Upadek elit: Wszystkie grzechy establishmentu

Elity zawiodły wyborców? /AFP

"Establishment w szoku po wyborach", "Elity we łzach" - takie nagłówki mogliśmy przeczytać w dzień po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Ten szok nie jest niczym nowym. A osławiony już establishment ciężko pracował na taki los.

Reklama

*

W ramach akcji #tekstyroku przypominamy najlepsze materiały napisane przez dziennikarzy serwisu Interia Fakty w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Reklama

*

Choć biblijnych grzechów głównych jest siedem, elity mają szczególne umiłowanie do trzech: pychy, chciwości i lenistwa. Dowody? Proszę bardzo.

Pycha

Kiedy David Cameron w 2013 roku obiecywał w trakcie kampanii wyborczej, że zorganizuje referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej, pycha nie pozwalała mu pomyśleć, że wyjście Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty może dojść do skutku.

Kosztem zwycięstwa w wyborach parlamentarnych postawił swój kraj na skraju kryzysu. Później, sam stał się zakładnikiem swojej własnej obietnicy. Nie było już odwrotu. Referendum musiało się odbyć.

Jednak choć data głosowania była już znana, premier Wielkiej Brytanii nie robił właściwie nic, aby przekonać Brytyjczyków do pozostania w Unii. Media nazwały kampanię w jego wykonaniu "kpiną", a komentatorzy zauważali, że kompletnie zignorował antyestablishmentowe nastroje w swoim kraju. Efektem był wynik głosowania, który przeraził całą Europę, podzielił Wielką Brytanię i przekreślił karierę polityczną Davida Camerona. 

Podobna atmosfera panowała w Polsce tuż przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi. 

Słowa: "wziąć kredyt i zmienić pracę", które w odpowiedzi na pytanie młodego człowieka padły z ust ówczesnego prezydenta Polski Bronisława Komorowskiego przeszły już do historii polskiej polityki. Chłopiec, który zapytał o to, jak jego siostra ma kupić mieszkanie, skoro zarabia 2 tys. złotych raczej nie był zadowolony z odpowiedzi. Kiedy okazało się, że prezydent Komorowski nie ma szans na drugą kadencję internauci z lubością uderzyli w niego jego własną bronią.


Chciwość

Hillary Clinton i źródła jej majątku to temat rzeka. Sam jednak fakt, że nie wszystkie kwestie dotyczące działalności fundacji, którą prowadzi z mężem, są jawne - budzi spore wątpliwości. Te niejasności z pewnością nie pomogły wyborcom w podjęciu decyzji o oddaniu głosu na byłą Sekretarz Stanu. To nie jedyny kłopot. Czy to możliwe, że kandydatka na prezydenta Stanów Zjednoczonych wygłaszała płomienną mowę na temat nierówności w społeczeństwie związanych z dochodami w kostiumie wartym 12 tysięcy dolarów (50 tysięcy złotych!)? Możliwe. 

Dodatkowo, według organizacji Oxfam 62 najbogatszych ludzi na świecie, posiada tyle samo majątku co 3,6 miliarda osób na świecie. Takie dysproporcje nie mogą pozostać niezauważone. I to także one rodzą niezadowolenie i bunt. 

Przykładowo: majątek Angeli Merkel szacowany jest na 11,5 miliona dolarów, Hillary Clinton: 45 milionów dolarów, a Davida Camerona 6,3 miliona dolarów. 

I choć samo posiadanie pieniędzy nie jest niczym złym, to duże kontrowersje budzą jednak wydatki elit. Kiedy okazało się, że prezydent Francji Francois Hollande płaci swojemu fryzjerowi 10 tysięcy euro miesięcznie - społeczeństwo się wściekło, a słupki poparcia drastycznie spadły. Afera doczekała się nawet swojej nazwy "Coffeur Gate" (pol.: afera fryzjera). 

W Polsce jednym z najbardziej rozgrzewających wyobraźnię społeczeństwa wątków afery taśmowej były słynne już ośmiorniczki, które miały kosztować 1435 zł.

Lenistwo

Do lenistwa można dopisać jeszcze jedną, komplementarną cechę. Lekceważenie. W mediach od lat widzimy te same twarze, które obiecują te same rzeczy. W rzeczywistości obietnice, zarówno te skromne, jak i te najbardziej szumne, często nie doczekują się realizacji. A ludzie oczekują efektów, kiedy te są znikome lub po prostu ich brak, do życia budzi się rozczarowanie. Leniwi, rozpieszczeni władzą i lekceważący obywateli politycy mierzą się w wyborach ze "świeżą krwią", która przynajmniej zasługuje na kredyt zaufania. I przegrywają. 

Model działania elit nie zmienia się od lat. Zupełnie zapominają o tym, że cały świat ulega dynamicznym przemianom. Wyborcy na świecie mają coraz więcej możliwości, aby weryfikować słowa "przedstawicieli ludu". Ogromne znaczenie odgrywa tu internet i jego nieodłączna część: media społecznościowe. Ale nie tylko. Skala przemian sięga znaczniej głębiej i jest dużo bardziej skomplikowana. 

Była wina, teraz jest kara

Politycy sprawujący władzę na całym świecie przestali słuchać swoich wyborców. A ci wzięli sprawy w swoje ręce i wymierzyli za to surową karę. 

Antyestablishmentowa gorączka ogarnęła już cały świat. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Zaczynając od Polski, poprzez Stany Zjednoczone, aż po Wielką Brytanię. Tendencja "skrętu w prawo" widoczna jest także we Francji, Niemczech czy Austrii. Ten skręt w dużej mierze wywołany jest niechęcią do socjaldemokratów sprawujących władzę, którzy swój elektorat zawiedli. Przykłady można by mnożyć. Ważne jednak, aby przy tej okazji, zadać sobie kilka pytań: Czym światowe elity zasłużyły sobie na taką karę ze strony wyborców i jak długo na to "pracowały"? Jakie zmiany zwiastuje ten proces, który zachodzi już teraz na całym świecie?

W opinii dra Łukasza Młyńczyka, zastępcy Dyrektora Instytutu Politologii Uniwersytetu Zielonogórskiego, mamy obecnie do czynienia ze pełzającą zmianą modelu demokracji. 

- Trudno sobie wyobrazić, że rozwinięte społeczeństwa zachodnie, do jakich w gruncie rzeczy się zaliczamy, życzyłyby sobie ograniczenia klasycznych swobód obywatelskich, dlatego o jakimkolwiek ograniczeniu praw jednostkowych nie ma tu mowy. Jednak zaczęliśmy się w dużo większym stopniu zastanawiać nad bardziej republikańskim modelem demokracji - mówi ekspert, zwracając jednocześnie uwagę na to, że akcenty na politycznej osi powinni być rozmieszczone sprawiedliwie i obejmować zarówno klasę panującą, uprzywilejowanych oraz lud. 

- Panujące do tej pory przekonanie o równościowym rozkładzie znaczeń w rzeczywistości, odzwierciedlało całkowicie odrealniony obraz świata. Fałszywie wskazywano na dominujące znaczenie praw różnego typu mniejszości, ponieważ błędnie zakładano uniformizację większości. Tymczasem świat polityczny był konstruowany na obraz i podobieństwo elit, które uzurpowały sobie prawo do rozstrzygania o uniwersalnych wartościach - dodaje politolog w komentarzu dla Interii. 

W tę pułapkę wpadła między innymi Angela Merkel - która zakładając uniformizację, czyli upodobnienie się do siebie członków społeczeństwa - przekonywała, że prawa uchodźców są wartością nadrzędną. W wyniku tych działań poparcie dla jej rządu spadło do najniższego poziomu w ciągu ostatnich kilku lat. 

System - czyli establishment

Mechanizm funkcjonowania elit był do tej pory czymś niezrozumiałym, a do pewnego momentu także niepodważalnym. Elity tak bardzo zagalopowały się w konstruowaniu i forsowaniu swojej wizji świata, że zapomniały o tym, że może ona nie być tym, czego oczekuje społeczeństwo. 

- W ten sposób polityczna wizja świata reprezentowana przez wąskie grono osób, rzeczywiście ograniczająca prawo do ekspresji i krytyki dużej części społeczeństwa, odzwierciedlała pożądaną przez elity wizje społeczeństwa. Prawa mniejszości były w tym układzie traktowane instrumentalnie, ponieważ sugerowano im, że mogą stać się monopolistą w politycznej grze o uznanie. Jeśli jednak przyjrzeć się temu dokładniej, to mniejszość faktycznie nie stanowiła siły zdolnej do budowy masowych ruchów społecznych (np. pewna "elitarność ideowa" Partii Razem), więc jako taka nie stanowiła przeszkody w legitymizowaniu władzy elit. Można było w ten sposób sugerować, że dba się o problemy środowisk szczególnie pokrzywdzonych i napiętnowanych - podkreśla doktor Młyńczyk. 

W opinii politologa, doszło do tak dużego paradoksu, że w pewnym momencie "system" stał się eufemistycznym określeniem "establishmentu", a elity, sprytnie wyłapując treści, które posiadały dużą zdolność do mobilizowania społeczeństwa, sugerowały jednocześnie, że stanowią one jedynie margines życia politycznego. 

- Aby zabezpieczyć wolny rynek idei postarano się oznaczyć poglądy sprzeczne z tymi, które elity uznały za uniwersalne, nazywając je ksenofobicznymi, homofobicznymi, a nawet rasistowskimi. Wszelkie nośniki trwałych idei uznano za wrogie, ograniczając choćby rolę religii, przede wszystkim chrześcijaństwa, wyłącznie do narzędzia nienawiści - podkreśla ekspert. 

W tym kontekście w ostatnich latach osadzono także określenie "nacjonalizm" - który w Europie bardzo źle się kojarzy. Zamiast nacjonalizmu elity przez ostatnie 25 lat forsowały koncepcję globalizacji, która miałaby się opierać na świecie bez barier - zarówno tych ekonomicznych, jak i społecznych. 

"Elity same w to uwierzyły"

- Jednocześnie położono silny nacisk na rozwój przemocy symbolicznej, gdzie na wszelkie sposoby starano się ugruntować znaczenie klasy dominującej, serwując społeczeństwu kicz i banał, tak, aby wzmacniać jej pozycję jako grupy panującej i osłabiać zdolność do działania klas podporządkowanych poprzez odcięcie ich od treści istotnych. Wszystko zdawało się przez lata działać bez zarzutu. Do tego stopnia, że same elity uwierzyły w bezalternatywność swojej wizji świata - uważa doktor Młyńczyk. 

Ta strategia, z upływem czasu okazała się być jednak zawodna, a rzeczywistość - dla samych elit - była dużo brutalniejsza. - Społeczeństwa rozpoznały swoją faktyczną rolę polityczną i postanowiły dokonać rozliczenia elit. Oczywistym jest, że w takim momencie zyskały ugrupowania, potrafiące wykorzystać tę nową falę społecznej energii politycznej. Szybko określono je populistycznymi - zaznacza ekspert w komentarzu dla Interii. 

- Określenie to po raz kolejny obnażało jednak sam polityczny mainstream, ponieważ konwencjonalna polityka w realiach państwa demokratycznego dzieje się zawsze poprzez przedstawicieli. Tak więc zrozumiałym jest, że masy musiały gdzieś zdeponować swoje roszczenia polityczne. Dokonała się rewolucja, ale w formie demokratycznej, a jej funkcją są właśnie przymiotnikowe wybory - mówi doktor Młyńczyk, wyjaśniając ostatnie zjawiska, z jakimi mamy do czynienia na świecie. 

-  Ruch polityczny, jaki zrodził się po prawej stronie scen politycznych domaga się właśnie rozwoju idei republikańskiej i faktycznego reprezentowania interesów politycznych. Okazało się ponadto, że cała polityka nie zaczyna się i nie kończy na ekonomii i pieniądzu, a społeczeństwo jest zdolne do upominania się o wartości, wzbogacające ich wersję rzeczywistości na poziomie abstrakcyjnych idei - wyjaśnia zastępca Dyrektora Instytutu Politologii Uniwersytetu Zielonogórskiego w rozmowie z Interią.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje