Totalitaryzmy w polskiej szkole

Neonaziści, którzy świętowali urodziny Adolfa Hitlera w lesie w Wodzisławiu Śląskim, nie odrobili pracy domowej z historii. Czy szkoła mogła ich nie nauczyć, jakie zło wyrządził ich idol? – Nie ma takiej możliwości. To kompletnie absurdalne – przekonują nauczyciele historii.

Po materiale TVN, który ukazał bulwersujące kulisy działania neonazistów w Polsce, w kraju rozpętała się burza. Zareagował prezydent, premier, minister sprawiedliwości i minister spraw wewnętrznych. Wszczęto śledztwo. Kolejni neonaziści systematycznie zostają zatrzymywani.

Reklama

Rodzi się jednak pytanie, skąd wzięli się ci ludzie, którzy świętują urodziny Adolfa Hitlera w kraju, który boleśnie doświadczył zbrodni nazistowskich? Jak ci ludzie mogą zestawiać uwielbienie do Adolfa Hitlera z troską o los ojczyzny? Czy brakuje im wiedzy, wykształcenia? Czy może mają zaburzone zdolności odróżniające dobro od zła? A być może, w co trudno uwierzyć, nigdy nie słyszeli o zbrodniach hitlerowskich Niemiec?

- Nie ma takiej możliwości. Na pewno słyszeli kim jest Adolf Hitler, skoro życzyli mu wszystkiego najlepszego - uważa Jacek Staniszewski, wieloletni nauczyciel historii, współtwórca bloga DoKlasy.pl.

- Są pewne rzeczy, których nawet nie musimy nabywać w szkole, które znamy tak po prostu. Jedną z nich jest to, jaka jest stolica Polski, a inną, że była II wojna światowa i kim był Adolf Hitler. To elementarna wiedza - dodaje.

Mogli nie zdążyć?

Od lat dużym problemem w nauczaniu historii w szkołach jest chronologia. To przez nią kolejne pokolenia uczą się według jednego schematu - zaczynają od starożytności, a kończą na czasach współczesnych. I tak w kółko na trzech etapach kształcenia - w szkole podstawowej, gimnazjum i szkole średniej. Czasem bywa tak, że nauczyciel nie zdąży zrealizować wszystkich tematów, a co za tym idzie - może nie dojść do czasów II wojny światowej, która umiejscowiona jest na końcu cyklu.

- Studiuję historię, bo to moja pasja. W szkołach jednak ciągle wpadaliśmy w jedną pułapkę. Przechodziliśmy od starożytności, przez średniowiecze i wojny XVII-wieczne do początku XX wieku. Mieliśmy doskonale opanowane tematy Polski Piastów, wojen napoleońskich czy odzyskania niepodległości. Druga wojna światowa była jednak traktowana trochę pobieżnie, bo zazwyczaj zbliżał się koniec roku szkolnego - opowiada Arkadiusz, student historii z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

- Nie jest jednak tak, że o Hitlerze nie słyszeliśmy. Nawet jeśli tamte tematy były traktowane trochę pobieżnie, to i tak nazwisko Hitlera przewijało się co kilka lekcji. Zawsze pojawiały się zajęcia o nazistach i faszystach. Zawsze było to omawiane w negatywnym kontekście - dodaje Arkadiusz.


Filmy i wycieczki do Auschwitz

Pani Maria, doświadczony nauczyciel z Krakowa, przyznaje, że przed reformą edukacji w 1999 roku było łatwiej o pełną realizację planowanych treści. W klasach IV-VI było to nieco trudniejsze, ale kluczowe tematy, jak np. totalitaryzmy, musiały się pojawić.

- W ośmioklasowych szkołach podstawowych, do których teraz wracamy, cała ostatnia klasa była poświęcona drugiej wojnie światowej i czasom współczesnym. Totalitaryzmy były doskonale opracowane, było na to dużo czasu. W dodatku w szkole, w której pracowałam, w ósmej klasie mieliśmy obowiązkową wycieczkę do Auschwitz - wspomina pani Maria.

Wiele zależy od nauczyciela. Od jego kreatywności i zaangażowania. Sam temat totalitaryzmu nie musi być omawiamy schematycznie - na jednej lekcji, przez 45 minut.

- Ten temat cały czas wraca! Ja z uczniami oglądałam m.in. "Dzienniki Anny Frank", "Katyń", ale też dokumentalne filmy, które czasem były dołączane do czasopism historycznych. W dodatku w większym mieście łatwo trafić na jakąś ciekawą wystawę poświęconą drugiej wojnie. Najlepiej jednak o bolesnych doświadczeniach tych czasów opowie żywy świadek historii, których często zapraszamy do szkoły - dodaje pani Maria.

- Totalitaryzm to jeden z tematów, który na pewno się omawia. W szkole zawsze mówiło się i mówi o faszyzmie, nazizmie i stalinizmie. To jeden z klasyków. Jeśli już nauczyciel historii musi coś opuścić, to na pewno nie totalitaryzm - podkreśla Staniszewski.

Skąd więc w takim razie zafascynowanie Adolfem Hitlerem wśród zdemaskowanych neonazistów z Wodzisławia Śląskiego? Wydaje się, że z nazizmem nie mogli się nie spotkać w procesie edukacji.

Totalny idiotyzm

- Nie szukałbym ich źródeł fascynacji czy niewiedzy w szkole. Ich zawołania typu: "niech żyje państwo polskie i Adolf Hitler" wskazywałyby, że nie wiedzą, co się do nich mówiło w szkole albo rozumieją to opatrznie. To jest takie irracjonalne, że się w głowie nie mieści. Jeśli jeszcze można zrozumieć ruchy narodowe, jako byt, jako jakąś kontynuację polskiego ruchu narodowego sprzed II wojny światowej, która była zafascynowała faszyzmem, akurat tego się nie da zrozumieć. Z punktu widzenia nauczyciela pewne rzeczy są oczywiste. Staram się zrozumieć skąd się bierze połączenie, którego nie da się racjonalnie połączyć? Skąd ta sprawa pomieszania w głowach? Nie widzę wytłumaczenia. Jedynym jest chyba totalny idiotyzm. Ci panowie poszli za daleko - dodaje Staniszewski.

Staniszewski uczy w szkole od 1996 roku. W pamięci wraca do uczniów, których spotkał w przeszło dwudziestoletniej karierze nauczycielskiej.

- Uczniów zafascynowanych Hitlerem nigdy nie spotkałem. Myślę, że niewielu nauczycieli spotkało. Od kilku lat widać natomiast wśród młodzieży licealnej lekkie odejście w prawo. Coraz mniej ludzi obawia się powiedzieć wprost, że są nacjonalistami. Jeżeli nawet kiedyś dzieciaki miały takie poglądy, to wiedziały, że nie wypada tego mówić. Natomiast osoby o tak skrajnych poglądach, jak ci panowie z Wodzisławia Śląskiego, nie spotkałem nigdy w życiu - dodaje.

- Rozmowa z tymi ludźmi byłaby fascynującą rzeczą, bo to jest coś tak nieprawdopodobnego, że trudno to pojąć - kończy Staniszewski.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje