Kryzys dyplomatyczny na linii Polska-Francja. Kto ma rację?

Emmanuel Macron /AFP

Francuskie media od ubiegłego piątku rozpisują się o tym, że ochłodzenie relacji francusko-polskich przerodziło się już w kryzys dyplomatyczny. Miała się do tego przyczynić wymiana zdań pomiędzy prezydentem Francji Emmanuelem Macronem a premier Beatą Szydło. Kością niezgody jest kwestia zaostrzenia unijnej dyrektywy dotyczącej pracowników delegowanych, która dotknie nawet kilkaset tysięcy Polaków. Kto ma rację w tym sporze?

Reklama

Prezydent Francji w ubiegłym tygodniu ruszył w podróż, której celem miało być przekonanie państw europejskich do nowej dyrektywy dotyczącej pracowników delegowanych w UE. Polskie władze stanowczo sprzeciwiają się jej zaostrzeniu. Ta decyzja wywołała zresztą podział w Grupie Wyszehradzkiej - podobne stanowisko co nasz kraj prezentują Węgry, a po drugiej stronie barykady stanęły Czechy i Słowacja.

Macron wykorzystując tę wiedzę, specjalnie rozmawiał jedynie z premierami Bohusławem Sobotką i Robertem Fico, pomijając Wiktora Orbana i Beatę Szydło. Do swoich postulatów przekonywał też władze Austrii, Rumunii i Bułgarii. I uzyskał zadowalający dla siebie rezultat.

Reklama

Macron, komentując w Bułgarii sprzeciw Warszawy w tej sprawie, ocenił, iż Polska stawia się "na marginesie" Europy w "wielu kwestiach". - Polska nie definiuje dzisiaj przyszłości Europy i nie będzie definiować Europy jutra - mówił.

Polskie władze nie pozostawały dłużne. Premier zarzuciła Macronowi "arogancję" i zaznaczyła, że jego słowa mogą wynikać z "braku obycia politycznego". - Polska jest takim samym członkiem UE, jak Francja - podkreśliła Szydło. Później na dywanik wezwano chargé d’affaires Francji, co jeszcze zaogniło sytuację.

Macron próbował w swoim stylu łagodzić sytuację i zaznaczył, że "będzie kontynuował pracę ze wszystkimi w UE, w tym z Polską". To nie wpłynęło jednak na poprawę atmosfery.

Kłopotliwe Caracale

Warto przypomnieć, że relacje pomiędzy Polską a Francją zwykle można było nazwać "poprawnymi". Aż do jesieni ubiegłego roku.

To wówczas rząd Prawa i Sprawiedliwości zdecydował się zerwać podpisany przez poprzedni rząd, kluczowy dla stosunków między oboma państwami, kontrakt. Tym samym okazało się, że Polska nie kupi 50 śmigłowców wojskowych Caracal, a w zamian za to zdecyduje się na kupno śmigłowców amerykańskich.

Prezydentem Francji nie był co prawda jeszcze Emmanuel Macron, ale Francois Hollande. Po ogłoszeniu tej decyzji odwołał swoją wizytę w Polsce, a status stosunków zmienił się z "poprawnego", na "chłodny".

I taki pozostawał aż do ubiegłego piątku, chociaż Macron jeszcze w kampanii wyborczej pokazał, jaki ma do naszego kraju stosunek, apelując, aby Unia Europejska nałożyła na nasz kraj sankcje, jeśli Polska "będzie kontynuowała łamanie norm demokratycznych bloku".

W czyim interesie leży zaostrzenie dyrektywy?

Inicjatywa Mobilności Pracy - polski think tank zajmujący się delegowaniem pracowników - szacuje liczbę podmiotów delegujących na 92 tysiące. Liczba delegowań w ubiegłym roku przekroczyła pół miliona, co pozwala oszacować liczbę pracowników delegowanych na 300-400 tysięcy.  

Polska walczy tutaj o każdą z tych osób, ale też o inne bardzo istotne kwestie. Między innymi o wpływy do budżetu i ograniczenie wpływów do ZUS - co ma już bezpośredni wpływ nie tylko na Polaków, którzy są pracownikami delegowanymi, ale na nas wszystkich. Po wprowadzeniu dyrektywy może dojść do przymusowego przenoszenia firm za granicę i utraty tysięcy miejsc pracy. 

O szczegóły dotyczące znaczenia zaostrzenia dyrektywy dla Polski pytamy doktora Marka Benio z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, wiceszefa Inicjatywy Mobilności Pracy.

- Propozycja Komisji Europejskiej z 8 marca 2016 roku w sprawie kierunkowej zmiany dyrektywy o pracownikach delegowanych przewiduje modyfikację czterech elementów, z czego dwa są kontrowersyjne: podwyższenie kosztów pracy i ograniczenie delegowania w czasie - wyjaśnia ekspert. 

Jak zaznacza doktor Benio, obecnie pracownikom delegowanym gwarantuje się wypłatę przynajmniej minimalnych stawek płac państwa przyjmującego. 

- Po zmianach pracodawca będzie musiał wypłacić pracownikom delegowanym wynagrodzenie rozumiane w taki sposób, jak to wynika z prawa, układów zbiorowych i zwyczaju państwa przyjmującego - mówi doktor. - W szczególności chodzi o rozmaite dodatki do wynagrodzenia, które nie są skatalogowane czy skodyfikowane, lecz wynikają z przepisów prawa, układów zbiorowych pracy i orzeczeń arbitrażowych. Oznacza to w praktyce konieczność dogłębnego poznania przepisów o wynagrodzeniu obowiązujących w danym regionie, branży i zawodzie - dodaje. 

Eksperci i komentatorzy polityczni nie ukrywają, że zwłaszcza Emmanuel Macron ma tutaj bardzo dużą rolę do odegrania. Przy spadających ciągle słupkach poparcia, musi zadbać o dobro pracowników lokalnych. I właśnie taką rolę spełni nowa dyrektywa. 

- Celem ekonomicznym proponowanej zmiany jest podniesienie kosztów zatrudnienia pracowników delegowanych ponad obecny poziom, w imię ochrony interesów pracowników lokalnych - podkreśla specjalista z UEK. 

Doktor Benio uważa, że teoretycznie zmiana mogłaby doprowadzić do przyznania dodatków do wynagrodzenia charakterystycznych dla państwa przyjmującego, których wypłaty w obecnym stanie prawnym nie ma. 

- To jednak spowoduje wzrost ostatecznej ceny usługi, która stanie się przez to niedostępna dla zagranicznego odbiorcy. Ponieważ dodatkowe koszty pracy firm usługowych związane wyłącznie z faktem, że usługa świadczona jest w innym państwie członkowskim, wynoszą 29 procent całkowitego kosztu pracy, dalsze zwiększanie bezpośrednich kosztów pracy, zamiast do podwyżek wynagrodzenia, czyli wypłaty dodatków, doprowadzi do utraty zamówień z zagranicy - podkreśla ekspert. 

Obecna dyrektywa opiera się na tym, aby strony mogły swobodnie wybrać prawo pracy, którym będą się kierować przy wykonywaniu umowy. I to jest jedno z najważniejszych jej założeń, które zdecydowanie ułatwia funkcjonowanie zwłaszcza małym firmom. 

- Zawsze wybierają porządek prawny, który jest im znany, a nie ten, który jest "lepszy". Po zmianach pracownik będzie w całości podlegał prawu pracy państwa przyjmującego. Ta zmiana faktycznie czyni delegowanie pracowników niecelowym i tylnymi drzwiami zmusza przedsiębiorcę do założenia firmy w państwie przyjmującym - mówi doktor Benio. 

- Traktatowa swoboda świadczenia usług to nie tylko prawo do świadczenia usług na terenie innego kraju, ale przede wszystkim wolność od konieczności zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej w każdym państwie, w którym firma ma klientów - wyjaśnia wiceszef Inicjatywy Mobilności Pracy. 

Kto straci?

Jak zaznacza doktor Benio, na zmianach stracą na tym przede wszystkim małe i mikroprzedsiębiorstwa, które są najbardziej mobilne, i których jest najwięcej. 

- One nie będą w stanie poznać licznych i skomplikowanych przepisów prawa lokalnego i układów zbiorowych regulujących zasady wynagradzania, a po pewnym czasie, całego prawa pracy. Nie mają na to środków. One też najszybciej zostaną "przyłapane" na nieprawidłowo wyliczonych składnikach wynagrodzenia, ukarane grzywnami, które doprowadzą do ich bankructwa - mówi ekspert. 

Takie rozwiązanie poskutkuje rezultatem, w którym pracownicy stracą swojego pracodawcę, ale niekoniecznie stracą pracę. - Ich kwalifikacje są potrzebne i mile widziane za granicą. Będą jednak musieli szukać pracy na własną rękę, bezpośrednio za granicą. Zostaną zatem trwale wydrenowani z polskiej gospodarki. Ich czasowa migracja zarobkowa w formie delegowania zamieni się w trwałą migrację opartą na swobodzie przepływu osób (a nie usług - jak dotychczas) - wyjaśnia doktor Benio. 

Kto na tym straci? - Straci ZUS, ponieważ ich składki będą odprowadzane w miejscu wykonywania pracy. Straci budżet państwa, ponieważ podatki firm usługowych, jeśli przetrwają na polskim rynku będą znacznie niższe. Choć w tym przypadku najbardziej prawdopodobny scenariusz przewiduje przeniesienie przedsiębiorstwa do innego państwa członkowskiego. Tak czy owak podatki nie wpłyną do polskiego budżetu - podkreśla dr Benio. 

Dla kogo zyski z nowej dyrektywy?

A kto w takim razie skorzysta na proponowanych zmianach? - Chciałbym odpowiedzieć, że może przynajmniej francuscy, holenderscy czy belgijscy pracownicy, ale to nieprawda. Rynki pracy bogatych państw przyjmujących są zalewane tanimi pracownikami, wśród których nie ma ani jednego pracownika delegowanego - zaznacza specjalista. 

Badania think tanku brukselskiego Breugel i instytutu HIVA z Uniwersytetu w Leuven, a także raport francuskiego rządu Tresor-Eco, wszystkie z 2016 roku, wskazują jednoznacznie, że źródłem dumpingu socjalnego są pracownicy nierejestrowani oraz samozatrudnieni. 

- Żadnej z tych grup dyrektywa nie obejmuje. Nawet w obecnym stanie prawnym nie ma obowiązku wypłacania im minimalnych stawek płac, a ponieważ przyjeżdżają z biedniejszych państw, są gotowi pracować za niższe stawki - mówi dr Benio. 

W opinii eksperta "zmiana dyrektywy zafunduje nieuchronny wzrost kosztów legalnego delegowania niepewność prawa. To wywinduje ceny usług oferowanych przez te firmy ponad poziom akceptowany przez kontrahentów, którzy szukając tańszej, choć bardziej ryzykownej opcji zwrócą się do szarej strefy. Podkopywanie wysokich standardów socjalnych wywalczonych przez lata przez zachodnie związki zawodowe będzie dużo łatwiejsze".  

Dr Marek Benio podkreśla jednocześnie, że problem zachodnich rynków pracy został błędnie zdiagnozowany na samym początku tego procesu legislacyjnego - a nawet wcześniej - jeszcze w 2012 roku przy pracach nad tzw. dyrektywą wdrożeniową. 

- Za dumping socjalny obwiniono pracowników delegowanych, zupełnie ignorując problem nierejestrowanego zatrudnienia. Tymczasem obowiązek zagwarantowania minimalnych stawek płac jest wystarczającym mechanizmem chroniącym rynki pracy państw bogatszych przed tanią siłą roboczą, skoro jest to stawka, za którą można legalnie zatrudnić lokalnego pracownika. O ile egzekwuje się ten obowiązek - podsumowuje ekspert z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje