Protest głodowy rezydentów. Hamankiewicz: Jestem przerażony

Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Maciej Hamankiewicz u protestujących /Jacek Turczyk /PAP

Trwa strajk głodowy rezydentów, którzy domagają się m.in. wzrostu nakładów na ochronę zdrowia do 6,8 proc. PKB i natychmiastowego podwyższenia swoich wynagrodzeń do 1,05 średniej krajowej. Rezydenci żądają także zaangażowania się w naprawę służby zdrowia premier Beaty Szydło. Postulaty te poparły kolejne środowiska medyczne - fizjoterapeuci i pielęgniarki, rozszerzając protest na kolejne obszary. Jakie będą skutki tych działań, co powinien zrobić minister zdrowia i czy jesteśmy na prostej drodze do dalszego zaostrzenia konfliktu? O zdanie pytamy prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej dr Macieja Hamankiewicza.

Reklama

Krystyna Opozda, Interia: Strajk głodowy rezydentów trwa już ponad dwa tygodnie, a spór nie tylko się nie kończy, ale nawet zaostrza. Do rezydentów dołączyli przedstawiciele innych zawodów medycznych. Jak do tej sprawy odnosi się Naczelna Izba Lekarska?

Dr Maciej Hamankiewicz, Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej: W pełni popieramy wszystkie postulaty protestujących lekarzy. Na spotkaniu byłych ministrów zdrowia (piastujących urząd od 1989 roku), wszyscy wskazywali, że poziom finansowania służby zdrowia z publicznych środków powinien wynosić 6-7 proc. PKB. Jeśli pozostaniemy poniżej tego poziomu, będziemy w sytuacji nieustającego gaszenia protestów.

Reklama

Minister zdrowia twierdzi, że ustawa podwyższająca wynagrodzenia, a także deklarowany wzrost nakładów na służbę zdrowia, to argumenty, które powinny zakończyć ten protest. Słusznie?

- W kwietniu 2007 roku Rada Ministrów przyjęła plan finansowy państwa i w pozycji 7. wykazano, że w 2015 roku na ochronę zdrowia pójdzie 4,7 proc. PKB. W 2017 roku również przewidziano 4,7 proc. PKB i na rok 2020 dokładnie tyle samo. Zatem w najbliższych latach w ogóle nie planowano żadnego wzrostu na ochronę zdrowia i pozostał pułap 4,7 proc. PKB.

Mimo wszystko - 4,7 proc. PKB na służbę zdrowia - to zdaniem ministra Radziwiłła wynik dający nadzieję na kolejne wzrosty. Sam także przyznał, że swoje przedwyborcze obietnice przeszacował, deklarując, że nakłady wzrosną szybciej. Czy widzi pan jakieś rozwiązanie, które to przyspieszenie gwarantuje?

- Zanim jeszcze Konstanty Radziwiłł został ministrem, razem z nim i śp. prof. Michałem Kuleszą przygotowaliśmy skargę konstytucyjną o niezgodność ustawy o świadczeniach finansowanych ze środków publicznych, wskazując, że niedookreślenie zakresu świadczeń medycznych, czyli brak koszyka świadczeń gwarantowanych, jest niekonstytucyjne. Trybunał nie przyjął tej skargi, uznając, że Naczelna Izba Lekarska nie jest uprawniona do jej złożenia. Pan Radziwiłł wiedział wówczas, że jeżeli nie będzie określona liczba zakupów świadczeń zdrowotnych i usług medycznych, które z ramienia publicznego chcemy finansować, to tak naprawdę nikt nie wie, jaki procent PKB byłby wystarczający.

Innymi słowy, minister zdrowia popełnia błąd, który jako członek Naczelnej Izby Lekarskiej wytykał swoim poprzednikom?

- Tak. W ogóle wprowadzanie jakichkolwiek reform bez wcześniejszego wskazania źródła ich finansowania, siłą rzeczy nie przyniesie rezultatów. Niestety, panu ministrowi nie udało się przez ostatnie dwa lata osiągnąć dwóch celów. Po pierwsze obiecywanych od dawna 6 proc. PKB na służbę zdrowia. Po drugie dookreślenia koszyka świadczeń.

Minister zarzeka się, że powołał zespół, który ma naprawić sytuację. Pana zdaniem, jest na to szansa?

- Nie da się ukryć, że to jest zadanie dla ekonomistów. Gdyby rezydenci żądali ogromnych kwot w liczbach bezwzględnych, to rzeczywiście uznałbym, że nie ma tych pieniędzy. Jeżeli jednak mówimy o sprawiedliwym podziale PKB, to te 6 proc. można znaleźć w budżecie. I to z pożytkiem dla wszystkich, bo gospodarka nie będzie dobrze prosperować, jeśli będziemy mieli schorowanych obywateli.

Zadanie dla ekonomistów, a jednak minister finansów Mateusz Morawiecki nie znajdzie się w tym kryzysowym zespole. Udziału nie zgłosiła także osoba decyzyjna - premier Beata Szydło. To błąd?

- Zespół osób o wykształceniu medycznym nie ma wystarczających kompetencji do mówienia o tym, w jaki sposób ma być zorganizowany budżet państwa.

Dlaczego więc rząd się nie angażuje?

- Nie wiem tego i nie rozumiem. Uważam, że w tym konflikcie pozytywną rolę pełni marszałek Karczewski, który starał się doprowadzić do porozumienia. Rząd chyba nie przewidział, że ta sytuacja obierze taki kierunek.

Przekaz obozu władzy był taki, że protest ma charakter polityczny.

- Młodość jest młodością i forma tego protestu jest bardzo odważna i poniekąd "przebojowa". Ale to są bardzo wykształceni ludzie, mający za sobą kilka lat pracy, więc są to poważni partnerzy do dyskusji.

Rezydenci chcą rozmawiać głównie z premier Szydło, jako osobą, która może podjąć realne decyzje. Ostatnia próba porozumienia zakończyła się jednak fiaskiem. Czeka nas dalsza eskalacja konfliktu?

- Nie mnie oceniać, co będzie, gdyż to nie my jesteśmy organizatorem tego protestu, jednak jesteśmy pełni niepokoju. Na szali leży życie pacjentów. Póki co rezydenci narażają własne zdrowie i życie. Ci młodzi ludzie protestują biorąc urlopy. Jeśli protest się rozszerzy i siłą rzeczy te urlopy się pokończą, to... jestem przerażony. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie i nastąpi porozumienie.

Wszystko więc zależy od tego, jak minister Radziwiłł dogada się z ministrem Morawieckim w kwestii budżetu?

- Ciężko mi ocenić wewnętrzną sytuację w rządzie. Widać jednak po decyzjach, że jedni ministrowie mają silniejszą, a inni słabszą pozycję. Budżet jest jeden. Przesunięcie środków spowoduje, że w innym sektorze będzie ich mniej. Każdy sektor ma z kolei swojego obrońcę i stąd też taka trudność.

Naczelna Izba Lekarska także próbuje interweniować w tej sprawie. Zgłosiliście się z prośbą o pomoc do organizacji międzynarodowych. Został pan za to skrytykowany przez ministra zdrowia.

- Nie występujemy poza świat lekarski. Nasza prośba o solidarność do organizacji międzynarodowych jest kontynuacją drogi, którą szedł pan minister Radziwiłł, angażując wielokrotnie wspomniane organizacje w działania pomocowe. Nie jest to akcja antyrządowa, ale normalna ścieżka, wykorzystywana od lat.

Kiedyś minister szedł tą ścieżką, a dziś krytykuje?

- Pan minister skrytykował nasze pismo parę minut po północy i myślę, że to wystarczy za cały komentarz.

Pierwsze zdenerwowanie minęło, a jednak minister dalej brnął w taką retorykę, aż postanowił wycofać się z członkostwa w NIL. Wszystko wskazuje więc na to, że relacje jednak się ochłodziły...

- Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że konflikt interesów, który występuje w tym wypadku, powstał już jakiś czas temu. Naczelna Rada Lekarska i Okręgowe Rady Lekarskie występują po jednej stronie, a minister Radziwiłł po drugiej. Tak się dzieje siłą rzeczy, gdyż minister zdrowia jest politykiem realizującym program swojej partii. Rozbieżność jest więc oczywista, bo to jest nie do pogodzenia.

W czym jeszcze widać taką rozbieżność?

- Na przykład, mieliśmy zgodę, co do zmian w kształceniu, jednak wykonanie pozostawiło wiele do życzenia. Elektroniczny System Monitorowania Kształcenia nie działa jak należy i ma wiele wad. Młodzi lekarze zgłaszają wiele problemów, gdyż kuriozalne zapisy sprawiają, że system jest nie do przejścia. Minister nie wsłuchał się w postulaty i teraz ma problem, bo bunt wśród rezydentów to też jest pokłosie takich właśnie działań MZ. Prosiliśmy o interwencję, a jednak nie doszła ona do skutku, co jasno pokazuje, że odpowiedniego dialogu nie ma.

Jednak do tej pory wasze kontakty były dobre. Dogadywaliście się przez ostatnie dwa lata. Co więc się stało?

- Minister Radziwiłł doskonale wie, jaki jest problem, wysoko oceniam jego umiejętności, ale on nie dysponuje finansami.

Zatem wina nie leży po stronie ministra Radziwiłła, pana zdaniem?

- Moim zdaniem, winne są przede wszystkim ośrodki decydujące o finansowaniu. Jednak i minister Radziwiłł nie pozostaje zupełnie bez odpowiedzialności za aktualny stan rzeczy. W momencie, gdy składane są obietnice, a nie są one spełniane, to nie można pozostawać w sytuacji: "jestem za, a nawet przeciw". Dlatego rozumiem decyzję Konstantego Radziwiłła o rezygnacji z członkostwa w Naczelnej Radzie Lekarskiej.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje