Pieśń o przebaczeniu. Historia niezwykłej sieroty

Khoren Simonyan, fot. Justyna Kaczmarczyk /INTERIA.PL

Khoren Simonyan ma 25 lat i dzieciństwo i młodość spędzone w sierocińcach w Armenii. Rodzice, nie czując się na siłach, by zająć się synem obciążonym chorobą, oddali go do domu dziecka tuż po narodzinach. Miłością Khorena jest śpiew. Swoje nagrania - a śpiewa w różnych językach, ale głównie ormiańskie pieśni ludowe - umieszcza w sieci. Pewnego dnia, po kolejnym popisie wokalnym w Internecie, dostał wiadomość, po której podjął najważniejszą decyzję w swoim życiu. Na ekranie komputera zamigało: Dzień dobry, jestem twoim ojcem.

Reklama

Khoren urodził się z syndromem Pfeiffera, uwarunkowanym genetycznie zespołem wad, które m.in. charakteryzują się specyficzną budową czaszki. Do domu dziecka trafił zaraz po urodzeniu. Rodzice zrzekli się go ze względu na chorobę.

Ale Khoren nie obarcza ich winą, przynajmniej nie całą: lekarze stwierdzili, że jest bardzo chory. Powiedzieli rodzicom, że wady są poważne, dziecko ma m.in. niedorozwinięty mózg i niebawem umrze. - To, że trafiłem do sierocińca, to trochę wina rodziców, a trochę szpitala - opowiada. I od razu podkreśla, że wie, że dla jego matki i ojca decyzja o zostawieniu chłopca była bardzo trudna. Wylicza: mówili, że jestem bardzo chory, a rodzicom było ciężko, to było po trzęsieniu ziemi (w 1988 r. potężny kataklizm nawiedził północną Armenię, pochłonął życie co najmniej 25 tys. ludzi, wiele miejsc do dziś nie odbudowano), warunki nie były łatwe, jeszcze nie wszędzie był prąd.

Reklama

Chłopiec nie umarł, rósł i poza fizycznymi deformacjami był całkiem sprawny, a na dodatek utalentowany: szybko uczy się języków, pięknie śpiewa.  - Mózg mam zdrowy - śmieje się dzisiaj.

***

- Miałeś problemy ze względu na swój wygląd? Ktoś ci dokuczał?

- Zdarzało się, ale co zrobisz? Jak ktoś nie myśli, to tak sprawia drugiemu ból. Czasem byłem smutny, ale najdłużej to z 10 minut.

***

Khorena "odkryła" Maja Brand, która w 2007 r. świeżo po studiach wyjechała z Polski na wolontariat w ramach EVS do Armenii. Pracowała w domu dziecka w mieście Gyumri, gdzie uczyła języka angielskiego. - Pamiętam, że w jednym z pierwszych maili napisała: "Mamuś, pierwszy raz w życiu widzę, że to co robię, ma sens" - wspomina jej matka, prof. Katarzyna Mroczkowska-Brand. Tam Maja poznała nastoletniego wówczas Khorena, którego wyróżniał nie tylko zmieniony przez chorobę wygląd, ale też wyjątkowo pozytywne i przyjacielskie nastawienie do świata i talenty: wokalny i językowy. I jeszcze coś: Khorena nikt nigdy nie odwiedzał. Inne dzieci czasem wyjeżdżały na święta czy wakacje do rodziny, Khoren nigdy.

To skłoniło Maję do zorganizowania dla niego czegoś specjalnego. Wystarała się o pieniądze z funduszów europejskich na bilet lotniczy i chłopak przyjechał do Polski, żeby wziąć udział w Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, konkursie dla utalentowanych wokalnie osób niepełnosprawnych, organizowanym przez Fundację Anny Dymnej "Mimo Wszystko". W eliminacjach  w Warszawie zajął pierwsze miejsce. Podczas koncertu na krakowskim rynku podbił serca publiczności swoim wykonaniem "Kolorowych jarmarków", bisował. Był w siódmym niebie. Jako obywatel Armenii został ambasadorem "Zaczarowanej Piosenki".

Potem przyszedł tragiczny rok 2012. 3 marca 30-letnia Maja Brand zginęła w katastrofie kolejowej pod Szczekocinami.

- Zastanawiałam się, jak mogłabym kontynuować rozpoczęte przez Maję działanie społeczne - wspomina jej matka. -  Została założona Fundacja jej imienia, Fundacja Mai Brand.  Wiedziałam, że wszystkiego nie dam rady zrobić, ale chciałam pomóc Khorenowi. Maja już to zaczęła, już w nim rozbudziła przekonanie, że w naszym kraju dzieje się coś dla niego dobrego.

Z każdą wizytą w Polsce chory, utalentowany Ormianin czuł, że wreszcie odnalazł swoje miejsce na ziemi. I tak na przykład Khoren wziął udział w wolontariacie European Voluntary Service (EVS). Trafił do Ustronia, gdzie pracował w Ośrodku edukacyjno-rehabilitacyjno-wychowawczym z małymi dziećmi niepełnosprawnymi umysłowo.

Wszystkie pobyty były jednak czasowe, wiza się kończyła, musiał wracać do Armenii.

Latem 2016  Khoren poważnie zachorował, gorączkował, był osłabiony. Najpierw leczył się w szpitalu w Gyumri, potem przewieziono go do Erywania, ale lekarze nie potrafili postawić diagnozy. Po jakimś czasie choroba się wyciszyła, jednak  warunki, w jakich przebywał chłopak, nie były najlepsze dla rekonwalescenta. Wtedy - dzięki staraniom Fundacji Mai Brand - udało się go sprowadzić do Krakowa, gdzie rozpoczął studia dziennikarskie na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II.

Jak jednak przyznał ze szczerością małego dziecka, które nie nauczyło się jeszcze owijać w bawełnę, nie uczył się dobrze. Specjalistyczny język był trudny dla obcokrajowca, nawet takiego, który języków obcych uczy się szybko. Ale chłopak się starał, bo studia były dla niego szansą. Otwarły furtkę do zmiany wizy Khorena z turystycznej na studencką i przedłużenie jego legalnego pobytu.

- Kiedy z wszystkimi odpowiednimi papierami udałam się z Khorenem do urzędu, okazało się, że wiza straciła już ważność. Choć napis dużymi literami mówił, że jest ważna do 31. grudnia 2017, na dole drobnym maczkiem dodano, że dokument obowiązuje 90 dni od przekroczenia granicy. Khoren nie zauważył tego dopisku i wcale mu się nie dziwię - opowiada prof. Mroczkowska-Brand.

Wtedy nastąpił nawrót choroby. Gorączka ponad 40 stopni, nie mógł jeść, ani pić. - Znajomy lekarz powiedział, że to już walka o życie Khorena. W szpitalu nie mogli go przyjąć, bo nie miał ubezpieczenia zdrowotnego. Podanie o kartę pobytu było dopiero rozpatrywane. To były straszne chwile. Czułam, że stanęłam przed ścianą - wspomina.

Kiedy Khoren mówi o chorobie, poważnieje. - Trudny czas, trudno było mieć nadzieję - powtarza.

W kryzysowym momencie pojawiła się możliwość, żeby wystarać się o kartę pobytu ze względów humanitarnych. Dzięki  świadectwom lekarskim o stanie zagrożenia, dzięki pomocy i zaangażowaniu wielu przyjaciół Khoren Simonyan taką kartę otrzymał.

W tym czasie pacjent po trafnej diagnozie i dzięki dobrze dobranym lekarstwom powoli dochodził do siebie. Toczeń rumieniowaty - bo na to chorował - cofał się.

Khoren zdrowiał, a że wciąż przebywał na urlopie dziekańskim, który  uzyskał na ratowanie zdrowia, miał dużo wolnego czasu. Co mógł robić? Śpiewał jeszcze więcej niż zwykle. I tak dzień po dniu siadał przed komputerem, nagrywał i upubliczniał w sieci wyśpiewywane przez siebie pieśni. Nie wiedział wtedy jeszcze, że wyśpiewa sobie rodzinę.

***

- Jaka jest twoja mama?

- Teraz uśmiechnięta, ale widać, że kiedyś była bardzo smutna. Dzisiaj też czasem płacze. Wtedy jej mówię: "Nie płacz, mamo, będzie dobrze!".

- Mógłbyś być wściekły na rodziców, a ty ich pocieszasz.

- Zawsze można robić dobre albo złe rzeczy. Ja chcę robić dobre.

***

Twórczość Khorena spotkała się z ogromnym zainteresowaniem wśród Ormian, nie tylko mieszkających w Armenii, ale też we Francji czy w USA. - Tu się zaczyna baśń XXI wieku. Oni się w Khorenie zakochali, bo wyśpiewał im serce. Pierwsza pieśń, którą nagrał i wrzucił do sieci, była o żurawiu, który leci przez świat i szuka Ormian, tęskniących za ojczyzną - opowiada prof. Mroczkowska-Brand.

Potem były wywiady dla ormiańskiej prasy. Po kolejnej fali zainteresowania przyszła wiadomość: "Jestem twoim ojcem".

- Chodziłam z nim przez dwa dni nad Wisłą, żeby go wspierać w tej huśtawce. Była wielka radość i wielki gniew, ale widziałam od początku, że on chce im wybaczyć.  Mógłby nienawidzić całego świata za to, że urodził się chory, że tyle wycierpiał, że wychowywał się bez rodziny. Znam go parę lat. To chłopak, który chce być dobry i ma bardzo wrażliwe serce - mówi krakowska opiekunka Khorena.

***

- Pamiętasz ten moment, kiedy odebrałeś wiadomość od ojca?

- Tak, na początku nie wierzyłem, że to on.

***

Armenia to niewielki kraj, wystarczyło kilka wzmianek w prasie, żeby Khoren stał się tam rozpoznawalny, niemal sławny. W końcu jego nagrania zobaczyli członkowie rodziny. - Rodzice mi potem powiedzieli, że naradzali się wszyscy: mama, tata, siostra i brat, czy napisać do mnie czy nie. W końcu padło: "napisać" - opowiada Khoren. To było w kwietniu. Kolejne miesiące upłynęły rozmowach, coraz dłuższych i coraz częstszych. - Skype miałem włączony czasem pół nocy.

Szczególnie często rozmawiał z siostrą. Także jej ośmioletnia córka, siostrzenica Khorena, ochoczo brała udział w tych rozmowach. - Mówiła: no zaśpiewaj coś! I śpiewałem jej, czasem kołysanki i wtedy zasypiała - Khoren, choć jeszcze na odległość, stał się wujkiem pełną gębą.

We wrześniu spotkał się z rodziną po raz pierwszy. Khoren poleciał do Erywania. Bał się tej podróży, bał się pierwszych rozmów bez bezpiecznego buforu komputera. Ale było dobrze. Wtedy też wybaczył rodzicom publicznie - w programie telewizyjnym. Wrócił do Krakowa szczęśliwy.

***

- Jak ludzie reagowali na twoją historię?

- Mówili, że mam dobre serce i cieszyli się ze mną. Chociaż nie wszyscy. Ale ja nie chciałem słuchać złych słów, bo jak się ich słucha, nie zrobi się kroku naprzód.

- Masz jakieś marzenia?

- Teraz już nie. Wszystko o czym marzyłem przez 25 lat, właśnie się spełniło.

***

Khoren powiedział mi, że jeszcze niedawno planował, że najpierw zajmie się karierą, a jak już będzie rozpoznawalny, odszuka rodzinę. Nie musiał. Dzisiaj zmienił plany. Kariera? Khoren żyje muzyką, jak sam mówi, słyszy ją cały czas, a jak nie słyszy, to nuci pod nosem. Ale spokojnie, kariera później: Teraz rodzina, potem założę swoją, ale teraz ta, której nie miałem przez całe życie.

28. grudnia 2017 roku, niedługo przed prawosławnym Bożym Narodzeniem Khoren Simonyan wrócił do Armenii. - Kiedyś myślałem, że Kraków to moje miejsce. Ale jednak nie - mówi. Słowa, które nigdy do niego nie należały: synku, braciszku, wujku, dzisiaj są jego. Ma mamę, tatę, starszą siostrę i młodszego brata. A poza tym babcię, ciocie, wujków, siostrzenicę, kuzynostwo. Wielką rodzinę. Prawdziwą. Niebawem zacznie studia w Akademii Muzycznej w Erywaniu, ale najpierw - jak sam to określił - postara się nadrobić 25 lat, które wiódł jako sierota. Zacznie od ubrania choinki, razem z bratem.

 ***

- O czym są ormiańskie pieśni, które śpiewasz i wrzucasz do sieci?

- Różnie. O miłości, o Erywaniu, ale też o mamie, o rodzinie...

- A o przebaczeniu?

- Nie. O tym nie ma.

Pieśń o przebaczeniu Khoren Simonyan skomponował sam.



Justyna Kaczmarczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy