Heroina wraca w niewinnej formie. "Nowa fala uzależnień kwestią czasu"

Heroina w tradycyjnej, "strzykawkowej" formie /AFP

- Teraz heroinę można połknąć jako tabletkę, rozgnieść i wciągnąć do nosa, są też specjalne plastry. Na końcu jest jednak strzykawka - tłumaczy Robert Banasiewicz, specjalista terapii uzależnień, który w przeszłości sam był uzależniony od narkotyków. - W USA to już epidemia. W Polsce nowa fala uzależnień jest kwestią czasu - podkreśla rozmówca Interii.

Reklama

"Heroina wraca, i to wraca w wielkim stylu" - to słynny cytat z kultowego "Pulp Fiction" Quentina Tarantino. Jednak w połowie lat 90., kiedy powstawał film, heroina była powoli wypierana z rynku przez inne narkotyki. Dopiero dziś wraca, ale już nie w postaci przerażającej strzykawki, ale w niewinnej formie. - To epidemia - mówią Amerykanie. Problem staje się poważny także w Europie, również w Polsce.

O teraźniejszych i przyszłych problemach narkomanów, wyzwaniach, profilaktyce i osobistych doświadczeniach rozmawiam z Robertem Banasiewiczem, który wyszedł z uzależnienia od narkotyków, a dziś jest pedagogiem i specjalistą terapii uzależnień.

Reklama

Łukasz Szpyrka, Interia: W Stanach Zjednoczonych obserwuje się nową, potężną falę uzależnień od heroiny. Skąd się to bierze?

Robert Banasiewicz: - Myślę, że dzieje się coś z pokoleniem. Potrzeba ucieczki w świat nierzeczywisty jest podobna do tej, która miała miejsce w "erze Wodnika". W latach 60. i później wiele osób chciało wejść w świat ezoteryczny, tajemniczy. Obecnie można to zrobić bardzo łatwo. Nie ma w tym żadnych dodatkowych ideologii. Wśród tych, którzy biorą, jest ogromna potrzeba złagodzenia wewnętrznego bólu.

W USA heroina jest coraz tańszym narkotykiem. Działka kosztuje trzy dolary, a można ją kupić jeszcze taniej. Na temat uzależnień opioidowych mówi się w USA wprost - to epidemia. Epidemia opioidowa. My to kojarzymy tylko z heroiną wstrzykiwaną dożylnie, ale tak nie jest. Pochód zaczął się dużo wcześniej. Nawet Donald Trump mówił, że bardzo łatwo w USA wejść w posiadanie, zupełnie legalnie, opioidów. Dość powszechne jest przepisywanie przez lekarzy oksykodonu, vicodinu. To są po prostu syntetyczne opioidy, które najczęściej prowadzą do bardzo silnego uzależnienia. Potem okazuje się, że bardzo łatwo kupić heroinę. Niedawno byłem w USA - w New Jersey, Nowym Jorku i Connecticut. W dwóch pierwszych stanach o epidemii opioidowej mówi się wprost. Może to mieć związek z dostępnością, ale alkohol też jest dostępny, legalny. Więc nie można zrzucić odpowiedzialności tylko na dostępność.

Mówi pan o epidemii, która występuje w USA. Rozumiem, że także wśród tamtejszej Polonii. Ta fala może dotrzeć do Polski?

- To kwestia czasu. W Polsce pojawił się już fentanyl, czyli coś, co spowodowało bardzo dużą liczbę przedawkowań w Stanach Zjednoczonych, także wśród Polonii. To absolutnie syntetyczna heroina, która sowim działaniem przewyższa heroinę rynkową. Lekarze mówią że 100 razy, narkomani mówią, że 300 razy. Myślę, że prawda jest gdzieś pomiędzy. Fentanyl jest stosowany przy operacjach, przy znieczuleniach, ale jak widać  - nie tylko. Miałem już pacjentów w terapii, którzy przeszli na fentanyl. To jest zupełnie inny rodzaj czystości narkotyku, czyli czystości doznań.

Nowa fala uzależnień może więc być kwestią czasu - zresztą to się powoli zaczyna. Jeszcze nie dotyczy to heroiny, ale łatwość przepisania leków z grupy benzodiazepin jest duża. To sygnał, którzy Amerykanie już odebrali, ale my wciąż tego nie widzimy. Przyjmuję do ośrodka w Polsce ludzi bardzo mocno uzależnionych od takich substancji jak benzodiazepiny czy alprazolamy. Podobnie jest wśród Polonii. Przyjmujemy uzależnionych, a we wszystkich przypadkach jest to opioidowiec, czyli ktoś, kto zażywa heroinę. Taka grupa stanowi 100 proc. naszych pacjentów.

Heroina ewoluowała. Kojarzymy ją głównie z obrazków z lat 80., kiedy była przyjmowana dożylnie, przerażającymi strzykawkami. Wydawało się, że dekadę później ludzie przestraszyli się wirusa HIV, a heroina "wyszła z mody". Pojawiły się inne narkotyki. Heroina jednak wraca w odświeżonej, niewinnej formie.

- Oczywiście, ale trzeba pamiętać, że na końcu zawsze jest strzykawa. Tak jak w przypadku innych narkotyków - na początku jaramy blanty i stopniowo szukamy czegoś mocniejszego, a na końcu wstrzykujemy heroinę. Teraz heroinę stosuje się na wiele sposobów - można ją połknąć jako tabletkę, można ją rozgnieść i wciągnąć do nosa, są też plastry. Na końcu jest jednak strzykawka. To prawda, że HIV już nie przeraża. Jeśli ktoś jest bardzo mocno uzależniony, to jedynie może bać się bólu. Bo ból odstawienny jest nieprawdopodobny. To doznania z niczym nieporównywalne.

Co może być straszakiem?

- Nie chodzi o to, by straszyć. Widzimy, że HIV był straszakiem, ale tylko na chwilę, bo znalazły się inne sposoby przyjmowania tych substancji. Profilaktyka awersyjna po prostu nie działa. Trzeba zacząć profilaktykę z prawdziwego zdarzenia. Jeżeli zawczasu nie zwrócimy na to uwagi i nie zaczniemy pracować z młodzieżą u podstaw, to nic z tego nie będzie. Mimo że obserwujemy epidemię heroiny, to nie wszyscy po nią sięgają. Ostatnio czytałem, że w wyniku przedawkowania opioidowego w Stanach Zjednoczonych umiera codziennie 140 osób. 140 osób. Dzień w dzień. To ogromna skala.

A jak to wygląda w Polsce?

- Nie mam danych, nie mam statystyk i myślę, że jest o nie bardzo, bardzo trudno. Mam wrażenie, że nie zależy nam specjalnie na dostrzeżeniu problemu. Cały temat narkotyków i narkomanii jest przeniesiony na Monar i inne podobne organizacje. Nie ma akcji pt. "Nie pal marihuany za kółkiem, bo to tak, jakbyś jechał pod wpływem alkoholu". Chyba nie dostrzegamy powagi sytuacji. Nie zadajemy pytań. Dlaczego ludzie w ogóle sięgają po narkotyki? Pojawia się np. heroina w grupie 10 chłopaków. Ilu ją weźmie? Dwóch? Trzech? Pięciu? Ok. Ale jednak ktoś jej nie weźmie! Dlaczego? Bo ma zupełnie inną konstrukcję, sformułowany system wartości, sens życia, cel. Inni natomiast biorą. I o to tu chodzi. Profilaktyka na poziomie kształtowania świadomości samego siebie jest bardzo słaba. W USA to się udaje, bo oni są pragmatyczni - dla nich wszystko przekłada się na dolary. Narkomania to straty - muszą ponieść koszty leczenia, ratowania ludzi, terapie. To ogromne kwoty. W ten sposób powstał zresztą w Chicago, w Haymarket Center, program dla bezdomnych, uzależnionych Polaków. Amerykanie uznali, że koszty bezdomności polskich mężczyzn, którzy żyją na ulicach, są większe, niż zafundowanie im 28 dni terapii. Amerykanie szybko sobie kalkulują i wychodzi im, że coś trzeba z tym problemem zrobić. My chyba jeszcze nie umiemy tego tak przeliczać. Dalej u nas funkcjonują wielomiesięczne terapie, refundowane z funduszu. Nadal terapia w Monarze trwa 18 miesięcy. Który kraj na to stać? A poza tym, niech pan spróbuje się tam dostać...


Według danych CBOS 17 proc. polskich dzieci, mówiąc bardzo ogólnie, miało kontakt z narkotykami. To dużo?

- To bardzo dużo! Pytanie jest inne - co jest tym narkotykiem? Z mojego doświadczenia wynika, że pierwszym narkotykiem, którym odurzają się młodzi ludzie, jest papieros. To substancja, która otwiera bramy na inne. Gwarantuję, że dzieciom na wakacjach o wiele łatwiej podprowadzić ojcu papierosa niż kupić amfetaminę. Pamiętam sytuację z Biskupca, gdzie dzieciaki bawiły się w zażywanie narkotyków przez wciąganie do nosa kwasku cytrynowego. Wszystko się wydało, bo błony śluzowe były podrażnione, krew leciała z nosa... Ale odruch już jest. Inna sprawa, że większość z tych dzieciaków już wcześniej popalała papierosy. Myślę więc, że dane, o których pan mówi, są niedoszacowane. Ten procent jest za niski, bo dzieciaki w podstawówkach palą i to jest dramat. A papieros wciąż w tych zestawieniach jest niedoceniany.

Nie jest tajemnicą, że był pan uzależniony. W jednym z wywiadów przekonuje pan jednak, że nie mówi o sobie podczas pogadanek w szkołach, "bo pana narkotyki to już prehistoria. Teraz są inne".

- Heroina wraca, ale to zupełnie coś innego od tego, co ja brałem. Mówię, że byłem na tamtym froncie i brałem narkotyki, nie mówię natomiast, że robiłem kompot i jeździłem za słomą po wsiach, bo oni tego zupełnie nie rozumieją. Nadal na naszym terenie, na szczęście, słowo "heroina" budzi ogromny lęk. Ona idzie jednak tak, jak inne narkotyki kiedyś - przez duże miasta. Są już inne narkotyki na wsiach, niemal wszystkie, ale heroina wciąż budzi strach. Jeśli jednak jako społeczeństwo nie zrozumiemy, że trzeba działać, z czasem zacznie pojawiać się i tam.

Mówi pan, że młodzi ludzie sięgają po narkotyki, bo chcą oderwać się od dynamicznie zmieniającego się świata. Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim internet?

- Internet ma związek, ale z dostępnością. Łatwiej wejść w posiadanie narkotyku. Przede wszystkim młodzi ludzie mają zaburzoną tożsamość. Kim ja jestem i po co? Jaki jest mój cel? Jaki mam system wartości? Dlaczego tak łatwo jest położyć mój system wartości na szali z narkotykiem lub innym badziewiem? U nas ma to duże znaczenie. Pracuję z dzieciakami w szkołach i mówią: "skończę szkołę i jadę do Holandii". "Skończę szkołę i wyjeżdżam do Niemiec". To taki brak przynależności. Nie chodzi mi tylko o przynależność narodową, ale także do rodziny. Często nie mamy czasu dla dzieci, bo dużo pracujemy, wyjeżdżamy do pracy, ciągle gonimy. Dzieci zostają w domu z internetem i czytają to, co tam się pojawia. A wiemy, że internet jest jak rwąca rzeka szamba, a tam obok ważnych informacji, są też śmieci.

Ten "zaburzony system wartości" to wina rodziców czy szkoły?

- Świata dorosłych. Szkoła ma za zadanie uczyć, ale też jest postawiona na głowie, bo edukacyjne programy są bardzo napięte i nawet tam czasem nie da się wszystkiego zrealizować. Szkoła jest niewydolna, bo sama nie ogarnia tego, co stworzyła. A dom? Musimy pracować. W związku z tym dzieci nie mają autorytetów.

Gdy spojrzy pan całościowo na, nazwijmy to, świat narkotykowy w Polsce, ma pan więcej obaw, czy nadziei?

- Obaw. Zdecydowanie. Przemykają nam rzeczy, których nie zauważamy. Wydaje nam się, że "ktoś" się tym zajmie. Jeżeli na świecie miliard ludzi jest uzależniony od nikotyny, to dla mnie jest to dramat. W Europie rocznie 19 tys. osób, które nigdy nie paliły papierosów, umiera z powodu chorób odnikotynowych. Nie widzimy, jakie spustoszenie robią nikotyna i alkohol. Mówimy, że "nie zabijają jak heroina". Zapominamy, że często są prekursorem, otwieraczem drzwi do innych substancji odurzających. To mnie napawa obawą.

Papierosy i alkohol to przecież akcyzy, pieniądze.

- Właśnie dlatego nikomu nie zależy. Za wszystkim idą pieniądze. Dlatego muszę pracować w skali lokalnej, w skali mikro. Mam ośrodek w Pustnikach, to bardzo mała miejscowość na Mazurach. Mam tu robotę do wykonania. W okolicznych szkołach, okolicznych miejscowościach, o których nikt nie słyszał. Jeżeli nie będziemy robić tego w skali mikro, to nie osiągniemy nic w skali globalnej. Bo nikomu na tym nie zależy. I to jest dramat.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje