Prof. Antoni Dudek: Opozycja potrzebuje bardzo głębokiej zmiany

Lider PO Grzegorz Schetyna i szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer /Jacek Domiński /Reporter

"Jeśli nie będzie wyraźnego sukcesu w wyborach samorządowych, wówczas ostatnią szansą dla opozycji liberalnej stanie się zmiana marki i przywództwa. Taką zmianę sugeruje marszałek Borusewicz. Moim zdaniem, najbardziej naturalnym kandydatem na lidera nowej partii opozycyjnej będzie ten polityk, który wygra wybory na prezydenta Warszawy" - mówi prof. Antoni Dudek, politolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Reklama

Jolanta Kamińska, Krystyna Opozda, Interia: PO i Nowoczesna idą razem do wyborów samorządowych. Słusznie?

Prof. Antoni Dudek: - To jest najmądrzejsza rzecz, jaką te partie zrobiły od 2015 roku. Nie widzę innego rozwiązania, by ratować topniejący elektorat. Przecież wyborcy obu tych partii są do siebie zbliżeni. 

Reklama

Nowoczesna dotrwa do kolejnych wyborów parlamentarnych?

- Nowoczesna jest w stanie rozkładu, który nastąpił zdecydowanie za wcześnie, aby dało się to ugrupowanie uratować. Przetrwać tak głęboki konflikt o przywództwo, jaki trwa nadal między Ryszardem Petru i Katarzyną Lubnauer, może tylko partia o silnej tożsamości, dobrze zakorzeniona w terenie. Natomiast Nowoczesna była dopiero na etapie budowania struktur i konflikt powoduje, że to im się raczej nie uda. Pozostaje - w dobrze wybranym momencie - wtopienie się w PO i uratowanie reszty kapitału politycznego.

Kolejnym krokiem będzie kongres zjednoczeniowy?

- To logiczne, bo coraz wyraźniej widać, że także PO potrzebuje głębokiego resetu. Jeśli nie będzie wyraźnego sukcesu w wyborach samorządowych, wówczas ostatnią szansą dla opozycji liberalnej stanie się zmiana marki i przywództwa. Taką zmianę sugeruje marszałek Borusewicz. To przypuszczalnie nie pozwoli im wygrać wyborów, ale stworzy w 2019 roku szansę na przyzwoity wynik. Moim zdaniem, najbardziej naturalnym kandydatem na lidera takiej nowej partii opozycyjnej będzie ten polityk, który wygra wybory na prezydenta Warszawy.  

Uważa pan, że jeśli Rafał Trzaskowski wygra, zastąpi Grzegorza Schetynę?

- To zależy nie tylko od tego czy wygra, bo to oczywiście warunek minimum, ale przede wszystkim w jakim stylu tego dokona. Jeśli pokona kandydata PiS uzyskując znaczącą przewagę, to będzie miał niezbędny kapitał polityczny.

Marszałek Borusewicz postulując utworzenie nowej partii, twierdzi, że powinna powstać z połączenia PO, Nowoczesnej, a także KOD-u. Jak pan ocenia taki manewr?

- Fundamentem muszą być PO i Nowoczesna. Wtopienie się KOD-u w partię polityczną, byłoby wbrew założeniu, dla którego KOD powstał. Poza tym, mam wrażenie, że ta formacja obumiera i po problemach stworzonych przez byłego lidera już się raczej nie podniesie.

Kiedy powstała Nowoczesna, była określana jako Platforma-bis. Jej członkowie chcieli się od tego odciąć. Czy po ponad dwóch latach działalności w Sejmie udało się temu ugrupowaniu zbudować własną tożsamość?

- Nie udało się. Trzeba jednak przyznać, że to było trudne zadanie. Nowoczesna miała być lepszą Platformą, pozbawioną balastu ośmiu lat rządzenia. Początkowo odnosiła sondażowe sukcesy, bo wielu liberalnych wyborców było wściekłych na PO. Ale Petru nie potrafił wykorzystać tego czasu do zbudowania na tyle silnej tożsamości Nowoczesnej, by stopniowo zmarginalizowała PO i przejęła jej zwolenników.

Nie podołał temu zadaniu?

- Ryszard Petru za wolno się uczył i popełniał błąd za błędem. Zwieńczeniem był wyjazd do Portugalii podczas kryzysu sejmowego. Później już nie był w stanie wyjść z kryzysu. To jednak nie oznacza, że on nie ma żadnych zwolenników i powinien odejść z polityki. Ale musi się pogodzić z tym, że teraz trzeba poterminować w innej roli niż lider.

Trudno mu się jednak z tym pogodzić. W taki sposób szkodzi sobie i Nowoczesnej?

- Z pewnością rozbija Nowoczesną. Psychologicznie to zrozumiałe, że trudno mu się pogodzić z utratą przywództwa partii, którą zbudował i wprowadził do Sejmu. Politycznie jednak takie inicjatywy jak Plan Petru to droga w kierunku takiej kanapy jaką ma np. Ryszard Kalisz czy Barbara Nowacka. Petru, jeśli chce pozostać w polityce, musi zrozumieć, że największą zaletą w tej sferze jest cierpliwość.   

Lubnauer wyciągnie Nowoczesną z opresji? Już na wstępie - podczas głosowania na projektem komitetu "Ratujmy Kobiety 2017"- zaliczyła wpadkę, stwierdzając w zasadzie, że posłowie jej partii nie potrafią głosować...

- Lubnauer i Gasiuk-Pihowicz wystraszyły się swojego własnego sukcesu i po omacku orientują się, jak sobie w ogóle radzić z tą partią. A pamiętajmy też, że Lubnauer wygrała z Petru niewielką liczbą głosów, więc w Nowoczesnej pozostaje wiele osób, które wcale nie chcą z nią rozmawiać i są wściekli z powodu tego rezultatu. I tak będzie, jeśli Petru nie wyśle im czytelnego sygnału, a widać, że nie zamierza tego zrobić. To trudna sytuacja, nie dziwię się, że Lubnauer trochę się pogubiła.

Z czasem uda jej się odnaleźć w roli lidera?

- Tam jest już chyba za dużo kwasu. Z tej mąki nie będzie chleba. Myślę, że to może się zmienić tylko w nowej konfiguracji - po połączeniu z PO.

O przyszłości opozycji przesądzą więc wybory samorządowe. To będzie ostateczny test?

- To będzie dla nich czyściec. Zobaczymy, jak oni z tego wyjdą i ile uda im się ocalić. Ważne też jest to, czy w opozycji pojawią się nowe twarze.

Opozycja w obecnej postaci nie jest w stanie pokonać PiS?

- Nie jest w stanie. Potrzebuje bardzo głębokiej zmiany wizerunkowej, włączając w to zmianę przywództwa.

Grzegorz Schetyna odda władzę?

- Jeśli koalicja dozna głębokiej klęski w wyborach samorządowych, nie będzie miał nawet wyboru, bo reszta i tak przypuszczalnie go obali, obawiając się wyniku dwóch kolejnych elekcji. To będzie sprawdzian dla Schetyny.

Jaki wynik musi osiągnąć koalicja, żeby Schetyna ten test zaliczył?

- W tej chwili PO w koalicji z PSL rządzi w 15 sejmikach, PiS tylko w jednym. Jeżeli Platforma spadnie poniżej połowy, to to już jest porażka. Jeśli straci powyżej 10 sejmików to będzie to klęska, bo samorządy są dziś jej głównym politycznym aktywem. A wtedy może się zacząć żywiołowy proces rozpadu tej partii i ucieczka niektórych posłów w stronę Zjednoczonej Prawicy.

W poprzednich wyborach samorządowych do sejmików wojewódzkich PSL zdobyło 23 proc. głosów. Ludowcy mają szansę powtórzyć ten wynik?

- Nie ma mowy. Nie podzielam opinii, że poprzednie wybory samorządowe zostały sfałszowane, ale tamten wynik został znacząco zniekształcony za sprawą książeczki do głosowania, w której PSL było na pierwszej stronie. Sposób głosowania był niejasny, co też poskutkowało mnóstwem nieważnych głosów. To łącznie zapewniło ludowcom rekordowy wynik, którego już nie powtórzą. W tej chwili PSL walczy o przetrwanie. Jeżeli dostaną wynik słabszy niż w wyborach w 2010 roku, czy wcześniej i w swoich najsilniejszych regionach we wschodniej i centralnej Polce stracą władzę, to śmierć zajrzy im w oczy. To będzie prezent dla PiS.

Elektorat PSL przejdzie do partii Kaczyńskiego...

- PiS jest o krok od przejęcia wyborców z małych miast i wsi. Ostatnią redutą oporu są tam jeszcze ludowcy. Jeśli ostatnie szańce PSL nie przetrwają w wyborach samorządowych, to PiS weźmie całą polską wieś, a w rok później ludowcy wypadną z Sejmu. Jeśli PSL znajdzie się w kolejnej kadencji w Sejmie, to prawdopodobieństwo, że PiS będzie miało samodzielną większość znacząco się zmniejsza. I tedy dla PiS zacznie się problem szukania koalicjantów.

Chodzą plotki, że w kampanii samorządowej będzie duży nacisk na nagłaśnianie lokalnych "afer".

- PSL czekają uderzenia na poziomie prokuratorskim i propagandowym. Różne afery - zarówno prawdziwe, ale i wydumane - będą teraz w mediach publicznych bardzo często pokazywane. PiS będzie grał bardzo ostro.

Ludowcy uważają, że przejęcie posła Mieczysława Baszki i ogłoszenie tego w dniu konwencji samorządowej w Kraśniku, było pierwszym poważnym uderzeniem.

- Data nie była przypadkowa. Zawsze wybiera się moment najbardziej bolesny dla przeciwnika.

W trudnej sytuacji jest także lewica - skłócona i podzielona. I na razie nic nie wskazuje, żeby to miało się szybko zmienić. Zobaczymy lewicę w Sejmie?

- Patrząc na sondaże, wydaje się, że lewica powróci. Jestem jednak zaskoczony, że to może na zasadzie sentymentu będzie raczej SLD, a nie Razem. To się oczywiście jeszcze przez półtora roku może zmienić.

Może SLD i Razem pójdą wspólnie do wyborów?

- Nie ma mowy. Trwa wyniszczająca walka o dominację na polskiej lewicy. Elektorat lewicowy jest na tyle szczupły, że nie ma tam miejsca dla dwóch formacji parlamentarnych. A koalicji nie będzie, bo Razem zbudowało swoją tożsamość na negacji SLD, z kolei Sojusz uważa Razem za grupę politycznych amatorów i ekstremistów bujających w obłokach. Posadźmy obok siebie Czarzastego i Zandberga - oni nawet ust nie muszą otwierać, a już widać, że zgody między nimi nie będzie.

To może Barbara Nowacka lub Robert Biedroń na czele nowego ruchu?

-  To może być "trzecia lewica", czyli jeszcze większe rozdrobnienie i trudniejsza sytuacja dla polskiej lewicy. Nowackiej jest bliżej do Razem, ale najwyraźniej personalne zaszłości z Zandbergiem uniemożliwiają jej tę współpracę. Tych osobistych animozji jest na lewicy bardzo dużo, a oni najwyraźniej nie potrafią ich schować. Dużo też będzie zależeć od wyniku Biedronia w Słupsku. Jeśli ten wynik będzie bardzo dobry, to da mu to przepustkę do polityki krajowej.

Wystartuje w wyborach na prezydenta Polski?

- Myślę, że może to rozważać. Tylko do tego potrzebne jest duże zaplecze, a Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej mu tego nie zapewni.

Rozmawiały: Jolanta Kamińska i Krystyna Opozda

Zobacz pierwszą część rozmowy: "Kosztowna operacja Jarosława Kaczyńskiego"(kliknij tutaj)


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje