​Jak wyleczyć polską służbę zdrowia?

Zdj. ilustracyjne /Jan Bielecki /East News

Polska potrzebuje reformy służby zdrowia. To wniosek oczywisty, ponieważ nie milkną słowa krytyki pod adresem kolejek do specjalistów, Narodowego Funduszu Zdrowia i wydatków, jakie każdego roku ponosimy. O niewydolności polskiej służby zdrowia i pomysłach nowych władz resortu rozmawiam z autorką książki "Służba zdrowia? Jak pokonać chory system" Małgorzatą Solecką.

Reklama


Nowy rok, nowa energia? Takie wrażenie sprawia gabinet Beaty Szydło. Premier robi przegląd każdego ministerstwa, mówi o zadaniach, jakie dostali jej ministrowie i rozlicza z tego, co do tej pory zrobiono.

Reklama

Rozpoczął się zatem dla rządu Prawa i Sprawiedliwości #RokNowychZadań, a wraz z nim czas wielkiej reformy w służbie zdrowia.

Co minister zdrowia Konstanty Radziwiłł planuje zmienić w polskiej opiece medycznej i jakie będą konsekwencje tych pomysłów, pytamy Małgorzatę Solecką, autorkę książki "Służba zdrowia? Jak pokonać chory system*".

NFZ do likwidacji

1 stycznia 2018 roku to dzień, w którym dobrze nam znany Narodowy Fundusz Zdrowia przestanie istnieć. Taki jest plan Ministerstwa Zdrowia. Czy uda się go zrealizować? Ministerstwo zapewnia, że tak i chwali się realizacją poszczególnych elementów wdrażanej reformy.

Jak wynika z deklaracji ministerstwa, powstanie Narodowa Służba Zdrowia składająca się z wielu wzajemnie się uzupełniających komponentów. Nad całością nowego modelu będzie czuwał Urząd Zdrowia Publicznego nadzorowany przez sekretarza/podsekretarza stanu w Ministerstwie Zdrowia. Z kolei struktury regionalne (Wojewódzkie Urzędy Zdrowia) będą podlegały ministrowi, a zarządzać nimi ma regionalny wojewoda.

Ministerstwo obiecuje także koordynację opieki nad pacjentem poprzez Podstawową Opiekę Zdrowotną. Koordynatorem leczenia ma być specjalny zespół składający się z lekarza, pielęgniarki, położnej, pielęgniarki szkolnej i opcjonalnie dietetyka.

W trakcie procedowania jest aktualnie kolejna część zmian w służbie zdrowia - sieć szpitali. Zadaniem sieci ma być "ciągłość opieki nad pacjentem", która jednak nie jest jasno precyzowana w deklaracjach ministerstwa. Sieć szpitali (PSZ) to szpitale kwalifikowane do trzech poziomów zabezpieczenia zdrowotnego, a także trzy rodzaje szpitali specjalistycznych. PSZ ma także obejmować ambulatoryjną opiekę specjalistyczną (AOS) w przychodniach przyszpitalnych oraz nocną i świąteczną opiekę zdrowotną.

Finansowanie nowego mechanizmu miałoby się opierać na budżetowym systemie zarządzania. Przeniesienie środków na służbę zdrowia do budżetu oznacza stworzenie funduszu, który będzie zasilany środkami pochodzącymi z części wpływów z podatku dochodowego od osób fizycznych i dotacji z budżetu państwa, która każdego roku ma być zwiększana (z 4,38 proc. PKB w latach 2016-2017 do 6 proc. PKB w 2025 roku).

- Najlepszym rozwiązaniem byłyby kasy regionalne. Nigdy nie byłam zwolenniczką jednego płatnika w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia, jednak nawet NFZ z mocnymi oddziałami regionalnymi byłby lepszym rozwiązaniem niż finansowanie służby zdrowia z budżetu, co proponuje minister. Przede wszystkim jednak do instytucji płatnika powinno trafiać więcej pieniędzy publicznych niż w tej chwili. To niekoniecznie musi oznaczać podniesienie składki, ale np. przesunięcie części pieniędzy z ZUS-u - wskazuje autorka książki poświęconej służbie zdrowia.

Reforma Radziwiłła przyniesie efekty?

To, że Polska potrzebuje reformy służby zdrowia, to wniosek oczywisty, ponieważ nie milkną słowa krytyki pod adresem kolejek do specjalistów, Narodowego Funduszu Zdrowia i wydatków, jakie każdego roku ponosimy.

- Polacy mają umiarkowane szanse na to, żeby odnaleźć się w obowiązującym systemie. Pacjent idzie do lekarza i często po takiej wizycie zostaje ze swoim problemem sam. Musi wtedy radzić sobie na własną rękę, posiłkując się albo swoim portfelem, albo znajomościami - zauważa Małgorzata Solecka.

Czy jednak reforma, jaką proponuje minister Radziwiłł, to zmiany, jakich potrzebujemy? Kilka kwestii budzi kontrowersje. Wśród nich warto wymienić zmiany w Podstawowej Opiece Zdrowotnej.

- Minister zdrowia od roku zapowiadał, że otworzy POZ dla wszystkich - niezależnie od tego, czy pacjent jest ubezpieczony, czy nie. Zmiany miały wejść w życie 1 stycznia, ale już na etapie prac nad tą ustawą zwracałam uwagę, że tak naprawdę nie jest to otwarcie POZ-u, tylko uporządkowanie sytuacji osób, które zaniedbały sprawę swojego ubezpieczenia. Jest to więc bardziej poprawianie działania EWUŚ-ia, niż otwarcie POZ-u - mówi w rozmowie z Interią Solecka.


- Tak naprawdę trudno być w Polsce nieubezpieczonym. Nawet, gdy pracujemy na "śmieciowej" umowie i nie mamy tytułu do ubezpieczenia, to zawsze możemy się dopisać do ubezpieczonego członka rodziny. Załóżmy jednak, że nieubezpieczony pacjent przychodzi do lekarza POZ. Wtedy mogą się stać dwie rzeczy - pacjent mówi, że nie jest ubezpieczony i płaci 50 zł., albo mówi, że co prawda widnieje w systemie jako nieubezpieczony, ale to tylko kwestia wyjaśnienia formalności, bo w rzeczywistości ubezpieczenie ma. Wtedy lekarz przyjmuje go za darmo, a NFZ nie ma prawa ścigać tego pacjenta, nawet jeśli skłamał w sprawie swojego ubezpieczenia. Z kolei NFZ zapłaci lekarzowi po 12 zł miesięcznie przez pół roku za przyjęcie tego pacjenta. Jak nastąpi weryfikacja i okaże się, że pacjent skłamał, to lekarz już więcej pieniędzy za tego pacjenta nie dostanie. Natomiast pacjenta nie spotkają z tego tytułu żadne nieprzyjemności, jeśli jego korzystanie z służby zdrowia ograniczyło się do tej jednej wizyty - wyjaśnia.

Dlatego eksperci zarzucają ministrowi, że stworzył prawo, które prowokuje obywateli do kłamstwa.

- To jest ogromna wpadka ministra, która pokazuje niebezpieczeństwo związane z reformami Konstantego Radziwiłła. Minister wprowadza zmiany, które zaraz po wejściu w życie ujawniają niedoskonałości. Obietnica jedno, realizacja drugie. Dlaczego tak się dzieje? W kierownictwie ministerstwa pracują kompetentne osoby, którym nie sposób odmówić doświadczenia. Jednak gdy tworzy się rozwiązania tak, by odpowiadały na zapotrzebowanie polityczne czy ideologiczne, a nie rozwiązywały realne problemy, zwykle kończy się to źle. Duże niebezpieczeństwo w tym zapale reformatorskim widzę też w marginalizacji tych, którzy powinni być partnerami ministra - na przykład samorządów terytorialnych. Dialog wokół reform jest w dużej części pozorowany - dodaje autorka książki "Służba zdrowia? Jak pokonać chory system".

Zmora każdego ministra zdrowia

Kolejki do specjalistów. To kolejny problem, z którym musi się mierzyć każdy minister zdrowia. Jak deklaruje premier Szydło, zmniejszenie kolejek ma być jednym z priorytetów Konstantego Radziwiłła.

Jak jednak rozwiązać problem, z którym mierzy się wiele bogatszych niż Polska państw? Czy gdyby lekarze poświęcali więcej czasu na pracę w publicznych ośrodkach zdrowia, zamiast w swoich prywatnych gabinetach, kolejki byłyby mniejsze?

- Gdyby lekarze nie pracowali w kilku miejscach, to kolejki byłyby jeszcze większe - nie ma wątpliwości Małgorzata Solecka.

- W tej chwili mamy taki system, że NFZ daje kontrakt na porady specjalisty. W ramach tego kontraktu specjalista może więc przyjąć określoną liczbę osób w danym roku, za więcej NFZ nie zapłaci. Dlatego jeden lekarz specjalista czasem pracuje w np. dwóch poradniach, szpitalu i jeszcze do tego ma prywatną praktykę - wyjaśnia.

- Ten problem częściowo chce rozwiązać minister zdrowia, planując w niektórych obszarach wprowadzenie opieki koordynowanej oraz budżetowanie pracy szpitali, przy których będą tworzone poradnie specjalistyczne. To tak naprawdę oznacza, że NFZ daje tyle samo pieniędzy, a oczekuje, że będzie leczona większa liczba pacjentów. Rezultat tej reformy może być jednak odwrotny do zamierzonego i zamiast wzmocnienia sektora publicznego, może oznaczać przeniesienie się lekarzy do sektora prywatnego - dodaje.

Pusta państwowa kieszeń

Wzmocnienie sektora publicznego to kwestia, której nie sposób pominąć. Coraz silniejszy staje się bowiem sektor prywatny, a publiczna służba zdrowia uchodzi za gorszą i niedostateczną. Za taki stan rzeczy odpowiada wiele czynników, a wśród nich lata zaniedbań i złego zarządzania przez polityków.

Autorka książki poświęconej polskiej służbie zdrowia wskazuje, że przez wiele lat po ’89 roku służba zdrowia miała ciężki okres, w którym dominowało zarządzanie kryzysowe.

 - Pierwszym ministrem, który mógł rzeczywiście coś zmienić w służbie zdrowia, był Marek Balicki (końcówka rządów SLD). W latach 2005-2007, wtedy gdy PiS rządziło po raz pierwszy, Polska przeżywała szybki wzrost gospodarczy - gdy jest więcej pieniędzy, łatwiej przeprowadzać zmiany. Prof. Zbigniew Religa w swoich pomysłach na reformę zdrowia był jednak politycznie osamotniony, poza tym dwa lata to jednak dość krótki czas. Najwięcej zaniedbań i największą odpowiedzialność za obecną sytuację w służbie zdrowia ponosi PO. 8 lat rządów przy niezłym wpływie pieniędzy i wielu rozwiązanych problemach, np. z płacami lekarzy. Platforma nie musiała więc mierzyć się z aż takimi napięciami w służbie zdrowia, a były bardzo duże możliwości. Na ochronie zdrowia Platforma poległa. Nie stało się w tym czasie prawie nic dobrego. Nie zrobili nic, co pozwoliłoby temu systemowi się w tej chwili obronić - ocenia Solecka.

Nie bez znaczenia dla sytuacji polskiej ochrony zdrowia są także nakłady państwa na ten sektor. Powtarzany jak mantra brak pieniędzy wpłynął na kondycję polskich placówek medycznych, przez co dziś trudno mierzyć się z problemami, które narastały przez wiele lat.

- W systemie brakuje kilkadziesiąt miliardów złotych - przypomina Małgorzata Solecka i wspomina o rozwiązaniach, jakie istnieją w innych krajach.

- W większości krajów UE jest współpłacenie. Szwecja jest tutaj znakomitym przykładem. Według mnie, bez współpłacenia nie ma mowy o żadnej udanej reformie służby zdrowia. Warto zacząć od rzeczy drobnych i łatwych do zaakceptowania przez pacjentów - mówi.

W tym kontekście wymienia tzw. opłatę za dobę hotelową. - Gdyby pacjent płacił 20 zł za dobę w szpitalu, mógłby wymagać od szpitala choćby posiłków na przyzwoitym poziomie. W tej chwili szpitale muszą finansować posiłki z pieniędzy, których nie mają - wyjaśnia.

- Ze współpłacenia nie będzie kilkudziesięciu miliardów złotych. Jednak kilka miliardów mogłoby do tego systemu trafić i warto pamiętać, że w tej chwili to współpłacenie przez pacjentów już i tak jest. NFZ przeznacza na leczenie ok. 70 mld zł., a z prywatnych kieszeni (na leki, badania, wizyty) wydajemy ponad 30 mld zł. Trudno więc mówić, że współpłacenia w Polsce nie ma. Ono jest, przy czym te pieniądze nie trafiają do publicznego systemu, nie wzmacniają publicznej służby zdrowia, nie polepszają jej możliwości, tylko idą do placówek prywatnych - podsumowuje.

Czy ta sytuacja ulegnie zmianie po reformie, jaką wdraża szef MZ? Możemy mieć jedynie nadzieję, że zabiegi ministra Radziwiłła nie okażą się syzyfową pracą, a miliony pacjentów dostaną opiekę, na jaką zasługują. 

Chciałbyś podzielić się refleksjami na temat polskiej służby zdrowia? Napisz do autorki artykułu: krystyna.opozda@firma.interia.pl 


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje