzą ze sobą na terenie Syrii "bratobójcze" walki. W samej ar-Rakkce, nazywanej "bastionem" lub "stolicą" dżihadystów, w ogniu walk znajduje się dziś prawie 200 tys. Syryjczyków. Często są wykorzystywani jako "żywe tarcze".


Wojna wyznaniowa  

Wojna w Syrii i ponad czterdziestoletnie rządy dynastii Asadów mają też inny, istotny dla arabskiej ludności wymiar - wyznaniowy. 

Baszar el-Asad, jego rodzina i współpracownicy to alawici. Pod względem religijnym wyznanie to jest bliskie szyizmowi, ponieważ wyrosło na jego gruncie, ale dziś nie jest już z nim związane. Alawici do 1963 r. byli na uboczu życia religijnego i politycznego w Syrii, ale po zamachu stanu przeprowadzonym przez partię Baas, przejęli władzę. 70 procent syryjskiej ludności to jednak sunnici. Jako wyznaniowa większość, traktują rządy alawitów jak "wybryk historii" i pragną zrobić wszystko, by go odwrócić**. 

Bomby spadające z nieba  

Przeciwko cywilom w Syrii od co najmniej 2012 r. używana jest broń chemiczna. Według organizacji Syrian American Medical Society (SAMS), ataki z jej użyciem dotknęły już ponad 14 tys. osób, a ponad 1,5 tys. w ich wyniku zmarło. 

21 sierpnia 2013 r. przeprowadzono przerażający atak sarinowy w Ghucie, na wschód od Damaszku, zabijając około 1,3 tys. osób. Inspektorzy ONZ, który prowadzili w tej sprawie śledztwo, nie wskazali jednak sprawcy ataku. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Francja oświadczyły wówczas, że syryjski dyktator "przekroczył czerwoną linię" i "nie ma żadnych wątpliwości", iż za atakiem stoi jego reżim. 

W październiku 2013 r., po przyjęciu rezolucji przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, do Syrii przybyli międzynarodowi eksperci Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW), aby zlikwidować arsenał, do którego posiadania przyznał się Asad.  

Pomimo to, ataki m.in. z użyciem bomb beczkowych wypełnionych chlorem, nadal trwały. Nie pomogły niezliczone rezolucje i międzynarodowe rozmowy. Mieszkańcy Syrii wciąż padali ofiarami bomb spadających z nieba. Świat zareagował na cierpienie cywilów dopiero w kwietniu 2017 r., kiedy na miasto Chan Szajchun w prowincji Idlib znów spadły pociski wypełnione śmiertelnie trującym gazem bojowym - sarinem. Zginęło co najmniej 87 osób, w tym 30 dzieci.  

Na krwawy atak w Chan Szajchun tym razem mocno zareagowały Stany Zjednoczone. 7 kwietnia br. 59 samosterujących pocisków Tomahawk, na polecenie Donalda Trumpa, uderzyło w bazę lotnictwa syryjskiego al-Szajrat, skąd trzy dni wcześniej wystartował samolot z bombą chemiczną na pokładzie. 

- Atak amerykański pokazał kilka rzeczy. Była to przede wszystkim projekcja siły USA oraz pokazanie Syrii i Rosji, że "jesteśmy w grze i nie możecie robić wszystkiego". Uderzenie w bazę Szajrat potwierdziło też w administracji Trumpa siłę samego Pentagonu. Oprócz tego, atak wpłynął na wewnętrzną sytuację w Syrii, czyli wyrównał dysproporcje pomiędzy silnym, nacierającym i zdobywającym kolejne terytoria Asadem i bardzo słabą opozycją - tłumaczy dr Sasnal. 

USA i niektóre państwa zachodnie oświadczyły, że rozkaz użycia broni chemicznej w Syrii wydały siły wierne Asadowi. Reżim nieustannie wszystkiemu zaprzecza, jednak zajmujący się zbrodniami wojennymi śledczy z ONZ zapowiedzieli, że "sprawcy tak straszliwych ataków zostaną zidentyfikowani i ukarani".
Jeśli za użyciem sarinu rzeczywiście stoi Baszar el-Asad, czy kiedykolwiek zostanie pociągnięty do odpowiedzialności?

- Asada będzie można pociągnąć do odpowiedzialności tylko wtedy, gdy zgodzi się na to Rosja i nie zawetuje rezolucji ONZ, która wzywa do podjęcia śledztwa w sprawie użycia broni chemicznej. Ale Rosja ciągle te rezolucje blokuje. Patrząc na inne konflikty na świecie, należy się spodziewać, że Asad nigdy nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności - prognozuje dr Sasnal. 

  


Wygnani z własnej ojczyzny   

Od kilku lat przed wojskami Asada, dzihadystami, a także siłami opozycji, uciekło do Europy miliony ludzi. Wywołali oni największy kryzys migracyjny w historii istnienia Unii Europejskiej. Część z nich pokonuje śmiertelnie niebezpieczną podróż przez morze. Są upychani w nędznych obozach dla uchodźców  na Bałkanach, we Włoszech, w Grecji czy w Turcji. Mieszkają w namiotach, które nie gwarantują im żadnej ochrony. Żyją w zawieszeniu, nie mając żadnych perspektyw na poprawę sytuacji. Jak relacjonował na początku roku "The New York Times", "cierpią za to, że przeżyli, będąc brutalnie odrzucani u drzwi Europy".

Syria praktycznie nie istnieje

Chociaż prezydent w Damaszku przygotowuje się do ogłoszenia zwycięstwa, Syria już praktycznie nie istnieje. 

"Rząd może mieć swojego przedstawiciela w ONZ, posiadać własne placówki w innych krajach, podbijać paszporty i drukować walutę, ale Syria praktycznie nie jest już państwem" - piszą David Lesch i James Gelvin na łamach "NYT". "Baszar el-Asad, choć chce być jedynym wygranym krwawej wojny, będzie musiał polegać na ciągłej pomocy z zewnątrz, by przywrócić chociaż część tej Syrii, która istniała".

Koszty odbudowy państwa będą astronomiczne. Według szacunków World Vision i Froniter Economics z marca 2016 r., straty gospodarcze z powodu trwającej wojny sięgnęły już 275 mld dolarów. Szefowa dyplomacji Unii Europejskiej, Federica Mogherini, zagroziła niedawno, że jeśli Moskwa i Damaszek całkowicie rozbiją opozycję wspieraną przez Zachód, Europa nie przekaże żadnych pieniędzy na odbudowę Syrii.

Walka o śmierć albo życie

Konflikt, który trwa już dłużej niż druga wojna światowa, zdewastował i podzielił państwo, zdziesiątkował gospodarkę. Pozostała po nim tylko zdruzgotana ludność - targana chorobami, głodem i bezsilnością. Średnia długość życia od początku powstania w 2011 r. spadła w Syrii o 20 lat - pisze "The New York Times". Prawie połowa dzieci nie chodzi do szkoły. To jak całe stracone pokolenie. 

Jeśli rzeczywiście Baszar el-Asad zwycięży, to co właściwie wygra? Syria utraciła przecież to, co w przyszłości będzie jej najbardziej potrzebne - ludzi niezbędnych do odbudowy kraju.

Jak podkreśla dr Sasnal, dla Asada tocząca się wojna jest jednak walką o śmierć albo życie. - Jesteśmy pod wpływem pewnej retoryki, sposobu patrzenia na ten konflikt. Gdybyśmy poczytali gazety w Libanie, w Iraku, w Brazylii, w Indiach, to tę wojnę opisuje się zupełnie inaczej - zaznacza ekspertka z PISM. - Nie jest tak, że Baszar el-Asad jest jedynym zbrodniarzem. Znaczna część ludności Syrii, a przynajmniej jej jedna trzecia, autentycznie i z całego serca go popiera. Możliwe, że gdyby wystartował w całkowicie wolnych wyborach, to by wygrał - podkreśla dr Sasnal.

Dlaczego mieszkańcy wciąż ufają i nie mają żadnych wątpliwości wobec działań Asada? Odpowiedź jest prosta. Jeżeli prezydent ich kraju ciągle powtarza, że syryjski rząd walczy z terrorystami, to ludzie po prostu w to wierzą.

- Dla Baszara el-Asada w tym momencie to już jest walka o śmierć i życie. Choćby przejął kontrolę nad niewielkim terytorium, ale utrzymał się u władzy, będzie to dla niego oznaczać życie. Jeśli znajdzie się w rękach opozycjonistów albo wyjedzie z państwa i będzie ścigany, to jak wyrok śmierci. On nie ma wyboru - wyjaśnia dr Sasnal.

Jak dodaje, dla Europejczyków to, co stanie się z Asadem nie jest sprawą pierwszorzędną: - Kluczowe jest to, by uchodźcy z Syrii i Libanu mogli jak najszybciej wrócić do swoich domów. Z pewnością chcą powrócić i odbudować kraj. Dla nas najważniejsze jest to, żeby Syria przestała być poletkiem do walki interesów innych państw ościennych: Iranu, Turcji, Arabii Saudyjskiej, Rosji. Żeby ten konflikt po prostu się zakończył.

Mgliste szanse na pokój

Szanse na pokój w Syrii są jednak mgliste. Sytuacja taka, jak dziś, w której część terytorium jest pod kontrolą jedynych, a inne znajdują się we władaniu drugich, może się przeciągać latami.

- Ta wojna trwa już ponad sześć lat i nic nie stoi na przeszkodzie, by trwała kolejne, tym bardziej, że w Syrii nie ma równowagi sił. Jest za to postępujące umacnianie się Asada, chwilowo tylko zatrzymane przez amerykańskie uderzenie. Rosja nadal go wspiera, Iran też będzie to robił, bo zależy mu, żeby utrzymać kontakt z Hezbollahem i mieć dostęp do Morza Śródziemnego przez swoich sojuszników - tłumaczy dr Sasnal.

Pod kontrolą rządu w Damaszku, Rosji i Iranu jest ponad 60 procent przebywającej na terytorium Syrii ludności, czyli większość pasa zurbanizowanego na zachodzie kraju.

- Trzeba uznać, że Baszar el-Asad dziś tę wojnę wygrywa, a opozycja jest na straconej pozycji - ocenia dr Sasnal. - Syryjski reżim chce zdobyć jeszcze Idlib i południowy-zachód, gdzie ciągle istnieje mały przyczółek opozycji. W momencie, kiedy to odbiorą, Asad będzie na tyle silny, że pokojowe negocjacje jedynie potwierdzą stan faktyczny. On nie będzie już musiał iść na żadne ustępstwa - dodaje ekspertka z PISM.

Rozproszona trzecia wojna światowa

Papież Franciszek od 2014 r. wielokrotnie podkreślał, że toczy się obecnie rozproszona trzecia wojna światowa. Ostrzegał także, że należy powstrzymać watażków wojennych, ponieważ "wojna i przemoc rujnują świat".

- Cały Bliski Wschód jest dziś regionem najbardziej przeżartym cierpieniem, a mieszka tam tylko 5 procent ludności świata - mówi dr Patrycja Sasnal. Jak dodaje, prawie 70 procent wszystkich poległych w jakiejś walce na świecie, zginęło właśnie tam.

Europa patrzy dziś na konflikt w Syrii jak na coś odległego, tymczasem Bliski Wschód to nasz sąsiad. To ludność i region, z którymi jesteśmy związani kulturowo i historycznie. Europejski i islamski krąg kulturowy przez wieki się mieszały, wzajemnie odnosiły i pożyczały od siebie, choć wielokrotnie działo się to w warunkach wojny lub mniejszego sporu.

- Nasz dobrobyt i stabilność kontra ich pognębienie i destabilizacja po prostu nie może dłużej trwać - alarmuje dr Sasnal. - Powinniśmy patrzeć na wojnę i cierpienie, które rozgrywają się w Syrii, jak na fundamentalny problem. Pierwszorzędnym zadaniem Europy jest przecież to, żeby ludzie odczuli tam spokój.

Źródła: 

* UNICEF, Syria Crisis Humanitarian Results. Situation Report (luty 2017), dostęp: TUTAJ; OCHA, Global Humanitarian Overwiev, 2017, dostęp: TUTAJ

** Wilk W., Wojna w Syrii i kryzys humanitarny. Informator dla dziennikarzy, Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, Warszawa 2016.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje