​Afganistan: Wojna nie do wygrania

Kandahar, 2010 r. /AFP

Prezydent USA Donald Trump ogłosił nową amerykańską strategię dla wojny w Afganistanie. Ofensywa rozpoczęta w 2001 roku miała położyć kres islamskiemu terroryzmowi.

Reklama

Donald Trump bynajmniej nie ukrywa, że dostosował nową strategię do oczekiwań Pentagonu. Dowódcy w Afganistanie będą mieli teraz większą swobodę w podejmowaniu działań wymierzonych we "wrogów Ameryki".

"Mikrozarządzanie z Waszyngtonu nie wygrywa bitew" - argumentuje prezydent USA.

Reklama

Liczba oddziałów w Afganistanie będzie od teraz uzależniona od oceny sytuacji na miejscu. Oceny tej będą dokonywać dowódcy. Skończy się odgórne ustalanie liczebności kontyngentu na dany okres przez administrację. 

Nie będzie już ogłaszania (i przesuwania) terminów planowanego wycofania z Afganistanu.

"Wielokrotnie podkreślałem, że Stany Zjednoczone nie mogą ogłaszać dat rozpoczęcia i zakończenia operacji wojskowych" - zaznaczył Trump.

Wedle nowej strategii, Amerykanie wyjdą, kiedy uznają to za stosowne, a nie w terminie, który został założony z góry. Ale na razie wychodzić nie zamierzają, bo - według słów prezydenta - oznaczałoby to stworzenie przestrzeni dla terrorystów.

"Być może pewnego dnia, w wyniku skutecznego działania wojsk, możliwe będzie porozumienie z Talibanem, ale nikt nie wie, czy i kiedy to się wydarzy" - ocenia prezydent USA.

"Doktryna Trumpa" - jeśli możemy o czymś takim mówić - zrywa także z naiwną koncepcją budowania państwa na wzór i podobieństwo Ameryki. Stany Zjednoczone rezygnują więc z "wprowadzania demokracji". Żołnierze nie będą niczego budować ani odbudowywać - teraz mają po prosu walczyć. Zabijać.

Donald Trump wyznaczył następujące cele dla interwencji w Afganistanie: "zniszczenie ISIS i Al-Kaidy, uniemożliwienie talibom przejęcia władzy i powstrzymanie masowych ataków terrorystycznych przeciwko Ameryce".

"Będziemy walczyć i zwyciężać (...). Zabijamy terrorystów" - wzniośle zakończył Donald Trump.

Wojna z terrorem

20 września 2001 roku, dziewięć dni po zamachach z 11 września, George W. Bush ogłosił "wojnę z terrorem". Przemówienie było pięknie napisane i stawiało podwaliny pod interwencję w Afganistanie, która rozpoczęła się 7 października.

"Skierujemy wszystkie zasoby w naszym posiadaniu - wszystkie środki dyplomatyczne, wywiadowcze, siłowe, finansowe, wszystkie konieczne narzędzia wojenne - i zniszczymy globalną sieć terrorystyczną" - zapowiedział ówczesny prezydent USA.

"Ograbimy terrorystów z ich funduszy, sprawimy, że staną przeciwko sobie, będziemy ich ścigać w każdej kryjówce tak, że nie zaznają ani chwili spokoju" - mówił Bush junior.

"Wojna z terrorem zaczyna się od Al-Kaidy, ale nie kończy się na niej. Zakończy się wówczas, gdy każde ugrupowanie terrorystyczne zostanie odcięte od funduszy, zastopowane i pokonane. Obywatele, na przemoc odpowiemy cierpliwą sprawiedliwością, przekonani o słuszności naszej sprawy i pewni naszych zwycięstw. Niezależnie od tego, czy pociągniemy naszych wrogów do odpowiedzialności czy też sprawiedliwość zastanie ich wcześniej - sprawiedliwości stanie się zadość" - przemawiał.

Wystąpienie oklaskiwał cały Kongres (w tym Hillary Clinton), a także m.in. premier Wielkiej Brytanii Tony Blair.

Już wcześniej Kongres upoważnił prezydenta do interwencji zbrojnej w odpowiedzi na zamachy z 11 września. Jedyną osobą, która zagłosowała przeciw, była członkini Izby Reprezentantów Barbara Lee; z biegiem lat stała się ona ikoną ruchów pacyfistycznych.

Drżącym głosem, oddając hołd ofiarom zamachów, oceniła, że interwencja zbrojna nie zapobiegnie kolejnym atakom terrorystycznym. Podkreśliła, że moralny imperatyw nie pozwala jej głosować "za".

Terminem "wojny z terrorem" - choć odżegnywała się od niego administracja Baracka Obamy - opisywano również interwencje w Iraku, Jemenie, Pakistanie, Libii i Syrii.

Terroryzm ma się świetnie

16 lat po ogłoszeniu wojny bez cienia wątpliwości można ocenić, że jej cele nie zostały zrealizowane. Sytuacja związana z rozwojem dżihadystycznego terroryzmu jest w każdym aspekcie, w każdej statystyce gorsza, a interwencje dodatkowo zdestabilizowały sytuację na Bliskim Wschodzie - w Iraku czy w Syrii problemu terroryzmu przed interwencjami nie było.

Przypomnieć należy, że administracja amerykańska nie tylko usilnie wmawiała Irakowi posiadanie broni masowego rażenia, ale też rozpaczliwie próbowała dowodzić, że Saddam Husajn jest powiązany z Al-Kaidą - twierdzenia te nie miały żadnych podstaw. Również działania w Syrii sprzedawane są od kilku lat jako walka z terroryzmem, choć przecież Amerykanie otwarcie wspierali quasi-terrorystyczne ugrupowania walczące z reżimem Baszara el-Asada. 

- Osobiście nigdy nie zgadzałem się z samym terminem "wojny z terrorem". Nie rozumiem, jak można wypowiadać wojnę taktyce. Uważam, że Stany Zjednoczone oddaliły się od pierwotnego celu interwencji w Afganistanie, jaką było unieszkodliwienie Al-Kaidy i zapewnienie, że kraj ten nie będzie bezpieczną przystanią dla terrorystów. Interwencja przeobraziła się w niekończącą się walkę z hydrą - komentuje dla Interii dr Colin P. Clarke, ekspert ds. terroryzmu z uniwersytetu w Pittsburghu.

Bilans wojny w Afganistanie

Według szacunków organizacji IPPNW (International Physicians for the Prevention of Nuclear War), wojna w Afganistanie pochłonęła ponad 200 tys. ofiar, w tym ponad 20 tys. ofiar cywilnych. 

Zginęło również ponad 3400 żołnierzy międzynarodowej koalicji - to więcej ofiar niż w zamachach z 11 września.

Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych wylicza, że wojna w Afganistanie kosztowała amerykańskiego podatnika 841 miliardów dolarów. Są jednak szacunki mówiące o dwóch bilionach dolarów (Brown University).

Co za te pieniądze i za przelaną krew udało się osiągnąć? 

Optymiści, jak sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg, wskazują na obalenie rządu oskarżanego o sprzyjanie terrorystom, zlikwidowanie obozów Al-Kaidy, zabicie wpływowych dżihadystów (choć Barack Obama mówił raptem o 20 "zneutralizowanych" w Afganistanie kluczowych terrorystach), większy zakres wolności osobistych, powszechniejszą edukację i zwiększenie dochodu na głowę mieszkańca.

"Zrobiliśmy to, po co przyszliśmy. Afganistan jest silniejszy, a nasze kraje bezpieczniejsze" - cieszył się w 2015 roku Stoltenberg.

Ale twarde dane ONZ nie napawają optymizmem: liczba ofiar cywilnych konfliktu w ostatnich latach rośnie - 2016 rok był pod tym względem najbardziej tragiczny (ponad 11 tys. cywilów zginęło lub zostało rannych). Ponadto po rozpoczęciu interwencji międzynarodowej koalicji 20-krotnie wzrosła w Afganistanie liczba zamachów. Taliban jest natomiast najsilniejszy od 2001 roku. Afganistan jest przy okazji najbardziej skorumpowanym krajem na świecie. Lideruje w jeszcze jednej statystyce - produkcji opium.

You're doing it wrong, America

Sama koncepcja zlikwidowania terroryzmu przy pomocy wojska - którą tak zręcznie nakreślił George W. Bush - jest błędna.

Jak wynika z raportu think-tanku RAND Corporation, który przeanalizował 648 grup terrorystycznych funkcjonujących w latach 1968-2006, tylko siedem procent z nich udało się unicestwić przy pomocy siły miliatarnej. Znacznie efektywniejsze są działania organów porządku publicznego (a do tego potrzeba silnego, a nie zdestabilizowanego państwa), zwłaszcza policji, narzędzia wywiadowcze i negocjacje pokojowe, choć w przypadku dżihadystów, zważywszy na ich cele, akurat przestrzeni do negocjacji nie ma żadnej.

Raport stwierdza także, iż "użycie siły militarnej nie przyczyniło się w większym stopniu do osłabienia potencjału Al-Kaidy". Po 11 września organizacja przeprowadziła więcej zamachów niż w całej swojej historii.

To nie jest kwestia jednego raportu. Eksperci ds. terroryzmu i Bliskiego Wschodu przekonują, że nieskuteczność interwencji zbrojnych w walce z terroryzmem to naukowy konsensus. Według nich najskuteczniejsza strategia to przede wszystkim zdiagnozowanie i zajęcie się problemami, które przyczyniły się do powstania określonych grup terrorystycznych, a nie skreślanie kolejnych nazwisk z listy najbardziej poszukiwanych.

Paradoks interwencji wojskowych polega na tym, że im bardziej się terrorystów zwalcza, tym większa jest ich determinacja, tym skuteczniej działa ich propaganda i tym więcej osób są w stanie zrekrutować. Zachodowi nie pomaga też dotychczasowa polityka wobec regionu.

Na Bliskim Wschodzie - a mówimy o 350-400 milionach ludzi - 70 proc. mieszkańców ma mniej niż 30 lat. Ich doświadczenie naznaczone jest kolejnymi interwencjami Zachodu: w Zatoce Perskiej, Afganistanie, Iraku, Libii, Syrii. Wszystkie z Amerykanami w roli głównej. To wytwarza społeczną ściółkę dla organizacji terrorystycznych, których antyamerykańska i antyzachodnia propaganda trafia na podatny grunt. Wspomniany raport RAND stwierdza jasno: obecność zachodnich wojsk w muzułmańskich państwach znacząco wzmacnia rekrutację do grup terrorystycznych.

Wojna partyzancka

W swoim przemówieniu Donald Trump przedstawił wojnę w Afganistanie jako walkę z dwoma głównymi wrogami: talibami i Al-Kaidą. To duże uproszczenie tego konfliktu, dokonane zapewne po to, by opinia publiczna otrzymała jasny przekaz, kto stoi po jasnej stronie mocy (Ameryka i NATO), a kto po ciemnej (terroryści i talibowie).

To proste równanie nie uwzględnia zróżnicowania kulturowego i etnicznego Afganistanu, nie wymienia mudżahedinów, Pasztunów, Tadżyków, Hazarów, Uzbeków, klanów i plemion, które nie są przecież obojętne wobec tego, co dzieje się w ich kraju.

Kluczowy w rysowaniu układu sił jest fakt, że Amerykanie nie podbili serc Afgańczyków - delikatnie rzecz ujmując - wobec czego postrzegani są jako okupanci. Wielu młodych Afgańczyków sięga po broń, by okupantowi się przeciwstawić, niezależnie od tego, czy robi to pod sztandarami talibów, Al-Kaidy czy np. w jakiejś mniejszej partyzanckiej grupie, powstałej właśnie po to, by z Amerykanami walczyć.

Ataki dronów - zimnych, bezosobowych, bezdusznych maszyn do zabijania - niejednokrotnie sprawiały, że całe wioski, doświadczone nalotem, zwracały się przeciwko Amerykanom. 

Niezależnie od tego, czy bomba trafia w rebelianta czy w niewinnego cywila, efekt w gruncie rzeczy jest podobny. Mówił o tym były dowódca wojsk w Afganistanie generał Stanley McChrystal w szerszym (niż drony) kontekście.

- Jeśli zabijemy dwóch na dziesięciu rebeliantów, nie oznacza to, że z tych dziesięciu pozostanie tylko ośmiu. Jest bardzo prawdopodobne, że w miejsce tych dwóch przyjdzie kolejnych dwudziestu. Krewni tych zabitych nie rozumieją, że ich bliscy dopuszczali się złych rzeczy. Wiedzą tylko, że jacyś obcy zabili im brata, muszą więc stanąć z nimi do walki - mówił McChrystal w 2010 roku w Berlinie. 

Amerykanie zawierają sojusze z lokalnymi watażkami o wątpliwej reputacji (takimi jak np. Abdul Razik), często przestępcami, mordercami, dilerami narkotyków, by zwalczać grupy dowodzone przez innych watażków. W takim układzie coraz trudniej jest wskazywać, kto jest tym dobrym, a kto tym złym.


Wreszcie, jak wynika z badań, kampania przeciwpartyzancka w krajach, w których panuje fasadowa demokracja, kończyła się sukcesem tylko w 15 proc. przypadków, więc i na tym odcinku trudno przewidywać, że Amerykanie wyjdą z Afganistanu jako triumfatorzy.

Zła wojna w niewłaściwym kraju

Wojna w Afganistanie to najdłuższa w historii wojna z udziałem Stanów Zjednoczonych. Nowa strategia nakreślona przez Donalda Trumpa pozwala ciągnąć ten konflikt w nieskończoność. Konflikt, który nieżyjący już korespondent wojenny Michael Hastings podsumował słowami: "Prowadziliśmy złą wojnę, w zły sposób, w dodatku w niewłaściwym kraju". Gdy pisał to zdanie, wydawało się, że po zabiciu Osamy bin Ladena Amerykanie lada moment z Afganistanu się wycofają.

Marc Sageman, były wpływowy oficer CIA, oceniał: "Wojna w Afganistanie nie leży w naszym interesie. Nie mamy tam nic do roboty".

Michał Michalak

Obserwuj autora na Facebooku

Dowiedz się więcej na temat: Afganistan

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje