Benoit Hamon, czyli 750 euro dla każdego

Benoit Hamon /AFP

49-letni Benoit Hamon najpierw wzniecił bunt przeciwko obecnie urzędującemu prezydentowi Francji, a następnie wbrew partyjnemu establishmentowi wygrał prawybory socjalistów. Do drugiej tury wyborów prezydenckich - sondażowo - brakuje mu pięciu punktów procentowych, bo o tyle wyprzedza go Emmanuel Macron.

Reklama

Przypomnijmy, że pierwsza tura wyborów prezydenckich we Francji odbędzie się 23 kwietnia.

Liderem każdego bez wyjątku sondażu jest Marine Le Pen z Frontu Narodowego, którą popiera nawet jedna trzecia Francuzów. Le Pen wydaje się być pewniakiem, jeśli chodzi o wejście do drugiej tury, i to z pierwszego miejsce.

Reklama

Co wydarzy się dalej? Tu zderzają się dwie narracje. Z jednej strony logika wydarzeń w świecie zachodu - Brexit, zwycięstwo Donalda Trumpa, popularność Geerta Wildersa, a jeszcze wcześniej zwycięstwo PiS w Polsce - każe upatrywać faworyta właśnie w antyimigrancko i antyunijnie nastawionej Le Pen.

Z drugiej strony wśród komentatorów wciąż panuje przekonanie, poparte sondażami, że ten, kto wejdzie do drugiej tury obok Le Pen, zostanie prezydentem. Czy i tym razem sondażownie się mylą? Niewykluczone.

Pretendentów do stawienia czoła Le Pen jest czterech: Emmanuel Macron, Francois Fillon, Jean-Luc Melenchon i Benoit Hamon.

Na fali ewidentnie jest centrysta Macron, który odłączył się od socjalistów, by założyć własny ruch En Marche! Były bankier łączy nastawienie proimigranckie z wolnorynkowymi i probiznesowymi poglądami na gospodarkę. Z kolei przyjaciel Władimira Putina, republikanin Francois Fillon traci z każdym dniem, a to za sprawą afery z zatrudnieniem własnej żony jego asystentki (zarzut: zatrudnienie było fikcją, a małżeństwo wzbogaciło się o ogromne kwoty).

Wiele się więc pisze o Macronie i Fillonie, a znacznie mniej o Hamonie.

Bunt przeciwko prezydentowi

Kandydat Partii Socjalistycznej na prezydenta pokonał w prawyborach byłego premiera Manuela Vallsa. Ten zarzucał Hamonowi, że jest bujającym w obłokach ideowcem, który pociągnie partię na dno.

Tyle że wcześniej socjalistów na dno pociągnął prezydent Francois Hollande z poparciem na poziomie 4 proc.

Benoit Hamon był u Hollande'a ministrem edukacji, ale w 2014 roku zbuntował się, twierdząc, że prezydent sprzeniewierzył się lewicowym ideałom - poszło przede wszystkim o próby "uelastycznienia" prawa pracy i przymilanie się wielkiemu biznesowi.

Hamon wystartował w prawyborach z ostrym, antykapitalistycznym przesłaniem. Nie spodobał się partyjnej wierchuszce, ale szeregowi działacze dostrzegli w nim nadzieję na odnowienie partii. Ugładzony, centrowy Valls przegrał wyraźnie. Hollande natomiast już wcześniej zrezygnował z ubiegania się o reelekcję.

Nowe lewice

Pakiet poglądów sprzedawany przez Hamona - m.in. konfrontacyjny kurs w stosunku do banków i korporacji - wpisuje go w nurt nowych lewic; należy tu wymienić przede wszystkim Partię Pracy pod wodzą Jeremy'ego Corbyna, hiszpański Podemos czy Berniego Sandersa za oceanem. Nowe lewice odwracają się od tzw. trzeciej drogi, a więc romansu z neoliberalizmem, i na nowo podnoszą postulaty propracownicze, atakując jednocześnie wielki biznes za chciwość i nadużycia.

Ale to niejedyny, choć istotny, punkt programu Benoit Hamona.

Kandydat socjalistów chce skrócić tydzień pracy do 32 godzin, obiecuje legalizację marihuany, zapowiada opodatkowanie... robotów i postuluje bezwarunkowy dochód podstawowy na poziomie 750 euro.

Krótszy tydzień pracy i opodatkowanie robotów to próba wybiegnięcia w przyszłość - Hamon uważa, że automatyzacja i cyfryzacja kolejnych aspektów życia społecznego to wyzwanie, na które trzeba odpowiedzieć już teraz.

Z kolei bezwarunkowy dochód podstawowy to obecnie bardzo modny postulat środowisk lewicowych świata zachodu. Postulat testowany obecnie przez Finów.

Pieniądze dla każdego

Zwolennicy bezwarunkowego dochodu podstawowego chcą, by państwo wypłacało "pensję" każdemu obywatelowi, niezależnie od tego, czy pracuje, czy nie. Promotorzy tego rozwiązania uważają, że każdemu człowiekowi, ze względu na samo bycie człowiekiem i obywatelem, należy zapewnić kwotę pozwalającą na godne życie. Innymi słowy: nikt, pracujący czy niepracujący, pracowity czy leniwy, nie zasługuje, by spać na dworcu. Dochód podstawowy - projekt, dodajmy, ogromnie kosztowny - ma zlikwidować biedę i zastąpić zasiłki. A także, to już przy okazji, pobudzić popyt wewnętrzny.

Czytelnik w tym momencie, co zrozumiałe, zaprotestuje - jeśli będziemy płacić ludziom za nic, to przestaną pracować. Wyhodujemy miliony zdemoralizowanych pasożytów. Finowie natomiast wierzą, że dotychczasowi bezrobotni dzięki tym pieniądzom będą się rozwijać, uczyć i podnosić kwalifikacje.

Brzmi to utopijnie, ale należy odnotować, że bezwarunkowy dochód podstawowy jest już realnym postulatem, o którym się dyskutuje i który się testuje.

Trzy przeszkody na drodze do drugiej tury

Czy i Francja pójdzie w tym kierunku? Najpierw Benoit Hamon musiałby pokonać Macrona, Fillona, a później, rzecz jasna, Marine Le Pen.

Trzy przeszkody mogą mu to uniemożliwić: po pierwsze, spuścizna prezydenta Hollande'a, która sprawia, że Francuzi mogą mieć po prostu dość socjalistów, odnowionych lub nie. Po drugie, z lewej strony podgryza Hamona europoseł Jean-Luc Melenchon, jak się o nim mówi - "hardkorowy lewicowiec". Wreszcie po trzecie, to przystojny Emmanuel Macron jest kandydatem, który owinął sobie media wokół palca i który uwodzi na wiecach.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje