Kochać znaczy "przekraczać egozim"

Należy podkreślić, że nie można stworzyć dobrego związku nie przyjmując punktu widzenia drugiej osoby. Jej potrzeb, możliwości, błędów i oczekiwań, które mogą przecież naruszać nasze granice - mówi ks. Jacek Prusak, jezuita, psychoterapeuta i publicysta.

Katarzyna Pruszkowska, INTERIA.PL: Przeczytał ksiądz wypowiedzi specjalistów, którzy spierali się nad tym, co powinien zapewnić dobry związek. Czy czegoś zabrakło w odpowiedziach?

Reklama

Ks. Jacek Prusak, jezuita, psychoterapeuta i publicysta: - Wśród wypowiedzi brakuje mi wzmianki o przekraczaniu egoizmu w celu zbudowania trwałego i satysfakcjonującego związku. Owszem, jest mowa o samorealizacji, ale jak można samorealizować się w związku, który zakłada dwie osoby? Myślenie o związku wyłącznie w kategoriach poczucia bezpieczeństwa i wspomnianej samorealizacji zakłada stałe myślenie o tym "co ja mogę dostać od tej drugiej osoby?". Stąd dziś tyle problemów, tyle rozpadających się związków.

Czy może ksiądz wyjaśnić co dokładnie znaczą słowa "przekroczyć egozim"?

- Dawniej nazywano to poświęceniem, ale dziś słowo to ma wydźwięk pejoratywny, bo zaczęło kojarzyć się z brakiem asertywności i zaniedbywaniem własnych potrzeb w związku. Ale należy podkreślić, że nie można stworzyć dobrego związku nie przyjmując punktu widzenia drugiej osoby. Jej potrzeb, możliwości, błędów i oczekiwań, które mogą przecież naruszać nasze granice. Każdy związek jest kompromisem między potrzebami moimi i drugiej osoby, więc potrzebna jest przestrzeń pośrednia, gdzie nie rozstrzyga się kto jest winny, gorszy itp. Kochać to też znosić drugą osobę, a nie ustawicznie się czegoś domagać.

Znoszenie od razu kojarzy się z przymusem, patologią...

- Nie, nie, mowa tu o nawykach drugiej osoby, a nie toksycznej zależności. To, że ja kogoś kocham i to, że ten ktoś kocha mnie nie sprawia, że pozbywamy się naszych przyzwyczajeń, które, być może, irytują drugą stronę. Oczywiście w idealnym postrzeganiu miłości sprawy mają się tak, że człowiek, który kocha, jest w stanie zmieniać siebie i wszystko dookoła. Nie twierdzę, że to nie jest możliwe, ale jest to proces, w którym człowiek sam musi się zgodzić na to, by przekraczać siebie, a nie wszystko do siebie sprowadzać.

- Powtórzę jeszcze raz - bezpieczeństwo, wolność i samorozwój to dziwne hasła, bo - jak można, będąc w związku, samemu się rozwijać? To nie byłby związek, ale hegemonia, bo druga osoba stałaby się tylko środkiem do realizacji celu.

Dlaczego tak wiele osób boi się ślubu kościelnego, skoro uważają się za katolików?

- Na płaszczyźnie psychologicznej wynika to moim zdaniem z lęku przed tym, że "ślub kościelny" nie pozostawia otwartej furtki, gdyby coś złego się stało, albo zwalnia z troski o związek, bo po ślubie już nie ma odwrotu. "Jesteś moją żoną, i to ma ci wystarczyć". Od strony religijnej, związane jest to z niezrozumieniem sakramentalnego charakteru małżeństwa. Wielu katolikom wydaje się, że ślub jest potrzebny tylko po to, żeby można było współżyć bez grzechu. Traktują go więc jako dodatek, ornament - do tego, co już najczęściej i tak robią. Zapominają, że przysięga małżeńska w Kościele to nie wydarzenie towarzyskie w budynku sakralnym, ale powierzenie swej miłości Bogu. Sakramentu nie można sobie samemu dać - jest on darem otrzymywanym przez posługę Kościoła. Wtedy miłość ludzka sięga nieba, i do niego wprowadza.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje