Czego Schetyna mógłby się nauczyć od Corbyna

Grzegorz Schetyna, nieprzesadnie charyzmatyczny lider opozycji w Polsce /Adam Chelstowski /Agencja FORUM

W rytualnych utyskiwaniach na polską opozycję brakuje przykładów pozytywnych, bo za taki trudno uznać rozpaczliwe poszukiwania "polskiego Macrona". Wzorem do naśladowania może być za to brytyjska Partia Pracy, a więc opozycja, która wyszła z kryzysu i zdobywa coraz większe społeczne poparcie.

Reklama

Działalność laburzystów będziemy odnosić przede wszystkim do Platformy Obywatelskiej, było nie było - największej opozycyjnej partii w Polsce, ale i do Nowoczesnej, Polskiego Stronnictwa Ludowego czy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, a więc potencjalnych składowych tzw. zjednoczonej opozycji.

Zostawmy na boku fakt, że laburzyści i nasza rodzima opozycja funkcjonują w różnych systemach i w różnych warunkach: konserwatyści na przykład nie kwestionują podstaw samego ustroju i reguł gry, tak jak to robi Prawo i Sprawiedliwość. Ale to, co stanowi o sile laburzystów, można bezpośrednio skontrastować z indolencją polskich polityków.

Reklama

Mógłby ktoś powiedzieć: a co to za przykład, skoro Partia Pracy pozostaje w opozycji od 2010 roku? Trzeba jednak umieścić to w szerszym kontekście. Pod przewodnictwem Jeremy'ego Corbyna laburzyści wygrzebali się z głębokiego kryzysu, odrobili ponad 20 punktów procentowych straty, otrzymali najwięcej głosów (12,8 mln) od 20 lat i doprowadzili do utraty większości parlamentarnej przez Partię Konserwatywną. Obecnie laburzyści prowadzą w większości sondaży, a poparcie dla nich oscyluje między 41 a 43 proc.

Co więc takiego ma Partia Pracy, czego nie ma nie-zjednoczona opozycja w Polsce?

Corbyn

Przede wszystkim charyzmatycznego lidera. Gdy w 2015 r. Jeremy Corbyn obejmował funkcję szefa partii, słupki zaufania do niego wyglądały jeszcze gorzej niż w przypadku Grzegorza Schetyny. Miał przeciwko sobie większość mediów, również tych sympatyzujących z laburzystami. Mimo to zdołał przełamać niekorzystne sondaże i przekonać społeczeństwo, że warto mu zaufać. Wśród młodych stał się niemalże gwiazdą rocka, a tych starszych sukcesywnie przekonywał, że ma dla nich ofertę. Przede wszystkim jednak porywa tłumy na wiecach, łapie naturalny, bezpośredni kontakt z wyborcami i świetnie radzi sobie w ogniu pytań podczas wywiadów czy konferencji prasowych.

Tego samego nie można powiedzieć o Grzegorzu Schetynie, który upiera się, by opozycja miała właśnie jego twarz. Przemawia podczas protestów, chodzi do radia, chodzi do telewizji, występuje na briefingach w Sejmie. A im bardziej występuje, tym bardziej nie ufają mu Polacy. I nie powinien uskarżać się na nieprzychylność mediów, bo przecież w takich samych, jeśli nie gorszych, okolicznościach działał Corbyn. 

Wyobrażają sobie państwo tłumy wiwatujące na cześć Schetyny? Nawet najwierniejsi przyboczni Schetyny w PO nie są w stanie sobie tego wyobrazić. Z kolei wywiady z przewodniczącym wyglądają tak, że dziennikarz próbuje uzyskać jakikolwiek konkret, a Schetyna przez 15 minut wije się i powtarza, że "trzeba rozmawiać" i że "zobaczymy", a PiS jest najgorszy. W jakiej alternatywnej rzeczywistości trzeba się narodzić, by uważać, że takie rozmowy przyniosą wzrost notowań PO?

Tusk na białym koniu?

Najbardziej charyzmatyczną postacią po stronie opozycyjnej jest bez wątpienia Donald Tusk. Potrafi przemawiać, potrafi debatować, świetnie odnajduje się w kontakcie bezpośrednim (pamiętają państwo Tuskobus i ocieranie łez staruszkom?) i doprowadza do szału obóz rządzący. Wystarczył jeden wpis na Twitterze, by najważniejsze osoby w państwie na wyścigi odpierały "haniebny atak na Polskę", a "Wiadomości" odpaliły wielodniowy serial, w którym najlepszy był odcinek, gdy Tusk okazał się Krzyżakiem.

Problem w tym, że Tusk nie tylko jest aktualnie zajęty i teoretycznie neutralny, ale obciąża go siedem lat na stanowisku premiera. Siedem lat dryfowania, lawirowania, "ciepłej wody w kranie", niespełnionych obietnic. Części opozycji marzy się, że w końcu dosiądzie owego białego konia, niektórzy fantazjują, że zrobi to jeszcze przed końcem kadencji na stanowisku szefa Rady Europejskiej, a więc tuż przed wyborami parlamentarnymi. Ale ten powrót wcale nie musi być triumfalny. Corbyn nigdy nie był premierem i w kampanii nie musi się tłumaczyć ze swoich niepowodzeń.

Powrót Tuska na białym koniu na razie jest więc bajką na dobranoc. Fakty są takie, że liderem PO pozostaje pozbawiony charyzmy Grzegorz Schetyna. Przy porównywaniu brytyjskiej i polskiej opozycji to różnica widoczna gołym okiem. Trudno też domniemywać, że Katarzyna Lubnauer, Władysław Kosiniak-Kamysz czy Włodzimierz Czarzasty nagle zaczną uwodzić tłumy. 

Jaka opowieść o Polsce?

Ale charyzma to forma, jeszcze istotniejsza jest treść. PO działa jak Jose Mourinho - reaktywnie. Tyle że skuteczność jakby gorsza. PiS składa projekt ustawy - pełen oburzania briefing w Sejmie. Prasa donosi o nadużyciach władzy - to samo. Te same miny, te same określenia. Plus próby podczepienia się pod protesty obywatelskie. Wyborca zaczyna to traktować jak wyprany ze znaczenia rytuał.

Nawet postulaty PO - 500 złotych na każde dziecko i 13. emerytura - to granie na boisku obozu rządzącego. Wiarygodność tych propozycji jest żadna, nie tylko w kontekście dorobku ośmiu lat rządów ("dlaczego nie zrobiliście tego, kiedy mieliście okazję?"), ale również w kontekście wyjaśnień głównego ekonomisty PO, Andrzeja Rzońcy, który uzależnia te obietnice od przyspieszenia wzrostu gospodarczego, większych wpływów do budżetu i jako termin ich realizacji wymienia czwarty rok kadencji.

Partia Pracy potrafiła tymaczasem zbudować spójną i wielowątkową narrację o państwie. Laburzyści chcą zerwać z polityką cięć, odbudować sektor publiczny, znacjonalizować kolej, ograniczyć przywileje sektora finansowego, wzmocnić pracę wobec kapitału; zajmują proimigranckie stanowiska, nawet gdy dochodzi do zamachów dokonywanych przez islamistów. Można kwestionować każdy z tych postulatów, jest to zresztą najbardziej lewicowy program laburzystów od lat, ale jest to spójne i nikt nie musi się zastanawiać, jakie jest ich stanowisko.

A polska opozycja? Wolnorynkowa czy socjaldemokratyczna? Konserwatywna czy liberalna? PO zawsze szczyciła się dwoma skrzydłami, ale czy rzeczywiście brak konsensusu i brak stanowiska w ważnych dla państwa i społeczeństwa sprawach jest powodem do dumy? Platforma jest za związkami partnerskimi czy przeciw? Ilu konserwatywnych posłów PO zagłosuje za rozszerzeniem zakazu aborcji? Jakie jest stanowisko konserwatywnej części partii w sprawie edukacji seksualnej? Jaki wpływ na ewentualne rządy dzisiejszej opozycji będą mieli biskupi? Tusk mówił, że jest "trochę socjaldemokratą" - jak to się dziś ma do pisania programu partii przez protegowanego Leszka Balcerowicza? Chcą dawać czy zabierać? Redystrybucja czy oszczędności? I czy Schetyna opowiadający o "konserwatywnej kotwicy" chce skręcić w prawo czy tak tylko sobie gada?

PSL i Nowoczesna są tutaj bardziej wyraziste. Tylko jak ma wyglądać wspólny program zjednoczonej opozycji? Odsuniemy PiS od władzy i co dalej? O SLD w kontekście programu nie ma nawet co wspominać, bo rzekoma lewicowość tej partii w żaden sposób nie przekładała się na jej praktykę rządzenia.

Wyrazistość zawsze była uważana przez PO za obciążanie. Ale zastanówmy się - czy partia, która jest za zaostrzeniem ustawy aborcyjnej i przeciwko in vitro może samodzielnie rządzić, gdy większość społeczeństwa ma odmienne poglądy? Otóż, jak się okazuje, może. Nie dajmy sobie wmówić, że brak poglądów jest cnotą.

Jeśli chodzi o spójność narracji, PiS jest w tym elemencie niebywale mocne. Oto odsuwamy od koryta skorumpowane elity III RP i naprawiamy krzywdy wyrządzone tym najsłabszym - mówi obóz rządzący. Opozycja demaskuje tę opowieść jako obłudną, obrazuje reformy jako umieszczanie Misiewiczów w każdej sferze życia publicznego, ale to wciąż granie na boisku PiS, gdzie PiS atakuje, a opozycja próbuje wybijać piłki. Nie potrafi snuć własnej historii o Polsce, która byłaby słuchana - taktycznie zrezygnowano z przedstawiania III RP jako niekończącego się pasma sukcesów, ale w to miejsce nie weszła żadna inna narracja.

Odczytywanie nastrojów

Partia Pracy pod przewodnictwem Jeremy’ego Corbyna zyskała niesamowity słuch społeczny. Jeszcze za czasów Tony’ego Blaira czy Gordona Browna dominował elitaryzm i przymilanie się do biznesu, dziś laburzyści są wśród ludzi, słuchają ich i dobrze odczytują ich frustracje. I dlatego nagłaśniają, jak wielkim ciężarem jest dla niezamożnych studentów horrendalne czesne, wskazują, jak cięcia w służbie zdrowia i policji przekładają się na bezpieczeństwo obywateli, piętnują wszystkie prezenty sprawiane przez konserwatystów swoim kolegom z City.

Podobnie PiS potrafiło zrozumieć, jakie są lęki, obawy, ale i resentymenty wśród Polaków. Weźmy na przykład kwestię uchodźców, wciąż będącą paliwem poparcia dla władzy. Partia zorientowała się, że straszne obrazy zamachów w zachodniej Europie, dokonywanych przez radykalnych islamistów, budzą w Polakach autentyczne przerażenie. Szybko zorientowano się, że zamachy można propagandowo powiązać z programem relokacji uchodźców: nie dajmy im się osiedlić, bo później będą nas mordować. I w ten sposób PiS broni Polki i Polaków przed hordami islamskich najeźdźców. Cyniczne? To w takim razie co na to szlachetna opozycja? Odkłamuje manipulacje i uogólnienia? Propaguje tolerancję? A gdzie tam. Mogliby jeszcze koniunkturalnie dołączyć do PiS w antyuchodźczym wzmożeniu, ale też nie. Schetyna jednego dnia jest przeciw uchodźcom, drugiego dnia jest za, trzeciego za, a nawet przeciw. Kluczenie, kombinatorstwo, intelektualna oślizgłość - taki wizerunek pieczołowicie pielęgnuje PO.

Marketing edukacyjny

Partia Pracy robi też coś, co nawet nie przemknęło przez myśl polskim magikom od partyjnej propagandy - edukuje społeczeństwo. Przed debatą budżetową laburzyści opublikowali filmik, w którym łopatologicznie tłumaczą, czym jest budżet, dlaczego jest ważny i dlaczego cięcia się nie sprawdzają. Oczywiście, jest to taka edukacja, żeby wyszło "na nasze", ale jakże różni się to podejście od polskiego marketingu politycznego, opartego na pustych grepsach. 

Billboardy Schetyny

Jeśli jednak przy grepsach jesteśmy... Partia Pracy od dłuższego czasu posługuje się sloganem "for the many, not for the few" - jego przesłanie jest klarowne: działamy na rzecz milionów, na rzecz całego społeczeństwa, a oni, konserwatyści, to partia elit. Hasło to wciąż się pojawia w materiałach laburzystów, choć kampania wyborcza już dawno za nami. I teraz - czy są w stanie państwo przywołać bez zastanowienia hasło spajające parlamentarną opozycję? Hasło, które można umieścić na sztandarach? Grzegorz Schetyna swego czasu oblepił Polskę billboardami ze swoim śnieżnobiałym uśmiechem; "Wspólnie obronimy Polskę" - głosił podpis. PiS ze swoimi hasłami "dobrej zmiany" czy w negatywnym kontekście - "żeby było tak, jak było" (przejęte od Agnieszki Holland) wygrywa to starcie z zamkniętymi oczami. "Dobra zmiana" weszła do języka również jako określenie ironiczne, ale znów - zgadli państwo - to jest granie na boisku PiS, operowanie pojęciami podarowanymi przez obóz rządzący. 

Nieustanna kampania

Jeremy Corbyn po czerwcowych wyborach zarządził tryb nieustannej kampanii wyborczej - agitowania, pozyskiwania zwolenników i członków, zbierania funduszy. Choć następne wybory parlamentarne planowo mają się odbyć dopiero w 2022 roku, laburzyści działają tak, jakby to było za tydzień (trochę też liczą na to, że chwiejna koalicja rozsypie się wcześniej). PO też tak próbuje. Schetyna słusznie zauważył kiedyś, że wyborów nie wygrywa się w Konstancinie, tylko w Polsce powiatowej. Tylko czy kluby dyskusyjne, w których debatują poseł Szczerba z posłanką Pomaską to najlepsza droga do podbicia serc wyborców z prowincji? Wątpliwe.

Niewykorzystana mównica

Najbardziej oczywistym polem walki rządu z opozycją jest parlament. W Wielkiej Brytanii sztukę ostrej, politycznej polemiki rozwinięto do perfekcji i laburzyści korzystają z tego narzędzia nader zręcznie. 

Polskie sejmowe debaty są transmitowane na żywo i pokazywane w wieczornych wydaniach serwisów informacyjnych - wyborna okazja, żeby wbić taką szpilę, która zapadnie w pamięć (jak niegdyś Giertych Kurskiemu - słynne przemówienie "dlaczego pan kłamał, panie pośle"). Ilu wybitnych polemistów zasiada dziś w ławach opozycji? Nie trzeba odpowiadać. Wystarczyło posłuchać, jak Barbara Dolniak z Nowoczesnej mechanicznie odczytywała z kartki urzędniczo napisaną opinię do projektu ustawy o Sądzie Najwyższym. Nic dziwnego, że emocjonalne wystąpienia Kamili Gasiuk-Pihowicz, choć retorycznie wcale nie zachwycające, budzą na tym tle tak pozytywne reakcje wśród wyborców niechętnych PiS. Jeśli najbardziej błyskotliwym przedstawicielem polskiej opozycji w europarlamencie jest Guy Verhofstadt, to jak to świadczy o całej reszcie?

Zagrożenie demokracji to nie wymówka

Nie zdziwię się, jeśli szeroko rozumiana opozycja, w tym opozycja medialna, będzie rozzłoszczona takim postawieniem sprawy. Powiedzą: "PiS grzebie w ordynacji i upolitycznia sądownictwo, skrajny nacjonalizm podnosi łeb, protestujący są szykanowani, a my tu rozmawiamy o tym, jak Grzegorz Schetyna wypada na billboardach czy na mównicy? Trzeba się jednoczyć i ratować Polskę, a nie wsadzać kij w szprychy!".

Z tą filozofią, wyrażaną choćby w tweetach Tomasza Lisa czy Przemysława Szubartowicza, jest jeden problem. Jeżeli PiS idzie po bandzie, to tym bardziej nie daje to opozycji prawa do bycia opozycją jałową, reaktywną, śliską, niebudzącą zaufania. Tym większym wstydem jest jej nieudolność, tak widoczna dziś w sondażach.

Grzegorz Schetyna wierzy, że PiS sam się wykrwawi, że tolerancja społeczeństwa na Dominika Tarczyńskiego i Krystynę Pawłowicz ma swoje granice, że nepotyzm i buta w końcu odbiją się władzy czkawką... i wtedy wyborcy wpadną w jego objęcia.

Jeremy Corbyn nie czeka biernie, tylko każdego dnia domalowuje kolejne elementy wyidealizowanego obrazu równej i sprawiedliwej Wielkiej Brytanii, która ma nastać, gdy już konserwatyści oddadzą władzę. Co bazgrze Grzegorz Schetyna - trudno powiedzieć.

Obserwuj autora na Facebooku

Dowiedz się więcej na temat: opozycja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje