Transplantacje w Polsce: Narządów nie pobiera się od żywych

Rozumiem, że transplantacje i wszystko, co się nimi wiąże, wywołuje emocje: i stwierdzenie śmierci mózgowej, i same przeszczepy, i możliwe nieprawidłowości. Ale nie zapominajmy o tym, że przeszczepy ratują życie ludzi, którzy inaczej nie mieliby żadnych szans - mówi prof. UJ, dr hab. med. Piotr Przybyłowski, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego.

Katarzyna Pruszkowska: "Nie udało się w XXI wieku pobrać narządów od osoby zmarłej, a więc co robimy? Pobieramy narządy od osoby żyjącej" - to słowa prof. Jana Talara, które padły podczas sympozjum anestezjologów w Poznaniu. Czy w Polsce pobiera się narządy od osób żywych?

Reklama

Prof. UJ, dr hab. med. Piotr Przybyłowski: - Absolutnie nie, choć czytając niektóre artykuły lub oglądając programy w niektórych stacjach telewizyjnych można mieć takie wrażenie. Ich bohaterami są najczęściej osoby, które wybudziły się ze śpiączki i opowiadają, że od nich również można było pobrać narządy, ale zdążyły się wybudzić. A inni pacjenci mogą nie mieć tyle szczęścia. Te stwierdzenia mają wywoływać w czytelnikach czy widzach współczucie i strach. W tych wszystkich historiach pomija się jedną, ale kluczową informację: w Polsce nie pobiera się narządów od osób znajdujących się w śpiączce, ale od osób, które nie żyją.

Ty też możesz uratować komuś życie! Jak? Opowiada Piotr Adamczyk

- Jeśli pacjent oddycha samodzielnie lub po odłączeniu od respiratora zaczyna oddychać, choćby na chwilę, nie może być uznany za zmarłego. Podejrzenie śmierci mózgu można wysunąć wyłącznie wobec osoby, która jest całkowicie zależna od respiratora. Celowo powiedziałem "podejrzenie", bo cały proces orzekania jest - i słusznie - skomplikowany. Lekarze, którzy orzekają śmierć mózgu, dysponują wieloma narzędziami, pozwalającymi uniknąć pomyłki.

- Po pierwsze, mamy tzw. próby kliniczne, np. próbę  bólową, która pokazuje, czy pacjent reaguje na bodźce. Po drugie, przeprowadza się angiografię naczyń krwionośnych, która pokazuje przepływ krwi w żyłach i tętnicach mózgu. Po trzecie, mamy trzyosobowe komisje lekarskie, które dokładnie badają pacjentów. Jeśli pacjent nie oddycha samodzielnie i nie reaguje na bodźce, a badania wykazały, że przepływ krwi w naczyniach mózgu ustał, możemy mówić o śmierci mózgu. I z tym powinien zgodzić się każdy, kto ma choćby elementarną wiedzę o biologii. Jeżeli do jakiejś części ciała przez dłuższy czas nie będzie docierała krew - ta część ciała obumrze. Tak samo jest z mózgiem.

- Dodam, że orzekający śmierć mózgową lekarze muszą być jednogłośni - jeśli dwóch uważa, że pacjent nie żyje, a jeden lekarz się waha - nie odłączymy pacjenta od maszyn podtrzymujących życie i nie będzie mowy o pobraniu narządów.

W rozmowie z o. Jackiem Norkowskim OP, doktorem nauk medycznych i teologiem, padły słowa: "W Polsce nie ma obowiązku znieczulenia takiej osoby (uznanej za zmarłą, od której pobiera się narządy - przyp. red.), tylko podaje się jej środki zwiotczające, czyli powodujące, że człowiek nie będzie się ruszał. W każdym kraju procedury są inne. W Polsce są bardzo liberalne. W Niemczech natomiast osobom przeznaczonym do pobrania organów, a więc formalnie martwym, podaje się środki znieczulające". Czy to prawda?

- W Polsce rutynowo podczas pobrania narządów od osoby zmarłej stosuje się taki sam typ znieczulenia jak przy każdym zabiegu w znieczuleniu ogólnym. W skład takiego znieczulenia wchodzą zatem zarówno leki zwiotczające, jak i przeciwbólowe, które działają na ośrodki rdzeniowe. Takie postępowanie eliminuje między innymi ryzyko odruchowego zwiększenia ciśnienia tętniczego krwi, które może uszkadzać narządy. Podkreślam jeszcze raz - wszystkie te reakcje obserwujemy u osób, u których orzeczono śmierć mózgu.

Wspomniał pan o definicji śmierci mózgowej.  W cytowanym wywiadzie można przeczytać, że to pojęcie zostało wprowadzone po to, żeby radzić sobie z przepełnieniem w szpitalach. Skąd wokół tej definicji tyle kontrowersji?

- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Definicja została uznana przez lekarzy na całym świecie, w Polsce przyglądał jej się zespół powołany przez ministra zdrowia. Chirurdzy, neurolodzy, anestezjolodzy i lekarze innych specjalności uznali, że jest poprawna. Nie znam ani jednego lekarza, który nie zgadzałby się z tą definicją. Znam oczywiście poglądy profesora Talara, ale warto podkreślić, że spotkały się ze sprzeciwem Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego, które wniosło skargę do Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej. Wystarczy, że jeden człowiek mówi takie głupoty, żeby zainteresowały się nim media. Dlatego uważam, że lekarze muszą do skutku wyjaśniać zasady orzekania śmierci mózgu, bo ludzie, którzy są dobrze poinformowani, nie uwierzą w pierwszą lepszą sensacyjną bzdurę.

- To jest oczywiste, że każda śmierć wywołuje wśród bliskich emocje. Kilka miesięcy temu mieliśmy nawet strajki pod szpitalem we Wrocławiu, gdzie lekarze podjęli decyzję o odłączeniu od maszyn nastolatka (17-letniego Kamila - przyp.red.). Młodzi nieśli nawet transparenty (z napisem "Morderstwo w majestacie prawa" - przyp.red.). Te wszystkie emocje, poczucie żalu i niesprawiedliwości wynika właśnie z tego, że ci młodzi ludzie nie mieli żadnej wiedzy o tym, czym jest śmierć mózgowa. Być może mieli nadzieję, że jeśli lekarze zostawią ich kolegę "w spokoju", on się w końcu obudzi. Ale on już nie żył. Nie żył jeszcze zanim odłączono respirator.

Noszę w portfelu zgodę na oddanie narządów w przypadku śmierci. Czy jeśli ulegnę wypadkowi i lekarze ją zobaczą, nie będą mnie ratować?

- Kolejna bzdura. Ta kartka, którą wiele osób nosi przy sobie, w polskim systemie prawnym ma znaczenie wyłącznie deklaratywne. Absolutnie nie zwalnia lekarzy z obowiązku ratowania pani życia. Jeśli to się nie uda, lekarze i rodzina mogą potraktować ją jako wskazówkę. Najczęściej umieramy nagle, więc rodzina, która znajduje deklarację, zna wolę zmarłego. Co nie znaczy, że musi ją respektować.

- W Polsce funkcjonuje tzw. zasada braku zarejestrowanego sprzeciwu. Można wysłać odpowiednią deklarację do centralnego systemu, poprosić lekarza, żeby wpisał do historii choroby, że nie zgadzamy się na oddanie narządów, albo powiedzieć to w obecności dwóch pełnoletnich świadków. I tyle. Narządy nie zostaną wtedy pobrane.

Czyli de facto zgoda rodziny nie jest potrzebna?

- Nie jest, ale w Polsce zawsze respektujemy wolę rodziny. Są rodzice, którzy wiedzą, że ich dzieci wyraziły za życia chęć zostanie dawcami i sami proszą lekarzy, żeby pobrali narządy. Są i tacy, którzy również to wiedzą, że się nie zgadzają. Nie zmuszamy ich. Uważam, że pobranie narządów, a potem poinformowanie o tym fakcie rodziny mogłoby wywołać zrozumiały bunt i żal. Poza tym, zaraz zrobi się wokół sprawy medialna wrzawa, a to jest znacznie gorsze od ewentualnego braku zgody.

- Powiedziałem, że deklaracja nie jest wiążąca. Ale to nie znaczy, że nie warto jej mieć. Żyjemy w kulturze, w której nie mówi się o śmierci. Niewiele osób spisuje testament, przeważnie tylko ludzie starsi jakoś przygotowują się na nagłe odejście - porządkują dokumenty, opisują je. Bardzo często zdarza się, że umieramy nagle. Wtedy do szoku i bólu spowodowanego utratą może dojść jeszcze konieczność podjęcia decyzji o oddaniu narządów. Jeśli członkowie rodziny znają nasze zdanie, może im być zwyczajnie łatwiej.

Jakie najczęściej padają argumenty z ust osób, które nie zgadzają się na pobranie narządów od bliskiej osoby?

- Jestem transplantologiem, więc zgodnie z prawem nie mogę rozmawiać z rodzinami zmarłych - to właśnie mogłoby zostać uznane za wywieranie presji. O śmierci zawsze informuje lekarz z oddziału, na którym pacjent umarł. Ale ten opór jest, przynajmniej częściowo, związany z religią. W Polsce ze zwyczajami dotyczącymi pochówku, a w innych krajach z zaleceniami np. judaizmu czy pewnych odmian  taoizmu.  Podkreślają one, że ciało powinno zostać pochowane w stanie nienaruszonym i w całości. Są w Polsce rejony, gdzie jest bardzo mało kremacji, są ludzie, którzy nadal nie zgadzają się na autopsje bliskich, nawet jeśli dzięki nim mogliby dowiedzieć się, na co oni zmarli.

Czy żywy dawca może w Polsce oddać narząd komuś niespokrewnionemu?

- Tak, może, jeżeli występuje między tymi osobami silna więź emocjonalna. Wymaga to jednak indywidualnej zgody Dawniej zasady były bardziej restrykcyjne - można było oddać narząd tylko rodzicom lub dzieciom. Można uzyskać  sądową zgodę na oddanie narządu osobie obcej, z punktu widzenia prawa, jeśli udowodni się związek emocjonalny. Wcześniej sąd zasięga opinii Komisji Etyki  Krajowej Rady Transplantacyjnej.  Idąc do sądu trzeba mieć bardzo solidne argumenty, bo w przeciwnym wypadku byłoby bardzo łatwo o handel narządami: ludzie, którzy poznali się dzięki ogłoszeniu, i którzy chcą dokonać transakcji kupna-sprzedaży, mówiliby przed sądem, że są przyjaciółmi od 20 lat i po sprawie.

W cytowanym wywiadzie przeczytałam, że transplantologia jest biznesem, za którym stoją przede wszystkim producenci i dystrybutorzy leków, a ciało ludzkie jest "w częściach" warte ponad 2 mln dolarów.

- Aspekt finansowy na pewno elektryzuje wielu ludzi. Oczywiście, nie bez powodu. Są kraje, w których rozważa się umożliwienie kontrolowanej przez państwo i lekarzy sprzedaży narządów, bo - nie ma co udawać - czarny rynek istnieje.

- W 2000 roku "New York Times" ujawnił, że w USA żyje o wiele więcej osób, które przyjmują leki zapobiegające odrzuceniu przeszczepów, niż osób, którym przeszczepiono narządy. Wniosek? Wiele z przeszczepów przeprowadzono  za granicą, w krajach, w których samo przeszczepianie jest legalne.  Narządów brakuje, mimo że w USA istnieje instytucja tzw. dawcy altruistycznego - można oddać nerkę czy część wątroby do banku, a lekarze sami podejmują decyzję, komu ją przeszczepić.

Czy w Polsce również handluje się narządami?

- Wiem, że w sieci pojawiają się ogłoszenia, ale policja ma specjalną komórkę, która monitoruje internet pod tym kątem. Nie tak dawno prokuratura w Krakowie postawiła zarzuty dziewczynie, która na forum internetowym napisała, że sprzeda narządy.

- Cały proceder jest bardzo trudny, bo przecież przeszczepu nie da się zrobić w piwnicy. Nie sądzę, żeby znaleźli się w szpitalach lekarze gotowi ryzykować karierę i dobre imię. Pewnie, można pojechać za granicę... Ale każda osoba, która żyje z przeszczepionym narządem, musi do końca życia przyjmować leki immunosupresyjne, które zapobiegają odrzuceniu narządu. Te leki, które normalnie są bardzo drogie, są w Polsce refundowane. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś może kupować je na czarnym rynku, raczej pójdzie do lekarza pierwszego kontaktu i poprosi o receptę. A wtedy, po numerze PESEL, NFZ szybko zorientuje się, że ta osoba, teoretycznie, przeszczepu nie miała. Więc po co jej leki?

- Rozumiem, że transplantacje, i wszystko co się nimi wiąże, wywołują emocje: i stwierdzenie śmierci mózgowej, i same przeszczepy, i możliwe nieprawidłowości. Ale nie zapominajmy o tym, że przeszczepy ratują życie ludzi, którzy inaczej nie mieliby żadnych szans. Rzetelna wiedza na ten temat z pewnością pozbawia takich wątpliwości.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy