Misja Recepa Tayyipa Erdoğana

​"Największym wygranym puczu w Turcji jest jej prezydent". "To Erdoğan zainspirował pucz". "Pucz jest jak pożar Reichstagu w 1933 roku, dzięki któremu Hitler zyskał pełnię władzy" - takie zdecydowane stwierdzenia pojawiają się w mediach zaledwie kilka dni po tym, jak w Turcji doszło do próby zamachu stanu. Jaka jest prawda? Czy tak krwawe w skutkach przedsięwzięcie mogło być inspirowane przez Recepa Tayyipa Erdoğana? Kim jest Fethullah Gülen i czy faktycznie stanowi tak duże zagrożenie dla Turcji i jej obecnego systemu?

Na te pytania pomaga mi odpowiedzieć doktor Konrad Zasztowt, analityk w Polskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych, który w latach 2003-2005 studiował na Uniwersytecie Yeditepe w Stambule.

"Przewrót w armii tureckiej był szykowany. I to nie od wczoraj, a od dawna"

Reklama

"Czy Erdoğan mógł sam zainspirować pucz?" - to jego z najważniejszych pytań, jakie zadaje sobie teraz świat. - Nie wiadomo, czy kiedykolwiek będziemy mieć jasność co do faktów - mówi w rozmowie z Interią dr Konrad Zasztowt, analityk w Polskim Instytucie Stosunków Międzynarodowych. - Erdogan w wywiadzie mówił, że o puczu dowiedział się około 20, na kilka godzin przed tym, jak zamach się zaczął, a wywiad już kilka godzin wcześniej miał taką informację. Teraz pojawiły się pytania o spójność tej narracji i o to, dlaczego wywiad nie przekazał tej informacji wcześniej, a dopiero po czterech godzinach - mówi ekspert. 

Dr Zasztowt zwraca jednocześnie uwagę na bardzo ważną kwestię w stosunkach wewnętrznych w kraju. - W moim przekonaniu rzeczywiście taki wojskowy przewrót w armii tureckiej był szykowany. I to nie "od wczoraj", a od dawna. Związane jest to z walką w szeregach armii i politycznym sporem pomiędzy zwolennikami Fethullaha Gülena, którzy przez lata kształtowali politykę rządową w czasach rządów partii Sprawiedliwości i Rozwoju i byli obecni także w armii. Natomiast od kilku lat trwa konflikt między ruchem Gülena i Erdoğanem, którzy jeszcze do 2013 roku byli sojusznikami. Teraz są zaciekłymi wrogami - wyjaśnia.

Jak podkreśla ekspert od momentu rozpoczęcia konfliktu Erdoğan próbuje czyścić aparat władzy ze zwolenników Gülena. - Było ich niezwykle dużo, ponieważ organizacja miała taki sposób działania, że starała się umieścić jak najwięcej lojalnych jej osób na różnych ważnych stanowiskach w różnych instytucjach - dodaje analityk. 

Śmiertelni wrogowie i trauma narodu

Skąd tak wrogie nastawienie Erdoğana do swojego niegdysiejszego współpracownika? - Współcześnie ruch Gülena jest nazywany przez władzę organizacją terrorystyczną, co oczywiście jest terminem propagandowym. Do momentu puczu nie można mówić o przemocy typu terrorystycznego używanej przez członków tego ruchu. Ten nurt ideologiczny zrzeszający olbrzymią część społeczeństwa tureckiego, powstawał w latach 70. a zwłaszcza 80., po zamachu stanu, który był brutalny, a w wyniku którego w Turcji na początku lat 80. rządziła junta. Założenie tego ruchu było takie, aby wchodzić w struktury władzy, nie wchodząc w konflikt z rządzącymi wojskowymi. Ale starać się wpływać na ten system, żeby go zmienić w stronę demokratycznego - wyjaśnia ekspert z PISM. 

Dr Zasztowt zaznacza, że zamach stanu przeprowadzony w 1980 roku dla społeczeństwa tureckiego był ogromną traumą. - Porównać ją można do traumy stanu wojennego w Polsce. Powiedziałbym jednak, że skala tego zamachu w Turcji i jego skutki były bardziej tragiczne, niż skutki stanu wojennego w Polsce. Zwłaszcza jeśli spojrzeć na liczbę ofiar i liczbę ludzi uwięzionych, którzy długi czas spędzili w więzieniach - mówi. 

- Warto także zwrócić uwagę na ideologię ruchu Gülenowskiego. To była ideologia umiarkowanie islamistyczna. Głosiła przywiązanie do islamu, jednak absolutnie nie do tego fundamentalnego islamu, tej salafickiej wersji, która w tej chwili ma tak niszczący wpływ na świat islamu, a która odrzuca nowoczesność, wracając do ideologii z VII wieku, kiedy żył prorok Mahomet. Islam Gülena to islam oświecony, który popiera modernizację. Jest też to islam otwarty, taki, który nie odcina kontaktów z wyznawcami innych religii. W tej ideologii pojawiał się taki duży odcień liberalizmu - wyjaśnia ekspert.  

Analityk przypomina, że partia na której czele stoi Recep Tayyip Erdoğan (AKP) sprawuje rządy od 2002 roku. Ich ideologia należy do nurtu islamistycznego, konserwatywnego. - On nie był co prawda tożsamy z nurtem Gülenowskim, ale bardzo mu bliski w sensie wyznawanych wartości, czyli konserwatyzmu, przywiązania do religii, ale jednocześnie dążenia do unowocześniania państwa. Partia miała także pozytywny stosunek do UE. To łączyło oba te nurty - mówi dr Zasztowt. 

Nurt Gülena i Erdoğana miał ze sobą jeszcze jedną wspólną kwestię. Był nią wspólny wróg - elita świecka, kemalistyczna, czyli przywiązana do wartości sekularnej republiki stworzonej przez Kemala Paszę Atatürka.

"Polowanie na czarownice"

Ekspert z PISM zaznacza, że przy współpracy władz Tureckich z Unią Europejską, "która naciskała na zmniejszenie roli armii w polityce, partia Erdoğana zdołała wyeliminować wojskowych z życia politycznego. Mało tego - po tym wyeliminowaniu - czyli około roku 2007 - zwłaszcza w latach 2010-2011 doszło do takiego "polowania na czarownice", za którym stało nie tylko odsunięcie wojskowych od polityki, ale także represje i procesy pokazowe często niewinnych ludzi". Za tym polowaniem stali ludzie Gülena.

Fethullah Gülen przekroczył jednak granicę zaufania Erdoğana. 

- W grudniu 2013 roku zwolennicy Gülena w prokuraturze tureckiej rozpoczęli sprawę antykorupcyjną, którą wymierzona była w rząd partii Erdogana. W synów ministrów, a później także w syna Erdoğana, którzy - według prokuratury - mieli być zamieszani w skandal korupcyjny. Po tym, jak doszło do tych aresztowań, na jaw wyszedł konflikt Gülena i Erdoğana. Doszło do jawnej walki ze zwolennikami Gülena w administracji, wymiarze sprawiedliwości i w armii - relacjonuje dr Konrad Zasztowt. 

Ekspert zaznacza przy tym, że skala zdominowania tych instytucji przez ludzi z nurtu Gülena była tak duża, że pomimo stosowania brutalnych metod ludzie Erdoğana nie byli w stanie ich wyeliminować. - Dopiero teraz, po tym puczu widać, że Erdoğan i jego zwolennicy poszli w taką radykalną czystkę. Na pewno ofiarami tej czystki będą, czy już są ludzie, którzy tak naprawdę nic nie mają na sumieniu poza tym, że podzielają poglądy Gülena. Trudno sobie wyobrazić, że kilka tysięcy osób, które zostały aresztowane, wiedziało o tym, że ma dojść do zamachu. Jeśli by tak było, to z pewnością te plany wyszłyby na jaw wcześniej - wyjaśnia analityk z  Polskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych. 

Cały czas operujemy hipotezami

Doktor Zasztowt podkreśla, że w związku z zamachem, wciąż jest jeszcze bardzo dużo niejasności. - Nie wiemy, jakie były przyczyny tej próby zamachu, która była zresztą zaskakująca - dodaje. - Nie wydaje się, żeby dla Erdoğana było to konieczne, żeby przeprowadzić tę czystkę w takiej formie i żeby sfingować pucz. Uważam, że takiej czystki można było dokonać i bez tego - mówi ekspert. 

- Co do wersji, że za zamachem stanu stoją ludzie Gülena, to powinniśmy sobie zadać pytanie, czy uciekanie się do tak drastycznych metod jak pucz, było konieczne, żeby powstrzymać Erdoğana. Być może, w opinii tej grupy oficerów, tak. Mogli uznać, że jeśli nie powstrzymają Erdogana drastycznymi metodami, on w najbliższym czasie doprowadzi do pełnej kontroli państwa i zmiany systemu na autorytarny i ręcznie sterowany - wyjaśnia dr Zasztowt. - Nie tylko tego nie osiągnęli, ale umożliwili Erdoğanowi przyspieszenie czystek i jeszcze szybsze odejście od demokratycznych standardów w stronę autorytaryzmu - dodaje. 

W opinii eksperta tureckie społeczeństwo zareagowało na pucz w ten, a nie inny sposób, ponieważ nie jest gotowe na rządy wojskowych. - Nie tylko zwolennicy Erdogana, ale także opozycyjne partie potępiły ten pucz - zwraca uwagę Zasztowt. 

Pucz jak pożar Reichstagu

W opiniach komentatorów pojawiło się sporo porównań tureckiego zamachu stanu do pożaru Reichstagu w Niemczech w 1933 roku. Adolf Hitler wykorzystał to wydarzenie, aby doprowadzić do czystek wśród komunistów, a w efekcie do wprowadzenia władzy totalitarnej w kolejnych latach. Pytam doktora Zasztowta, na ile możemy w ogóle pozwolić sobie na porównanie.  

- Bez przesady - uspokaja ekspert. - Tu pojawia się znów, to wyjściowe pytanie, czy faktycznie Erdoğan w jakiś sposób mógł sam sprowokować taki pucz po to, by osiągnąć swoje cele polityczne. Rzeczywiście w jakimś stopniu jest to możliwe. Ten pucz mógł być przygotowany przez przeciwników Erdoğana, natomiast w pewnym momencie, kiedy ta informacja wyszła na jaw i została przejęta przez ludzi lojalnych prezydentowi Turcji, to być może ci puczyści zdecydowali się dość gorączkowo na takie działania, a Erdogan już w tym momencie kontrolował sytuację i właściwie było mu to na rękę - wyjaśnia. 

Dr Zasztowt przypomina o tym, że Erdoğan od lat mówił o tym, że takie zagrożenie istnieje, a organizacje przestępcze, działające w ramach tak zwanego "głębokiego państwa", czyli podziemne i ukryte struktury w aparacie władzy, istnieją i zagrażają rządowi. - Ten pucz był niczym innym, jak potwierdzeniem jego słów, które wielu traktowało jako teorie spiskowe - dodaje. 

Co do jednego analityk z PISM jest jednak pewien. - Nie zgadzam się z tym, że pucz mógł być od początku do końca wyreżyserowany przez Erdoğana. Jakkolwiek ci puczyści byli nieudolni, było to wyzwanie dla rządu. Był także moment zagrożenia życia dla samego Erdoğana. Nawet jeśli założymy, że był cały czas bezpieczny i nie mógł zostać zestrzelony przez F-16, bo było to z góry ukartowane, to można zwrócić też uwagę na to, w jak dramatycznych okolicznościach przemawiał do narodu - podkreśla. 

Faktycznie, przemówienie Erdoğana do narodu było jednym z najbardziej dramatycznych w historii współczesnych mediów. - Prezydent Turcji nie był w stanie wygłosić go w telewizji publicznej, musiał uciec się do pomocy mediów prywatnych, początkowo do CNN, później do koncernu medialnego Doghan, który jest zdecydowanie opozycyjny wobec władzy - przypomina ekspert. - Był pewien dramatyzm w tej nocy i nie było to takie oczywiste, jak losy tego puczu się potoczą - dodaje. 

- Przełomowym momentem był właściwie ten apel Erdoğana o to, aby wyjść na ulicę i bronić demokracji, na który Turcy rzeczywiście masowo odpowiedzieli - uważa dr Konrad Zasztowt z Polskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy