Syryjski exodus i rozbite wojną życie

Podczas trwającej od prawie siedmiu lat wojny do Jordanii uciekło około 1,4 mln Syryjczyków /Fot. Mateusz Skwarczek / Polska Misja Medyczna /

30-letnia Batool wydostała się z Syrii pięć lat temu. Doskonale pamięta drogę z Dary do syryjsko-jordańskiej granicy. Razem z innymi rodzinami uciekała pod ostrzałem. Roczny syn, którego trzymała na rękach, nie przestawał płakać. Zasłaniała mu uszy i usta, żeby tylko nie słyszał strzałów i nie krzyczał. Jego płacz mógł ściągnąć na wszystkich śmierć.

Reklama

Podczas trwającej od prawie siedmiu lat wojny do Jordanii uciekło około 1,4 mln Syryjczyków. Kiedy w swoich wioskach usłyszeli odgłosy bombardowań, wiedzieli, że muszą się ratować. Podróż do najbliższej granicy dla niektórych trwała kilkanaście dni, dla innych - kilka godzin. Nigdy nie zapomną tamtego strachu. O własne życie, o dzieci, o to, co miało ich czekać na obcej ziemi. W Syrii pozostawili wszystko - rodziny, domy, dobytki życia.

Syryjscy uchodźcy zazwyczaj przedostają się do Jordanii przez przejście graniczne Dżaber, zlokalizowane około 80 km od stolicy kraju - Ammanu. Stamtąd trafiają prosto do obozów. Niektórzy mieszkają w nich nawet kilka lat. Zdecydowana większość próbuje jednak ułożyć sobie życie na własną rękę.

Reklama

***

Kiedy w 2013 roku sytuacja w Aleppo z dnia na dzień się pogarszała, Huda i jej mąż zdecydowali, że zostawią wszystko i uciekną do Jordanii. Bomby spadały już wszędzie: na domy, szkoły, szpitale. Na ulicach wybuchały samochody-pułapki, cywile byli wykorzystywani jako żywe tarcze. - Bałam się o swoje dzieci. Bardziej niż o siebie. Widziałam, jak w innych rodzinach dzieci umierały z głodu. Musieliśmy się ratować - Huda ze smutkiem i troską na twarzy opowiada o wydarzeniach sprzed czterech lat. Koło niej wesoło przedrzeźniają się jej syn i córki. Huda ma dziś 34 lata i ośmioro dzieci. Z sześciorgiem musiała uciekać z piekła, które zgotował w Syrii assadowski reżim i rebelianci, dwójkę dzieci urodziła na uchodźstwie.

- Jechaliśmy z dwudziestoma innymi osobami z Aleppo. Kiedy byliśmy w Darze, autobus zatrzymali żołnierze. Zaczęli nas przesłuchiwać. Skłamaliśmy, że jedziemy odwiedzić nasze rodziny, które mieszkają niedaleko. Gdyby się domyślili, że uciekamy na syryjską granicę, zabiliby nas wszystkich. To była najgorsza godzina. Byliśmy między życiem i śmiercią...

Jak bracia

Jordańczycy to naród, który - jak sami przyznają - kocha uchodźców. Już wielokrotnie w historii udało się im to udowodnić. Najpierw przyjęli Palestyńczyków, potem Irakijczyków i Jemeńczyków. W 2011 roku otworzyli drzwi dla braci z Syrii.

- Nie możemy zamknąć się na uchodźców, bo jesteśmy jedynym krajem w regionie, który tak chętnie ich gości. Jordania jest biedna, ale uchodźców traktujemy tu jak jednych z nas - podkreślają Ilham Al-Zoubi i Deborah Da Boit z organizacji Torre des Hommes.

Ilham i Deborah mają rację. Żaden sąsiedni kraj nie przyjął Syryjczyków tak otwarcie, jak zrobiła to Jordania. Ani Liban, ani bogate kraje Zatoki Perskiej nie przyznają im statusu uchodźcy.

- Syryjczycy i Jordańczycy czują się jak bracia. Mają wspólny język, kulturę, przeszłość. Nawet, jeśli występują między nimi jakieś napięcia, to - naprawdę - wszyscy pracują tu nad tym, żeby je ugasić - przekonuje Deborah, która jest regionalną koordynatorką w Syrii, Jordanii i Iraku z organizacji Torre des Hommes.

- Sytuacja ludzi w niektórych miastach Jordanii, na przykład w Zarce, jest naprawdę bardzo zła. Bieda, brak usług, kiepski poziom edukacji. Dlatego tak ważne jest, żeby pracować i z uchodźcami, i z lokalną społecznością. To kluczowe. Jeśli wsparcie finansowe otrzymaliby tylko syryjscy uchodźcy, doszłoby do rewolucji - podkreśla.

Ułożyć życie na nowo

Wspomniane przez Deborah miasto Zarqa leży niecałe pół godziny drogi od tętniącego życiem Ammanu. To właśnie tu większość syryjskich uchodźców próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Nie ukrywają, że jest ciężko. W obozie mieliby zagwarantowane miejsce do spania, posiłki, szkołę albo przedszkole dla dzieci. Kiedy wybierają życie poza obozem, o wszystko muszą zawalczyć sami.

***

Zarqa. Przy jednej z głównych ulic prowadzących do miejskiego targowiska mieszka Zahi z żoną Almasą i dwójką dzieci. Dom jest przestronny, ale wewnątrz jest chłodno. Między kuchnią a pokojami wesoło biega dwuletnia Dalal. Z zaciekawieniem przygląda się obcym twarzom, by po chwili wstydliwie schować się za swoją mamą.

Wydawałoby się, że rodzina odnalazła w Jordanii to, o czym marzyła, uciekając z ogarniętego wojną kraju - bezpieczeństwo.

Ich dom w Darze nie był bezpieczny. Kiedy w 2013 roku w pobliżu niego spadła bomba, uciekli z Syrii. Zabrali tylko kilka ubrań i kurtkę dla syna. Zahi został ranny w ostrzale. Stracił czucie w lewej nodze.

Dziś, po prawie pięciu latach życia w Jordanii, na ich twarzach nie ma nawet cienia uśmiechu. Najtrudniejsze stało się ciągłe myślenie o tym, za co zapłacić czynsz i skąd wziąć pieniądze na jedzenie.

Jedynym żywicielem czteroosobowej rodziny jest teraz 15-letni syn Mazen. Za pracę w sklepie nastolatek dostaje co miesiąc 150 dinarów, czyli około 750 zł. Rodzinę wspiera też UNHCR, wypłacając jej miesięcznie 40 dinarów (200 zł). Gdy opłacą mieszkanie, zostaje im w przeliczeniu niecałe 450 zł na życie. Cały czas brakuje na jedzenie, pieluchy dla małej Dalal, leki. O opale na zbliżającą się zimę nawet nie myślą.

- Gdybym mógł wybrać jeszcze raz, to zostałbym w Syrii - mówi pewnym głosem Zahi.

Jego żona równie otwarcie opowiada o tęsknocie za krajem i rodziną, która została w Darze.

- Jedyna dobra rzecz, jaka spotkała nas na uchodźstwie, to nasza córka - na ich twarzach pierwszy raz odkąd zaczęliśmy rozmawiać, pojawia się uśmiech. - Jak tylko wojna się skończy, zabiorę moją żonę i dzieci do domu - zapewnia Zahi.

***

Za wynajmowane w Jordanii pomieszczenia do życia - mieszkania, garaże, piwnice - Syryjczycy płacą wysokie czynsze. Jedyne sektory, w których pozwala się im zarabiać to agroturystyka, budowlanka i ogrodnictwo. Za pracę dostają znacznie mniej pieniędzy niż Jordańczycy. Nie wykonują wyuczonych w Syrii zawodów. Nikt nie wykorzystuje ich profesjonalnych umiejętności. Większości nie stać, by kupić jedzenie albo potrzebne leki. Ci, którzy mieszkają na odległych terenach, nie mają nawet transportu, by dostać się do lekarza. Kobiety w ciąży nie wiedzą, czy ich dzieci urodzą się zdrowe.

Wojenna trauma kobiet

Jedyny ośrodek, który bezpłatnie leczy Syryjki, Jordanki i ich dzieci, znajduje się w Zarce. Codziennie zjawia się tu około 200 osób. To głównie kobiety spodziewające się dziecka albo planujące ciążę oraz matki z niemowlętami na rękach. W gwarze i tłoku ustawiają się w kolejkach do gabinetów lekarzy. Jedne ubrane są w burki, inne odsłaniają oczy w czadorach albo hidżabach i spoglądają niepewnym wzorkiem. Tylko niektórym towarzyszą mężczyźni.

Działalność ośrodka finansuje Polska Misja Medyczna przy wsparciu polskiego MSZ oraz organizacji Terre des Hommes.

Kobiety mogą tu skorzystać z bezpłatnych porad ginekologów i dziecięcego pediatry, wykonać podstawowe badania, odebrać za darmo leki. Dla wielu z nich lekarze są pierwszymi osobami, którym opowiadają o wojennej traumie.

- Syryjki, które przychodzą do ośrodka, są bardzo otwarte, choć część z nich straciła podczas wojny swoje dzieci. Opowiadają o sobie, o trudnych doświadczeniach, o tym, co czują. Wiedzą, że jesteśmy lekarzami, że mogą nam zaufać, że mamy możliwość, by im pomóc. Traktują te wizyty jako szczery kontakt z drugim człowiekiem. Czują, że ich los jest dla nas po prostu ważny - mówi z przejęciem dr Eman Hasan Athamneh, ginekolog pracująca w ośrodku. Podczas naszej rozmowy pacjentki nieustannie pukają do drzwi. 

Ośrodek specjalizuje się w opiece przed- i poporodowej oraz planowaniu rodziny. Lekarze ginekolodzy przyjmują codziennie około 50-60 kobiet, którym wykonywane są badania fizykalne i laboratoryjne. Wystarczyło kilka aparatów USG, by uratować niejedno maleńkie życie.

Druga z lekarzy ginekologów - dr Arzu Matlab Safiyeva - pochodzi z Azerbejdżanu, ale w Jordanii mieszka już 14 lat. Wcześniej pracowała w szpitalu wojskowym, jednak - jak podkreśla - pomoc uchodźcom to coś zupełnie innego.

- Dla naszych pacjentek ten ośrodek to ogromne wsparcie. Jesteśmy dla nich nie tylko ginekologami, ale też psychologami.

***

Amal mieszka w Jordanii od pięciu lat. Co roku uroczyście obchodzi 10 grudnia - dzień, w którym przekroczyła syryjsko-jordańską granicę. Ucieczkę z Damaszku wspomina krótko - ona i jej mąż mieli jordańskie wizy, co pozwoliło im szybko wydostać się z Syrii.

Amal jest jedyną żywicielką rodziny. Ma ośmioro dzieci. Pracuje jako pomocnik w ośrodku zdrowia w Zarqa. Codziennie odwiedza syryjskie rodziny i zachęca kobiety, by skorzystały z darmowych badań. Dla siebie i swoich dzieci.

- Wszyscy wiemy, w jakiej sytuacji są syryjscy uchodźcy. Ja też jestem uchodźcą. Jedyną radością, jaką daje mi ta praca, jest świadomość, że pomagam innym Syryjczykom - przyznaje szczerze Amal.

Skarb

Wojna to dla syryjskich kobiet nie tylko psychiczna trauma. Pytam lekarzy w Zarqa, na jakie powikłania narażone są ciężarne Syryjki i ich nienarodzone jeszcze dzieci po ucieczce z terenów walk.

- Wiele dzieci rodzi się z wodogłowiem albo ma inne neurologiczne problemy. To skutki wojny i chemicznych substancji, których nawdychały się ich matki. Nikt wcześniej nie zapewnił im opieki medycznej - odpowiada dr Athamneh.

Jej koleżanka z gabinetu, dr Safiyeva, wspomina z kolei o kobietach, które w czasie wojny albo podczas ucieczki z Syrii straciły swoje dzieci. Mają dziś około 40-45 lat.

- To bardzo trudne, aby utrzymać ich kolejną ciążę: ze względu na wiek, wcześniejsze porody czy operacje chirurgiczne. Te kobiety chcą być teraz pewne, że ich ciąża nie jest zagrożona. 

- Czy stawiają się na wyznaczone terminy wizyt? - dopytuję.

- Tak, bo chcą wiedzieć wszystko: o prawidłowym odżywianiu, badaniach, leczeniu. Potrzebują specjalistycznego wsparcia. Chcą, by ich dziecko przyszło na świat zdrowe - odpowiada dr Safiyeva i po chwili dodaje: - To dziecko to ich jedyny skarb...

Oddawane "pod opiekę"

20 na 60 pacjentek ośrodka zdrowia w Zarqa jest jednak zbyt młodych na dziecko. To nastolatki. Mają po 12-14 lat.

- One są jeszcze dziećmi. Mają naprawdę niewielką wiedzę na temat swojej kobiecości, cyklu, owulacji. Wiele z nich jest po prostu nieszczęśliwych. Ich mężowie są tak samo młodzi. Nie mają więcej niż 17 lat - mówi Basma Khalil Mohammad, pielęgniarka z 23-letnim doświadczeniem. - Uczymy je, by stosować środki antykoncepcyjne. Dajemy rady, ale ostateczna decyzja należy do młodych - mówi. 

Syryjskie rodziny żyją w przekonaniu, że jeśli same nie potrafią zapewnić bytu własnej córce, to powinny oddać ją "pod opiekę" innej rodzinie. Dziewczynki są wydawane za mąż. Najszybciej jak to możliwe. Zamiast uczyć się i chodzić do szkoły - zostają żonami. Kilka miesięcy później zachodzą w ciążę.

Z problemem zbyt wczesnych małżeństw i macierzyństwa od ponad 20 lat skutecznie walczy w Jordanii Suhad Mustafa, dyrektor generalna organizacji Soldiers Family Welfare Society (SFWS), z którą współpracuje Polska Misja Medyczna. W Zarqa organizowane są zajęcia aktywizacyjne dla kobiet, dzięki którym mogą zarabiać pieniądze, wyjść z domu, otworzyć się na świat.

Wśród syryjskich uchodźczyń, które zamieszkały w Jordanii, zjawisko nastoletnich małżeństw z roku na rok przybiera jednak na sile. Zrozpaczone z powodu nędzy rodziny jedyną nadzieję na lepszy byt dla swoich córek upatrują w powierzeniu ich innym ludziom.

- Nie umiesz sobie nawet wyobrazić, jak poważny jest to problem - Suhad poważnym tonem zaczyna opowiadać... 

- W zeszłym roku, na jednej konferencji, spotkałam 28-letnią kobietę. Miała siedmioro dzieci. Wyszła za mąż, kiedy miała 12 lat. Chciała się zabezpieczać, ale jej mąż cały czas odmawiał. Teściowa też zabraniała jej używania jakichkolwiek środków antykoncepcyjnych. Powiedziała mi: "To małżeństwo było dla mnie największą katastrofą. Byłam dzieckiem. Patrzyłam przez okno, chciałam bawić się z innymi dziećmi i nie mogłam. Nie miałam żadnego wpływu na swoje życie" - Suhad przypomina sobie słowa Syryjki. - Gdybyś ją zobaczyła, nie uwierzyłabyś, że ma 28 lat. Po tym wszystkim, co przeszła, wyglądała jakby była po pięćdziesiątce.

- Myślisz, że ta kobieta będzie kiedykolwiek zdolna, by uchronić przed takim samym losem swoje dzieci? Jej mąż przecież na to nie pozwoli - bardziej stwierdzam, niż pytam.

- Zadałam jej to samo pytanie. I wiesz co odpowiedziała? "Będę o to walczyć dla moich dzieci. Nie pozwolę, żeby musiały przeżywać to samo, co ja". Większość Syryjczyków myśli, że wczesne małżeństwo to ochrona dla ich dzieci. Nie jest łatwo zmienić sposób myślenia. To wymaga edukacji, zarówno kobiet jak i mężczyzn. Minie wiele czasu, ale musimy spróbować.

Justyna Mastalerz

Czytaj również:

Syria jak powieść szkatułkowa. O kraju przeżartym cierpieniem

Sahara - śmiertelny szlak migracyjny

Wschodnia Ghuta - epicentrum cierpienia 

Wojciech Wilk: Pomoc humanitarna to odpowiedzialność 

"Matki dziękowały nam, że zoperowaliśmy im dzieci"

Ar-Rakka - piekło i pułapka anad Eufratem


Chcesz porozmawiać z autorką tekstu? Kliknij tutaj, aby wysłać wiadomość

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje