"Chcę pić, ale tak normalnie"

- Przychodzi do mnie człowiek i mówi, że „chce pić, ale tak normalnie”. Bardzo często ludzie używają takiego określenia. Dodają, że chcą się zachowywać jak pozostali - pójść na imprezę, wypić dwa piwa, poczuć się dobrze i wrócić do domu. Taka osoba nie chce abstynencji, ale chce kontrolować to, co robi, gdy pije. To dla niej jest program ograniczania picia – o szerzej nieznanym rozwiązaniu w leczeniu uzależnienia od alkoholu opowiada w rozmowie z Interią Barbara Wojewódzka, specjalista psychoterapii uzależnień.

Łukasz Szpyrka, Interia: Długo mówiło się, że jedynym sposobem na rozwiązanie problemu alkoholowego jest abstynencja. Pani zna inne rozwiązania. Czym są programy ograniczania picia i redukcji szkód?

Reklama

Barbara Wojewódzka, specjalistka psychoterapii uzależnień, założycielka Pracowni Terapeutycznej Jednia w Gnieźnie: - Mogę mówić jedynie o swoim doświadczeniu i praktyce. Swego czasu, przez 10 lat, pracowałam w Krakowie. W ośrodku nie było jeszcze programu ograniczania picia, ale było coś podobnego - program redukcji szkód, choć jeszcze wtedy tak się nie nazywał. Był skierowany do osób, które wielokrotnie próbowały utrzymać abstynencję, ale im się nie udało. Dla tych, którzy mieli problem z lokalnym otoczeniem, bo po powrocie do domu znów pili z kolegami z podwórka. Te osoby znajdowały się w programie, który dziś nazywa się "redukcją szkód". Mieliśmy takie przeświadczenie, że dla takich ludzi jest ratunek - nie przez abstynencję, ale przez ograniczenie możliwych szkód po spożyciu alkoholu. Mieliśmy wówczas informację zwrotną, że nasze działanie jest skuteczne.

Teraz, od kilku lat, w różnych miejscach w Polsce, wprowadza się programy redukcji szkód i ograniczania picia. Środowisko terapeutyczne bardzo ostrożnie do tego podchodzi. Nadal dominuje abstynencja, bo większość pracowników była szkolona w czasach, gdy celem i warunkiem terapii była abstynencja. Tacy terapeuci przyzwyczaili się, że osobie uzależnionej można zaoferować tylko takie rozwiązanie. Zresztą, proszę spojrzeć, jeszcze niedawno używało się na dużą skalę słowa "alkoholik", ale przecież nie ma takiego medycznego określenia. Można powiedzieć "osoba uzależniona od alkoholu" - przecież zupełnie inaczej to brzmi, dużo lepiej. Część osób tego nie chce, tak jak i nie chce przychodzić na grupy terapeutyczne, na mityngi, całkowicie zrezygnować z alkoholu. To dla nich trudne, bo grupy wymagają mówienia o sobie, o bardzo osobistych sprawach. I takiemu podejściu wychodzi naprzeciw program ograniczania picia.

Który jest oferowany tylko w 24 ośrodkach w Polsce. To mało.

- Jeśli statystycznie przypadałoby na województwo 1,5 ośrodka, który oferuje ten program, to nie byłoby źle. Większość moich pacjentów nie myśli w ogóle o abstynencji. Jeśli mówią, że zgadzają się na abstynencję, to tylko dlatego, że jest to "poprawne politycznie". Niektórym jest to potrzebne m.in. do otrzymania zaświadczenia dla pracownika socjalnego, kuratora sądowego, komisji ds. rozwiązywania problemów alkoholowych, jest warunkiem np. przy zawieszonej karze pozbawienia wolności. Są też inne powody, które takiemu pacjentowi po prostu się opłacają.

Na czym polega więc program ograniczania picia?

- Najpierw zgłaszamy się do poradni, w której jest POP (program ograniczania picia - przyp. red.). Umawiamy się na wizytę, rozmawiamy z terapeutą. Do POP kwalifikowani są ci, którzy nie mają tak bardzo głębokiego uzależnienia. W tej chwili uważnie się to diagnozuje szczegółowymi pytaniami. Głównie są to ludzie młodsi, którzy jeszcze nie weszli na "wyższy poziom zaawansowania" picia. Przede wszystkim jednak muszą to być ludzie, których celem jest ograniczenie i kontrolowanie picia. Wielu ma natomiast przeciwwskazania zdrowotne. Zakwalifikowany na każde zajęcia musi przychodzić trzeźwy. Program ograniczania picia nie oznacza, że na zajęcia z terapeutą można przyjść np. po dwóch piwach. Terapia zazwyczaj trwa kilka tygodni, najczęściej 8-12. Spotkania mają różny charakter, grupowe i/lub indywidualne. Pacjent dostaje też dużo zaleceń do domu, by ograniczyć spożywanie alkoholu.


Jakich?

- Taka osoba nie powinna na przykład pić w miejscach, w których wcześniej piła nadmiernie. Inne zalecenie to unikanie znajomych, którzy nadużywają alkoholu. Sugeruje się też, by nie nosić ze sobą zbyt dużo pieniędzy. Zaleca się, by pacjent ustalał sobie limit drinków do wypicia, pił alkohole niskoprocentowe. Wszystkie limity ustalane są indywidualnie w trakcie terapii. To bardzo trudna technika, bo taka osoba będzie w sumie cały czas koncentrować się na alkoholu. Musi pamiętać, że jest cel, by się nie upić, by kontrolować spożycie, by nie przekroczyć bezpiecznych limitów.

Jakie to limity?

- To standardowe limity stworzone przez WHO. Są inne dla kobiet i mężczyzn. Mężczyzna, który pije okazjonalnie, nie powinien jednorazowo wypić więcej niż 3 półlitrowe butelki piwa lub 200 ml wódki. Tak naprawdę to nie jest dużo. Proszę zwrócić uwagę, że w trakcie oglądania meczu często mężczyzna wypija tego piwa więcej. Gdy pije kilka razy w tygodniu, limity już są inne. Nie da się jednak stworzyć archetypowego uczestnika programu. Bo np. można wypić dwa piwa dziennie, ale taki człowiek nie powinien pić od rana. Pomiędzy każdą ilością wypitego alkoholu, powinien wypić napój bezalkoholowy, zrobić dwa dni przerwy w piciu (najlepiej jeden po drugim). Technik i zaleceń jest bardzo dużo. Często się udaje. Kiedy takim ludziom proponuje się abstynencję, to nie wykazują zainteresowania. Taki człowiek może potem zmienić swój cel i ostatecznie zmierzyć się z abstynencją.

Co powinno być finałem takiej terapii?

- Ograniczenie picia do takiego stopnia, by alkohol nie zakłócał sposobu życia. Pod każdym względem - zdrowia, relacji prywatnych, relacji zawodowych. Żeby pacjent pił w sposób, który mu nie szkodzi.

Nie zawsze jednak udaje się nauczyć tego w trzy miesiące.

- Ten program na początku jest intensywny, ale potem taki pacjent ma indywidualny kontakt z terapeutą. Później ćwiczy swoje możliwości i wciąż się uczy. Są to często zajęcia z komunikacji, asertywności. Bardzo ważne są też sesje rodzinne, by rodzina przynajmniej w 1-2 spotkaniach wzięła udział. W każdym programie jest to ważne, by bliscy wiedzieli, o co chodzi. Nie jest to łatwe, ale bardzo ważne. Czasem jest tak, że rodzina dopiero wtedy dostaje pierwsze rzeczowe odpowiedzi. Ma okazję zadawać pytania.

Bardzo konkretny przykład: Idę na wesele. Widzę na stołach mnóstwo butelek wódki. Jak będę się zachowywał po ukończeniu terapii?

- Odpowiedź nie jest zerojedynkowa. Osoby będące w terapii często najpierw dokładnie rozważają, czy w ogóle na takie wydarzenie pójdą. Dlatego że jest to sytuacja wysokiego ryzyka. POP zakłada, że dana osoba będzie omijała miejsca, w których jest narażona na picie większej ilości alkoholu. Czasami jest tak, że ci ludzie sami rezygnują z takiego wesela, jeśli to jest możliwe. Będą brały pod uwagę różne warianty, a decyzję podejmą sami. Jeśli ktoś rozpoczyna terapię, która trwa maksymalnie trzy miesiące, a później decyduje się na taką imprezę, musi liczyć się z tym, że będzie mu bardzo trudno. Może być tak, że nie da rady cały czas skupiać się na kontrolowaniu ilości i częstotliwości podnoszenia kieliszków. Jeśli jeszcze usiądzie obok takich, którzy namawiają, może się wszystko skończyć klapą. Zwyczajnie może to być wielka porażka.

Czyli przesadzi i zacznie pić do końca?

- Może tak to wyglądać.


Czym różni się program ograniczania picia od programu redukcji szkód?

- Redukcja szkód to propozycja dla tych, którzy wielokrotnie byli w terapii i wciąż mają problem z utrzymaniem abstynencji. Wciąż dają się namówić, ale mimo wszystko dążą do zmiany. Redukuje się szkody, że krócej pije, mniej intensywnie. Grupy często mają charakter grup wsparcia. Wszystkie starania mają zadbać o stronę socjalną, zdrowotną.

Ograniczanie picia samo w sobie redukuje szkody. Pokazują to badania. Na poziomie formalnym uczestnicy programu POP inaczej funkcjonują niż ci, którzy są w programie redukcji szkód. Zazwyczaj to młodzi ludzie, dobrze funkcjonujący w społeczeństwie, mający wsparcie, aktywni zawodowo. Można więc powiedzieć, że ci na redukcji szkód są "bardzo zaawansowani", a ci z POP są "mniej zaawansowani".

Gdy opowiada pani znajomym o POP, zajawiają się tym pomysłem?

- Często wywołuje to duże kontrowersje. Pytają: "No jak? Będzie chodził na terapię i pił alkohol?". "No tak, właśnie tego ma się nauczyć" - odpowiadam. Jest część osób, które jeszcze nie są uzależnione od alkoholu. Jeszcze. Może to być młoda osoba, która pije w sposób szkodliwy, bo wpływa to na jej funkcjonowanie, ale nie ma objawów uzależnienia. Jeśli dalej będzie ryzykować, to może się to skończyć uzależnieniem. Taka osoba sama chce nauczyć się, jak kontrolować picie. Dla młodych ludzi to gehenna, gdy słyszą: "jest pan uzależniony. Musi pan przestać pić". Przecież są po 20. roku życia, a w tym wieku idzie się na imprezę, a alkohol stanowi część takich wydarzeń. A tu nagle, często w wieku 22 lat, masz pogodzić się z tym, że do końca życia nie będziesz pić. Gdy taki młody człowiek usłyszy te słowa, to znika z terapii. Zresztą, wielu późniejszych pacjentów wspomina, że nie pamiętają pierwszej diagnozy - dla tych ludzi to gigantyczny stres.

- Jeśli terapeuta potrafi słuchać, rozpoczyna rozmowę z pacjentem. Ten mówi, że "chce pić, ale tak normalnie". Bardzo często ludzie używają takiego określenia. Dodają, że chcą się zachowywać jak pozostali - pójść na imprezę, wypić dwa piwa, poczuć się dobrze i wrócić do domu. Taka osoba nie chce abstynencji, ale chce kontrolować to, co robi, gdy pije. I wtedy taki pacjent słucha tego, co terapeuta ma do powiedzenia. Słucha, bo go to interesuje. Pacjent mówi o tym, czego potrzebuje, a my terapeuci jesteśmy po to, by z nim to przegadać, zweryfikować możliwości i ewentualnie pomóc. Nie możemy dyrektywnie oceniać, co jest dobre, a co złe.

W świadomości ludzi istnieje przekonanie, że jedynym rozwiązaniem w walce z uzależnieniem od alkoholu jest abstynencja. Jak się okazuje, są inne opcje.

- Dla wielu sposobem na ratowanie życia jest po prostu abstynencja. Alkohol działa na tych ludzi tak destrukcyjnie, że często abstynencja jest dla nich jedyną możliwą formą. Gdy przychodzą na terapię słyszą najpierw diagnozę, która okazuje się dla nich przerażająca. Moje doświadczenie pokazuje, że ludzie przychodzący do terapeuty oczekują informacji, że nie jest tak źle, że coś jeszcze da się zmienić. Najczęściej słyszą, że mają objawy uzależnienia od alkoholu i w ich konkretnym przypadku zalecana jest abstynencja. Ale co to takiego? Abstynencja oznacza "nic", więc sformułowanie "całkowita abstynencja" jest kompletnie nietrafione.

Miałam kiedyś na terapii wybitnego naukowca, z którym dużo rozmawiałam. Mówił, że rozumie, że abstynencja oznacza całkowite wycofanie spożywania alkoholu. Z tym że dla niego osobiście picie piwa nie jest łamaniem abstynencji, ponieważ piwa nie uważał za alkohol. Było dla niego napojem chłodzącym.

Jaka była pani odpowiedź?

- Nie mówiłam, że się myli, bo w stereotypach większość ludzi uzależnionych nie traktuje piwa jako alkohol. Większość moich pacjentów jest zdania, że tylko to, co ma powyżej 40 proc., można uznać za alkohol.  Więc co mogłam mu powiedzieć? Zdanie "piwo to nie jest alkohol", niesie ze sobą emocje. Wmawiający to sobie czuje ulgę, że może się napić piwa do posiłku, po posiłku, przy oglądaniu meczu. Jeden pije napój energetyzujący, a inny piwo. Zresztą kolejny mit to stwierdzenie, że "nic tak nie gasi pragnienia jak piwo". Nie trzeba być terapeutą, by słyszeć takie zdania.

To jednak terapeuci słyszą słowa: "chcę zmienić swoje życie, ale nie chcę rezygnować z alkoholu". Jakich odpowiedzi mogą spodziewać się pacjenci?

- Różnych, bo to zależy od ośrodka i terapeutów. Do niedawna w Polsce funkcjonowała wyłącznie abstynencja, jako jedyna oferta radzenia sobie z problemem alkoholowym. Teraz to się zmieniło.

Zdarza się, że niektórym pacjentom na pierwszej wizycie mówi pani: "wszystko z tobą w porządku. Wracaj do domu, do rodziny"?

- Zdarza się, ale bardzo rzadko. Jeśli nie ma dla mnie jednoznacznych objawów uzależnienia, co często dotyczy ludzi młodszych, kobiet lub osób, które piją alkohol w sytuacji wyjątkowo stresowej, traumatycznej. W takich przypadkach diagnozuję bardzo ostrożnie. Jeśli na karcie choroby takiego pacjenta wpiszę "zespół zależności od alkoholu", często ma to ważne konsekwencje i będzie praktycznie nie do zmiany. Po prostu nikt nie podważy diagnozy specjalisty i jedynie w tym kierunku będzie prowadzone leczenie pacjenta. Każdy następny lekarz lub terapeuta, nawet jeśli coś mu nie będzie pasować, będzie brał pod uwagę tę diagnozę. Trzeba więc bardzo powściągliwie je stawiać. Może być tak, że taka osoba pije, z tego co mówi wygląda na osobę uzależnioną, bo np. traci kontrolę nad piciem albo raz mu się udaje kontrolować samego siebie, a raz nie, ale w takim wypadku zamiast utraty kontroli ma upośledzenie kontroli. Mówi, że na drugi dzień nie poszedł do pracy, bo bardzo źle się czuł, opisuje objawy. Mówi, że przestał interesować się swoimi pasjami, które jeszcze niedawno były ważne, a teraz przestały.

Kiedy się tego słucha, to zgodnie z klasyfikacją ICD-10, można sklasyfikować uzależnienie od alkoholu. Klasyfikacja przedstawia sześć objawów, a jeżeli przynajmniej trzy z nich wystąpiły w ostatnim roku picia, to sprawa powinna być jasna. Kontekst zmienia jednak rozpoznanie. To były np. osoby, które miały traumatyczne przeżycia, a alkoholem leczyły objawy cierpienia. Spokojniejsze diagnozowanie pokazuje inny obraz takiego człowieka. Nie zawsze tacy ludzie są uzależnieni, a może wystarczyć terapia psychologiczna.

Co stoi na przeszkodzie, by programy takie jak POP stały się powszechniejsze?

- Większa otwartość terapeutów na ich realizację. Od nas, terapeutów zależy, czy chcemy oferować takie usługi naszym pacjentom. Gdyby w małych poradniach pojawiły się informacje na temat POP, to przypuszczam, że wiele osób chciałoby się chociaż dowiedzieć, na czym on polega. W tym wszystkim ogromnie ważny jest tzw. model zmiany zachowań. Uwzględnia się w pracy z pacjentem etap procesu zmiany. Bardzo często przychodzą do terapeuty pacjenci, którzy są na etapie zaprzeczania. Nie widzą nic złego, a widzi to ich otoczenie. Jeśli taki człowiek przychodzi i słyszy, że jest uzależniony, musi zaprzeczyć. Nie ma innej opcji. Gdyby jednak terapeuta zasiał w nim niepewność, jak on widzi swoje picie, wzbudził w nim emocje i nie naciskał, to być może ten pacjent przeszedłby do drugiego etapu, czyli kontemplacji. Żeby zastanowił się, że być może coś z jego piciem jest nie tak. Ktoś, kto zaczyna to rozważać, to wtedy łatwiej przyjmie informacje na temat oferty. I niech sam przyjmie to, czego chce. Terapeuta ma tylko przedstawić propozycje, a później starać się mu pomagać. Nawet jeśli widzimy, że dany program nie jest dla niego, niech to on zdecyduje. Jeśli nawet będzie chciał przerwać terapię, niech tak będzie, bo decyzja należy do niego i musimy mu to umożliwić. Z jednego prostego powodu - należy mu się szacunek jako człowiekowi.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy