​Różne oblicza polskiego szpitala. Pacjent skazany na "loterię"

Zdj. ilustracyjne /©123RF/PICSEL

Z czym musi się mierzyć pacjent, który trafia do szpitala lub przychodni? Jaka jest szansa, że w szpitalu nie zabraknie specjalisty, który mu pomoże? Niestety, Polacy znają odpowiedzi na te pytania, bo aż trzy czwarte z nas ocenia funkcjonowanie opieki zdrowotnej negatywnie.

Reklama

Obecny system nie pozostawia wątpliwości. Lepiej nie mieć żadnego powodu do odwiedzania przychodni lub szpitala. Lekarz nie zawsze wykaże się zrozumieniem, albo nie zawsze udzieli wyczerpującej informacji przestraszonemu pacjentowi. Oczywiście, możemy także trafić na specjalistę, który potraktuje nas profesjonalnie i pomoże wyleczyć dolegliwość, z którą przychodzimy.

- To loteria - mówi autorka książki "Służba zdrowia? Jak pokonać chory system" Małgorzata Solecka*, która w swojej książce wskazuje absurdy w polskiej służbie zdrowia i radzi, jak z nimi walczyć.

Poród po polsku

Reklama

Warunki, w których rodzą Polki pozostawiają wiele do życzenia. W opublikowanym w lipcu 2016 roku raporcie Najwyższej Izby Kontroli pojawiły się liczne uwagi do funkcjonowania polskich porodówek.

Autorka książki o mechanizmach rządzących ochroną zdrowia w Polsce, znajduje kilka plusów, ale pochyla się również nad problemami, z którymi spotykają się kobiety w ciąży.

- Porodówki w Polsce się zmieniły. Jeszcze w latach 90-tych to był koszmar. Kolejne lata pozwoliły na wypracowanie pewnych podstawowych standardów - mówi Solecka.

Problem w tym, że wspomniane standardy, zgodnie z decyzją ministerstwa, mają ulec uchyleniu.

- Standardy, które chce uchylić Radziwiłł, to zupełnie podstawowe standardy organizacyjne - np., że kobieta powinna mieć możliwość napić się szklanki wody. Minister zapewnia, że zastąpi obecne rozporządzenie nowym i te standardy organizacyjne będą tak naprawdę dalej obowiązywać. Chciałabym mu wierzyć - wskazuje autorka "Służby zdrowia...", która nie kryje jednak obaw, jak może się skończyć zamieszanie ze standardami porodowymi.

- Konstanty Radziwiłł podjął decyzję o wycofaniu rozporządzenia w sprawie standardów, bo chciał tego samorząd lekarski. I do pewnego stopnia można się z tym zgodzić, że narzucanie lekarzom standardów medycznych nie jest rolą ministra, czy też urzędników. Jednak obawy kobiet i organizacji kobiecych są zrozumiałe, bo ministerstwo wprowadziło te zmiany cichaczem. Jeśli w jednej nowelizacji ustawy wprowadzane są różne rozwiązania, które dotyczą wielu spraw, ludzie mają prawo podejrzewać, że ktoś chce ich oszukać - dodaje.

- W przypadku porodu trudno oddzielić to, co jest standardem medycznym od standardu opieki okołoporodowej. W przypadku postępowania medycznego lekarz powinien mieć pewność, że nie będzie odpowiadał za złamanie standardu, jeśli podejmie decyzję ratującą życie i zdrowie matki czy dziecka. To jest szczególnie istotne w przypadku ciąż i porodów powikłanych. Ale rozporządzenie reguluje również takie kwestie, jak np. opieka psychologiczna po stracie dziecka czy prawo do przebywania w osobnej sali, albo na sali z kobietami w podobnej sytuacji, a nie ze świeżo upieczonymi, szczęśliwymi matkami. To są podstawowe rzeczy. To jest wstyd, że w XXI wieku musimy o tym mówić. To przecież oczywiste, że powinny być osobne sale dla mam z dziećmi i osobne dla kobiet, które właśnie straciły dziecko. Tymczasem na Oddziale Patologii Ciąży często leży kobieta w ciąży zagrożonej, a obok kobieta, która właśnie poroniła. Źle się dzieje, że my takie podstawowe rzeczy musimy regulować aktem prawnym. Tak naprawdę to jest jedynie kwestia organizacji pracy szpitala i wyobraźni ludzi, którzy tam pracują. Wierzę, że lekarze nie mają złych intencji, ale rozumiem obawy kobiet, że po likwidacji standardów, znów o wszystkim będzie decydować lekarz. W końcu zdarzają się wielcy lekarze, przysłowiowi "bogowie", ale niestety są też lekarze, którym tylko wydaje się, że są bogami - wskazuje Solecka.

Problem porodówek nie kończy się jednak na nieprzestrzeganiu standardów opieki okołoporodowej. Ważną kwestią jest także niedostateczna dostępność znieczulenia, czy warunki pobytowe (wieloosobowe sale, brak łazienek, itd.)

W pierwszym przypadku winę ponoszą braki kadrowe. Na oddziałach brakuje anestezjologów, którzy są uprawnieni do podawania znieczulenia. W przypadku warunków pobytowych, czyli tzw. rozporządzenia kaloryferowego, dotyczącego standardów sanitarnych, trudno znaleźć jednego winowajcę. Rozporządzenie jest bowiem zbiorem martwych przepisów regulujących odpowiednie warunki pobytowe w szpitalu. Wprowadzenie przepisów jest przesuwane od kilkunastu lat. Powód? Gdyby przepisy weszły w życie, większość placówek nie spełniałaby wymogów, przez co byłyby zamykane. Dlatego ministrowie ciągle odraczają wprowadzenie zmian. Zaklęty krąg.

Przeżycie zawału to jeszcze nie sukces

Bardzo wiele problemów mają również oddziały kardiologiczne. Polska jest doceniana za osiągnięcia w dziedzinie kardiologii inwazyjnej, która pozwala z powodzeniem ratować tzw. zawałowców. Jest to jednak jedna strona medalu. Na drugiej szali znajduje się dalsze leczenie pacjenta, który przeżył zawał. Jak się bowiem okazuje, ten okres jest dla zawałowca kluczowy.

Tymczasem, wypisany ze szpitala pacjent wpada w mechanizm kolejek i starań o wizyty u specjalisty, który pokieruje jego leczeniem. Często mechanizm zawodzi, a u pacjenta pojawiają się kolejne problemy ze zdrowiem, które niejednokrotnie kończą się tragicznie.

Podobne wykluczenie spotyka również pacjentów onkologicznych. Pakiet onkologiczny wprowadzony w 2015 roku jest pomocny dla pewnej grupy pacjentów, ale nie każda osoba z chorobą nowotworową może liczyć na przyspieszoną ścieżkę leczenia. Takiej ścieżce nie podlegają również osoby, które zakończyły leczenie onkologiczne, a pozostają pod nadzorem specjalisty. Grupy te najczęściej korzystają z własnych środków, aby wykonać konieczne w diagnozie lub kontroli badania.

Obietnice a rzeczywistość

- System nie jest przygotowany do przyjmowania coraz większej liczby pacjentów. A przecież dłużej żyjemy, wcześniej zaczynamy korzystać z opieki medycznej. To jest jeden z powodów, dla którego wydłużają się kolejki - mówi w rozmowie z Interią Małgorzata Solecka.

Nie da się ukryć, że więcej pacjentów przy niezmiennej liczbie lekarzy, to pewna katastrofa. To także brak odpowiedniej opieki ze strony lekarza, który na swojej głowie będzie miał coraz więcej obowiązków.

Tymczasem w placówkach medycznych przybywa pacjentów, którzy muszą być leczeni nie tylko na jedną, ale na szereg niezwiązanych ze sobą chorób. To osoby starsze.

- Dostosowanie systemu opieki medycznej do potrzeb osób starszych jest w Polsce na niskim poziomie - ocenia autorka "Służby zdrowia...".

W tym kontekście przypomina ostatnio "zrealizowaną" obietnicę ministra Radziwiłła - "Leki 75+".

- To niedoskonały mechanizm. Lek wpisany na listę "S" jest bezpłatny, ale tylko wtedy, gdy jest przepisany na konkretną chorobę. Jeśli lekarz przepisze ten sam lek, ale na inną dolegliwość, niż jest wpisana na listę, wtedy senior płaci za lek na ogólnych zasadach. To jest różnicowanie pacjentów. To nie jest przecież wina pacjenta, że refundowany lek pomaga mu na inne schorzenie, niż jest wskazane przez ministerstwo. Wielu seniorów nie rozumie, dlaczego nie mają prawa do bezpłatnego leku, choć widnieje on na liście - wskazuje Małgorzata Solecka.

- Innym problemem jest brak mechanizmów wspomagających osoby starsze, które nie są w stanie samodzielnie funkcjonować. Pacjent trafia do szpitala, kończy się czas leczenia, a osobą starszą nie ma się kto zaopiekować. Wypisanie takiej osoby ze szpitala to niekiedy skazanie jej na śmierć. Jest mało zakładów opiekuńczo-leczniczych, w których pacjent mógłby dojść do siebie. To jest taki brak, który w perspektywie kolejnych lat może być dużym problemem - dodaje.

Czytaj także: Grozi nam demograficzna katastrofa 

Chciałbyś podzielić się refleksjami na temat polskiej służby zdrowia? Napisz do autorki artykułu: krystyna.opozda@firma.interia.pl 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje