Krzysztof Hałabuz: Jedziemy po granicy możliwości

Przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL Krzysztof Hałabuz /Marcin Obara /PAP

6,8 proc. PKB na służbę zdrowia, a także podwyższenie wynagrodzeń – to główne postulaty rezydentów, którzy od 2 października prowadzą protest głodowy. Jak długo zamierzają strajkować i czy przewidują odejście od łóżek pacjentów – pytamy przewodniczącego Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy Krzysztofa Hałabuza.

Reklama

Minister Konstanty Radziwiłł twierdzi, że nie widzi powodów do kontynuowania protestu, bo rząd zadeklarował zwiększenie nakładów na służbę zdrowia. Problemem jest jednak czas dochodzenia do tego pułapu. Czy uda się wypracować kompromis?

- Taki kompromis nie istnieje. Protest trwa trzy tygodnie i w jego trakcie już schodziliśmy z proponowanych przez nas wyliczeń. 6,8 proc. PKB na służbę zdrowia, które postulujemy, to jest minimum dla medycznego bezpieczeństwa naszego kraju. W obecnych warunkach służby medyczne czują się zagrożone, bo wiedzą, że nie są w stanie zapewnić takiego bezpieczeństwa. To jest minimum, a i tak zaproponowaliśmy lata 2017-2021, jako okres dochodzenia do tego poziomu.

Reklama

Ministerstwo Zdrowia nie wzięło jednak tej propozycji pod uwagę i deklaruje zwiększanie nakładów, ale w okresie do 2025 roku.

- 2025 rok był proponowany przez ministra już kilka tygodni temu i dziwimy się, że nagle jest to przedstawiane jako rozwiązanie rewolucyjne i ogłaszane jako wielki sukces, kiedy nie wnosi zupełnie nic nowego.

Dziś wytyka się Konstantemu Radziwiłłowi, że jako członek Naczelnej Izby Lekarskiej zgłaszał postulaty podobne do waszych, a obecnie sam je odrzuca. W środowisku medycznym były nadzieje na lepszą współpracę?

- Nadzieje były wielkie, Konstanty Radziwiłł miał u nas duże poparcie. Ta sytuacja pokazuje jednak, że zmiana fotela całkowicie zmienia podejście. Jesteśmy mocno zawiedzeni i po rezygnacji ministra Radziwiłła z członkostwa w Naczelnej Izbie Lekarskiej także widać, że nastąpił duży dysonans.

Minister próbował jednak wyciągnąć rękę i zaprosił was do zespołu, który pracuje nad zmianami w służbie zdrowia. Dlaczego nie skorzystaliście z zaproszenia?

- To wynika z doświadczenia, które obserwujemy już od lat. Zawsze, kiedy nie ma konkretnych propozycji, są prace w zespołach. Nie chcemy powielać tego błędu, bo on oznacza rozmycie tematu i brak efektów. Oprócz tego jesteśmy lekarzami, a nie ekspertami od ekonomii i analiz. Nie odpowiedzieliśmy definitywnie, że nie weźmiemy udziału w obradach zespołu, ale nie ma chętnych, którzy poświęciliby pracę lekarza, żeby zająć się pracą w takim zespole.

Jak długo jeszcze potrwa strajk Porozumienia Zawodów Medycznych?

- Ustalenia ciągle trwają, decyzje są podejmowane w zasadzie z dnia na dzień. W pewnym momencie ten protest trzeba będzie zakończyć, bo to nieuniknione. Liczymy jednak, że zakończy się on naszym sukcesem. Dajemy sobie jeszcze kilka dni, a właściwie ministrowi zdrowia i pani premier, na zmianę nastawienia.

Scenariusz, w którym odchodzicie od łóżek pacjentów jest brany pod uwagę?

- To jest bardzo negatywny scenariusz i odsunięty w czasie. W tym momencie większość z nas nie akceptuje takiego rozwiązania. Najpierw musielibyśmy zakończyć protest głodowy, a później przeanalizować, co zrobić dalej.

Problemy w służbie zdrowia ewidentnie się pogłębiają. Co jest, pana zdaniem, największą bolączką naszego systemu?

- Niedofinansowanie, czego wynikiem są kolejki, brak możliwości diagnostyki i za mała liczba personelu. To utrudnia dostęp do leczenia.

Wzrosty nakładów do 6 proc. PKB w 2025 roku nie są w stanie rozwiązać tych problemów?

- W tym momencie jedziemy po granicy możliwości zabezpieczenia opieki zdrowotnej obywatelom, a sytuacja demograficzna się pogarsza. To może doprowadzić do katastrofy. Dynamicznie zwiększa się liczba osób w wieku emerytalnym, które wymagają najwięcej opieki. Jednocześnie zwiększyła się także liczba urodzeń, co oczywiście cieszy, ale z drugiej powoduje kolejne potrzeby w służbie zdrowia.

"Zastanawiam się, czy to jednak nie jest jakoś inspirowane politycznie" - mówiła o proteście rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Jak się pan odniesie do tego zarzutu?

- To zarzut bardzo nas upokarzający, ponieważ nie jesteśmy związani z żadną opcją polityczną. Naszych kontaktów można się jedynie doszukiwać w akcji "Adoptuj posła", którą Porozumienie Rezydentów przeprowadziło niecałe dwa lata temu. To była akcja informacyjna, podczas której spotykaliśmy się z posłami i przedstawialiśmy nasze problemy i propozycje. Nie wiązało się to z kontaktami typowo politycznymi z jakąkolwiek partią. To są więc niesłuszne i przykre oskarżenia.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje