Palcem po okładce

- Przyszła do nas mama z maluchem, który dostał książeczkę. Próbował przesuwać strony palcem, po okładce, a one się nie przewracały. Myślał, że ma przed sobą smartfon lub tablet – opowiada Interii Marta Badowska z Polskiego Towarzystwa Dysleksji. Liczba dyslektyków w Polsce, a także dzieci z innymi orzeczeniami i opiniami, rośnie w gigantycznym tempie. Eksperci nie mają wątpliwości i biją na alarm: będzie jeszcze gorzej.

Nauczyciel w jednej z wiejskich szkół w Małopolsce: - W poniedziałek zaczynamy omawiać "Akademię Pana Kleksa". Jesteście gotowi? Damian, ile stron już przeczytałeś?

Reklama

- 30 minut - odpowiada Damian.

- 30 minut? Codziennie czytasz przez 30 minut?

- Nie. Właśnie tyle słuchałem audiobooka.

Długa przerwa w tej samej szkole, kilka dni później. Do dyżurującego na korytarzu nauczyciela języka polskiego i wychowawcy klasy podchodzi mama jednego z uczniów.

- Czekamy na opinię - mówi.

- Jaką opinię?

- Z poradni. Bo Kajetan chyba ma dysleksję. Nie chce mu się czytać. Bardzo się przy tym męczy. To po co mu to? Dostanie opinię i będzie mu łatwiej.

Mama Kajetana i jej podobni

Takich rodziców, jak mama Kajetana, jest coraz więcej. Być może wynika to z ich troski o dzieci, a być może po prostu są nieodpowiedzialni. Tak czy owak, do poradni psychologiczno-pedagogicznych ustawiają się kolejki, jakie jeszcze niedawno były nie do pomyślenia.

W kropce są pedagodzy i terapeuci, którzy widząc ucznia mają wyraźne podstawy, by opinię wystawić. Często tego nie chcą, zachęcają rodziców do pracy z dzieckiem, ale ci nie mają na to czasu. Są też terapeuci, którym nie zależy. Opierają się na badaniach, dokumentach, zaleceniach - a jeśli wszystko wskazuje, że dziecko może być dyslektykiem, stawiają odpowiednią pieczątkę. Tym bardziej, że przemiał jest zdecydowanie większy niż jeszcze lata temu.

- Różnych opinii, nie tylko dotyczących dysleksji, jest coraz więcej. Ta tendencja będzie wzrostowa. Z różnych względów. Po pierwsze we wszystkich środowiskach, nawet tych które kiedyś były zaniedbane - mam na myśli mniejsze ośrodki - coraz więcej osób interesuje się tym, dlaczego dziecko ma kłopoty z czytaniem i pisaniem. Po  drugie mamy coraz lepsze narzędzia do diagnozy. Badacze na całym świecie pracują, by narzędzia były jak najbardziej dokładne i nowoczesne. Po trzecie zmienia się podejście, bo taki uczeń to już nie jest "osioł i leń" - a takie było mniemanie. Już nie jest to powód do wstydu, że dziecko ma kłopoty. Wcześniej w pewnych środowiskach uzyskanie opinii często spotykało się z ulgą: "mam dysleksję, to teraz nie muszę nic robić". Teraz jest inaczej - przekonuje w rozmowie z Interią Marta Badowska z Polskiego Towarzystwa Dysleksji.

Co mówią liczby?

Dane dotyczące dyslektyków wśród dzieci nie są tajemnicą. Najdokładniejszym wskaźnikiem może być sprawdzian po szóstej klasie szkoły podstawowej w 2016 roku (w tym roku go nie było ze względu na reformę edukacji).

Jeszcze w 2011 roku w skali kraju było nieco poniżej 10 proc. (9,7) szóstoklasistów z dysleksją. W 2016 roku było ich już o połowę więcej - 14,2 proc. Co roku przybywa więc uczniów z dysleksją - mniej więcej o 1 proc.

Gdy spojrzy się na dane liczbowe, statystyka wygląda jeszcze bardziej przerażająco. Spośród ponad 336 tys. aż 47 tys. szóstoklasistów miało dysleksję rozwojową. Można więc przyjąć, że co roku przybywa nam 3,5 tys. nowych dyslektyków w jednym tylko roczniku! A prognoza jest okrutna.

Palcem po okładce

- Będzie tego więcej, bo dzieci mają teraz zupełnie inne postrzeganie świata. Są cyfrowymi tubylcami, zrodzili się w tych technologiach, a my musimy wyjść im naprzeciw. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy mieli wszystkie dzieci z opiniami. Bo najmłodsi mają problemy z uczeniem się czytania i pisania tym stylem, który chcemy im narzucić - zauważa Badowska i podaje przykład.

- Dzieci dwuletnie, trzyletnie wyciągają smartfona i tym małym paluszkiem jeżdżą po jego ekranie. Potrafią włączyć sobie ulubioną aplikację mając dwa lata, a często takie dziecko nigdy nie miało papierowej książki w ręce. Podam autentyczny przykład z naszego podwórka - przyszła do nas mama z maluchem, który dostał od nas książeczkę. Próbował przesuwać strony palcem, a one się nie przewracały. Znak czasów - rozkłada ręce specjalistka.

Zmienić musi się podejście wszystkich - systemu edukacji, który jest przestarzały, poradni psychologiczno-pedagogicznych, które często są tylko narzędziem w rękach rodziców. Rodziców, którzy zbyt chętnie idą na łatwiznę.

Być może jednak nie ma takiej woli?

Grzegorz Całek z Polskiego Towarzystwa Zespołu Aspergera nie ma wątpliwości, że taki stan rzeczy i rosnąca w zatrważającym tempie liczba różnego rodzaju opinii i orzeczeń jest na rękę wszystkim.

- Rodzicom, bo są zadowoleni, że wreszcie problemy, które ma ich dziecko, zostały zdiagnozowane i nazwane - Całek zaczyna wyliczankę. - Poradniom, które chętnie diagnozują, a w ten sposób potwierdzają, że są potrzebne. Szkołom, bo dostają na dzieci z opiniami dodatkowe etaty. Organom prowadzącym szkoły, bo na każde dziecko, np. z zespołem Aspergera, dostają duże dofinansowanie. Prywatnym gabinetom, bo rodzice z dzieckiem z zaburzeniami szukają ratunku i wyłożą każde pieniądze na ich terapię.

Plaga opinii i orzeczeń

Problem rosnącej liczby opinii i orzeczeń to nie tylko kwestia dysleksji. Całek na co dzień zajmuje się zespołem Aspergera, który w ostatnich latach staje się coraz "popularniejszy".

- Liczba dzieci ze zdiagnozowanym zespołem Aspergera rośnie. Choć wynika to nie tylko z faktycznie rosnącej ich liczby, ale - że tak powiem - "mody". Kiedyś była moda na ADHD, od kilku lat coraz chętniej diagnozuje się zespół Aspergera - uważa Całek, który wbija szpilkę poradniom psychologiczno-pedagogicznym.

- Można mieć wrażenie, że coraz bardziej zawęża się zakres zachowań dzieci, które określa się jako "normę", a jakiekolwiek odchylenia, które jeszcze 5, 10 czy 15 lat temu były w normie, dziś łatwo, zbyt łatwo, kwalifikuje się jako ADHD czy właśnie zespół Aspergera - dodaje Całek.



O szczegółowe dane dotyczące liczby uczniów z zespołem Aspergera, autyzmem, ADHD czy innymi zaburzeniami jest trudniej niż o statystyki dotyczące dysleksji. Z tego też powodu ciężko oszacować, jaka jest rzeczywista liczba wszystkich polskich uczniów z zaburzeniami. O doświadczenia zapytaliśmy nauczycieli.

- Uczę języka polskiego w czterech klasach. Każda liczy od 22 do 26 uczniów. I w każdej mam przynajmniej dwie osoby z orzeczeniem, a w jednej z nich aż pięciu takich uczniów. Tych z dysleksją nie liczę - mówi pani Beata spod Krakowa.

- W naszej szkole, która liczy poniżej 100 uczniów, mamy ośmiu dyslektyków i tylko jedną dziewczynkę z zespołem Aspergera - przekonuje z kolei pan Andrzej, wychowawca i nauczyciel historii z Lubelszczyzny.

"Ometkowani"

Badowska: - Kiedyś mówiliśmy, że ruchliwe dziecko to "żywe srebro". Dziś ma opinię o ADHD. Jeśli dziecko nie lubi innych dzieci za bardzo, mówiliśmy na nie "samotnik". Dziś proszę - Asperger. "Metkujemy" te dzieciaki. Nie pozwalamy im na płynny rozwój, by ścierały się środowiskowo, tylko od razu wchodzą do klasy z orzeczeniami, opiniami. Proszę zobaczyć ile nauczyciel w klasie ma dokumentów? Prawie każde dziecko ma "ometkowane".

O "metki" jest bardzo łatwo. Badanie w poradni to najczęściej dwa kilkugodzinne spotkania. Opinię wystawia się 30 dni od zakończenia procedury. Często bywa tak, że można ją dostać nawet po dwóch tygodniach. Poradnia może też zlecić dodatkowe badania - u okulisty, foniatry, neurologa czy laryngologa, a wtedy czas oczekiwania się wydłuża - nawet do pół roku. A po wszystkim "metka" ląduje w teczce ucznia.

Łukasz Szpyrka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje