Przeżyły dramat, dochodzą do siebie dzięki Polakom. Korespondencja Interii z Ukrainy

Zajęcia w świetlicy finansowanej przez Polską Akcję Humanitarną /Marcin Ogdowski /INTERIA.PL

W Berdiańsku, oddalonym od linii frontu o sto kilometrów, przebywa w tej chwili 16 tysięcy uchodźców z Donbasu. Przed wojną miasto liczyło sobie 160 tysięcy mieszkańców. - Przesiedleńców widzimy praktycznie na każdym kroku - mówi Julia Dojnowa, wicemer. - Ale podchodzimy do nich z maksymalną życzliwością - zapewnia. - Wiemy, co przeżyli, i że tak naprawdę nie chcieliby tu być.

Reklama

Lokalne władze wręcz zabiegają o to, by niektórzy uciekinierzy pozostali w mieście. Tak jest z "przyjaciółmi z Doniecka", jak określa się grupę lekarzy o unikalnych specjalnościach, którzy zjawili się w Berdiańsku po wybuchu wojny.

- Nie mieliśmy dotąd urologów - podaje przykład wicemer Dojnowa. - Wydzieliliśmy z zasobów komunalnych budynek na mieszkania i gabinety, w zamian doktorzy część swoich usług świadczą nieodpłatnie. Lecz najważniejsze jest to, że mamy ich na miejscu.

Na wschodniej Ukrainie podróż między miastami liczy się nie kilometrami, a godzinami niebezpiecznego off-roadu - łatwo zatem zrozumieć, dlaczego tak ważni są "swoi" specjaliści.

Uchodźcy i "uchodźcy"

Reklama

Jednak "przyjaciele z Doniecka" to jeden z nielicznych przykładów, kiedy lokalne społeczności zyskują na uchodźczej fali. Generalnie bowiem jest to poważne obciążenie - przede wszystkim dla budżetów małych i średnich miast. Niewielkie rynki pracy nie są w stanie wchłonąć tysięcy nowych pracowników.

- Większość dorosłych przesiedleńców nie pracuje - mówi Julia Dojnowa. - Ci ludzie żyją z pomocy państwa i organizacji humanitarnych.

Kosztuje nie tylko sama pomoc, ale też system jej dystrybucji, który wymaga dodatkowych etatów w departamentach zajmujących się uchodźcami.

- Ludzie się rejestrują, ale nie zawsze są prawdziwymi przesiedleńcami - opowiada wicemer Dojnowa. - Przypadki oszustw zmuszają nas do kontroli, przede wszystkim tego, czy dana osoba mieszka we wskazanym miejscu.

Wyłudzający działają wedle następującego schematu: rejestrują się w którymś z ukraińskich miast, podbierają świadczenia, ale tak naprawdę wciąż żyją na terenach zajętych przez separatystów (istnieje możliwość regularnego przekraczania tak zwanej linii rozgraniczenia).

Odzyskane dzieciństwo

Lecz pieniądze od władz z Kijowa, które płyną do regionów przylegających do Strefy Działań Antyterrorystycznych, tylko w niewielkim stopniu załatwiają potrzeby uchodźców. Ci przede wszystkim bazują na własnej przedsiębiorczości oraz dobrej woli prywatnych osób i firm. Gros zobowiązań podjęły też organizacje pomocowe z całego świata, w tym Polska Akcja Humanitarna (PAH).

W Berdiańsku dzięki Polakom powstała świetlica dla przesiedleńców. PAH płaci za wynajem budynku, za media, finansuje też pensje czterech pracowników zajmujących się najmłodszymi uchodźcami. Każdego dnia z placówki korzysta pięćdziesięcioro dzieci, które poza opieką mają zapewnione darmowe posiłki.

Część problemów z bezrobociem wśród uchodźców - zwłaszcza kobiet - bierze się z niemożności zorganizowania opieki dla własnych dzieci. Stąd ów pomysł na świetlicę. Ale zapewnienie rodzicom większej dyspozycyjności to nie jedyna korzyść płynąca z prowadzenia berdiańskiej placówki. Jej wychowankowie mają za sobą traumę ostrzałów, bombardowań, ucieczki, życia na wygnaniu. Takie doświadczenia nie pozostawały bez wpływu na zachowania dzieci.

- Zamykały się w sobie - mówi Julia, przed wojną psycholog w jednej z donieckich szkół, dziś wychowawca w świetlicy. - Nie chciały opuszczać łóżek, chodzić do szkoły, bawić się. Apatia, agresja; dużo bólu i cierpienia. Dziś już tych problemów nie ma. Świetlica sprawiła, że udało nam się odzyskać dla naszych maluchów chociaż trochę dzieciństwa.

Marcin Ogdowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje